Po co komu ekranizacja.

Co było pierwsze, książka czy film? A może jajko? A może kura? Tym przewrotnie postawionym pytaniem przechodzimy do Tekstu Niekoniecznie Recenzyjnego, czyli wolnych dywagacji na temat ekranizacji rozmaitych powieści. Jako że człowiek to stworzenie klasyfikujące (szaleństwo katalogowania jako dystynktywna cecha homo sapiens), przed Wami oto Malitowe trzy typy ekranizacji. Trójka to taka ładna liczba jest, w baśniach wszystko chodzi trojkami. Uprasza się o pamiętanie, że typologie reprezentują pewne ideały, więc granice między nimi są płynne i mogą się łatwo zacierać.

Typ pierwszy reprezentuje Ekranizacja Bardzo Wierna. Fabuła kropka w kropkę, dialogi prawie słowo w słowo, książka do zekranizowania była krótka i nie trzeba było ciąć zanadto ani przerabiać, żeby widownia się połapała, w czym rzecz. Za przykład niech posłuży nam „Dziecko Rosemary” (pisał Ira Levin, reżyserował Roman Polański). Na marginesie, do dziś lękam się, jedząc mus czekoladowy.

Drogą środka kroczy Ekranizacja Raczej Luźna. Całkiem przypomina oryginał, główna linia fabularna zachowana, poboczne pominięte lub zmodyfikowane. Na drodze środka plasuje się znakomita większość dzisiejszych ekranizacji. Zgodnie z wymogami statystyki, w środku pałęta się najwięcej towarzystwa ^^

W skrajność popada natomiast Ekranizacja Na Motywach, czyli kiedyś jedno obok drugiego leżało, ale dawno temu i przez chwilę. Albo następuje przewartościowanie wszystkich wartości, albo odwrócenie sensu oryginału, albo usunięto za dużo, albo dodano całe mnóstwo nowych wątków i postaci, albo… no, wiecie, o co chodzi. Dobrym przykładem będzie tutaj „Uwikłanie” (pisał Zygmunt Miłoszewski, reżyserował Jacek Bromski). Zamiast prokuratora Szackiego mamy prokurator Szacką, zamiast Warszawy Kraków… powiedzmy, że to bardzo luźna adaptacja. Jeszcze lepszym przykładem – acz nie opartym na konkretnej powieści – będzie film „47 roninów” (reżyserował Carl Erik Rinsch), na motywach historii z XVIII-wiecznej Japonii (znanej z różnych opracowań, łącznie z teatrem kabuki). Rinsch prezentuje to radosny miks z udziałem Europejczyka, smoków, Zombie Boya (przecenione cameo), a wszystko w kraju-który-w-świecie-alternatywnym-mógłby-być-Japonią. Co nie zmienia faktu, że byłam bardzo tym filmem uhahana.

Drugi wątek, który w tym miejscu należy podjąć – wątek tytułowy – to odwieczne pytanie: co najpierw, powieść czy jej ekranizacja? Ja od zawsze odpowiadam stanowczo „powieść!”, przywołując argumenty znane i (nie)lubiane: primo, lubię wiedzieć, o co chodzi, ZANIM pójdę do kina (więc ostatnio w ramach nadrabiania połknęłam „Zemstę czarownicy”, bo „Siódmy syn” już rychło w kinach). Secundo, wolę sobie najpierw wyobrazić to i owo, a potem swoje wyobrażenia skonfrontować z wizją reżysera (mniejsza chwilowo o to, że taka konfrontacja często przynosi rozczarowanie, foch albo zgrzytanie zębami).

Niekiedy uprzednie przeczytanie powieści umożliwia ogarnięcie filmu – pamiętam, jak oglądaliśmy „Atlas chmur” (pisał David Mitchell, reżyserowali Tom Tykwer, Andy Wachowski i Lana Wachowski), gdzie fabuła i plan czasowe są mocno skomplikowane. Ja, po lekturze, nie miałam żadnych problemów, mężczyzna mi towarzyszący – bez lektury – trochę nie ogarniał systemu. Ale to już kwestia filmu, książki… i widza czasem trochę też.

Ostatnio jednak przekonuję się do stanowiska „najpierw film, potem książka”, w myśl kontrargumentów kolegi z radia. Otóż, nie będzie rozczarowania po konfrontacji z wizją reżyserską (ani zgrzytania zębów tudzież innych efektów specjalnych). Po seansie można natomiast pogłębić wrażenia dzięki lekturze – bo zapewne część wątków czy postaci na ekran się nie załapała (vide typ drugi ekranizacji). I czasem intryga jest tak przemyślna, tak zaskakująca, że lepiej jej nie znać wcześniej, bo połowa radochy gdzieś przepada (bez uprzedniego czytania miałam taką zaskaczankę przy „Zaginionej dziewczynie”, że głowa mała!).

Ergo, choć wciąż wolę najpierw czytać, potem oglądać, nie potępiam już w czambuł kolejności odwrotnej. Ba, nie stresuję się w stylu „o rany rany mamy na to bilet a ja NIE CZYTAŁAM nie idę koniec umrę dramat” (*egzaltacja mode on*).

Więcej luzu – to czasem rzecz wskazana. Można sobie jeszcze postanowić w ramach roku 2o15’ ;)