Gdzieś w odległym Słońcogrodzie.

MirandaNiniejszym wpisem inauguruję książki alternatywne, i już tłumaczę, o co się rozchodzi – bo nie o literacką hipsteriadę. Lamentowałam ostatnio, że ja nawet jak pójdę na konferencję stricte naukową, to wyjdę z listą powieści (powieści!), które muszę przeczytać teraz-zaraz-już-natychmiast. Całkiem spora liczna referatów na „Światach alternatywnych” zasadzała się na prezentacji jakiegoś alternatywnego uniwersum, albo doszukiwania się alternatywności w jakimś wytworze kultury – książce, na ten przykład. Więc dzień po konferencji potruchtałam do biblioteki i proszę bardzo, oto rezultaty.

Na pierwszy ogień niech pójdzie „Miranda” Langego, niewielka książeczka sprzed prawie stu lat (jak doczytałam, moje pożyczone z Jagiellonki wydanie z 1984 roku jest niepełne, ale inne ciężko było dorwać). Całość to utopijna wizja, mariaż myśli europejskiej (prym tu wiedzie renesansowe „Miasto Słońca” Campanelli), idei ezoterycznych z mediumizmem na czele oraz tradycji wschodnich (buddyzm będzie tu kluczowy). W rezultacie dostajemy opowieść z dalekiej podróży połączoną z traktatem filozoficznym – na nieco ponad stu stroniczkach.

Fabularnie rzecz ma się następująco: jest rok 1915, Jan Podobłoczny (cóż za nazwisko!) powraca z więzienia i podejmuje długą drogę do ojczyzny z bezkresów nad Bajkałem. Statek, na którym podróżował, tonie gdzieś na Oceanie Indyjskim, a Podobłoczny trafia na wyspę zwaną Surjawast. Właśnie tam mieści się republika Solarów, którzy osiągnęli wyższy stopień rozwoju – podczas specjalnego rytuału opuszczają swoje ciała, by narodzić się na nowo jako astrale i tym samym zyskać nadludzkie umiejętności, od telepatii po lewitację. Społeczność Solarów, zorganizowana nad podziw doskonale, ma w sobie jednak pewną… niedoskonałość (chciałoby się powiedzieć, drobiazg pisany małym druczkiem, jak to bywa w (anty)utopiach). Jan doświadczy tej niedoskonałości za sprawą pięknej Damajanti – w przedziwny sposób powiązanej z medium imieniem Miranda, na której seansach bywał Podobłoczny, jak również z Lenorą – widmem przywoływane przez Mirandę.

Nie będę się tu pchać w filozoficzno-kulturoznawcze analizy – nadmienię tylko, że Lange, tłumacz „Mahābhāraty”, wiedział, z czego czerpać i czerpał konkretnie – są tacy, którzy się lepiej na tym wyznają, niż ja. Ujmijmy rzecz inaczej: mam duży sentyment do książek, które dawno temu przedstawiły pomysły dziś na doskonale znane. Od prekursorów lost world, przez wyprawę na Marsa, po takie właśnie solarny świat alternatywny. Współcześnie może to nieco trącić myszką, ale, rany, ci autorzy byli jednymi z pierwszych!
Kapelusza uchylam przed nimi.

PS. Następny w alternatywnej kolejce Pielewin. Wiktor Pielewin.

5 thoughts on “Gdzieś w odległym Słońcogrodzie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s