Robinson Crusoe na Czerwonej Planecie

„Marsjanin” Andy WeirOtwieram lodówkę, a tu Marsjanin. Serio. Może teraz trochę mniej, ale jakiś czas temu wszyscy latali na Marsa, także fotograficznie – przyczyniła się do tego pomysłowa kampania promocyjna wydawnictwa Akurat (ale naprawdę zacny pomysł, ze stosownym hasztagiem #marsjanin) (przy okazji, wszyscy widzieli Malitę na Marsie?). Lećmy i my – tylko ostrożnie, żeby tam nie zostać na zawsze.

Dożywocie na Czerwonej Planecie – taki może być wyrok dla Marka Watneya. Ares 3, misja marsjańska, w której brał udział, musiała ewakuować się z powodu szalejącej burzy piaskowej. Udało się wszystkim… tylko nie Markowi. Z przedziurawionym kombinezonem, odłączony od towarzyszy i  uznany za martwego przez resztę załogi i NASA, odzyskuje przytomność jako jedyny mieszkaniec Marsa. I prawdopodobnie pierwszy człowiek, który na Marsie umrze. Bo nawet, gdyby z Ziemi natychmiast wyruszyła misja ratunkowa, dotrze na miejsce na długo po tym, jak Watneyowi skończą się zapasy wody, żywności, a nawet powietrza. Houston, mamy problem…

Weir raczy nas wpisami z dzienników Marka i narracją spoza Marsa: Watney, zmyślny inżynier i botanik, podejmuje nadludzki wysiłek, by przetrwać. Czy NASA i załoga Aresa 3 zorientują się, ze szósty pasażer jednak przeżył (burza piaskowa zniszczyła system łączności) – to już pozostawię do Waszego odkrycia. Powiem tylko, że Mark będzie musiał wykorzystać wszystkie zdolności, nie tylko astronauty i naukowca do pary z Pomysłowym Dobromirem, ale też niezwykłą determinację doprawioną dużą ilością ironii.

File:Sol454 Marte spirit.jpg
Takie tam, marsjańskie widoczki.

Nie wiem, jak Wam, ale mnie porównania z Robinsonem Cruzoe nasunęły się same. Uwielbiałam tę książkę w dzieciństwie, zwłaszcza próby konstruowania przedmiotów codziennego użytku z różnych artefaktów dostępnych na wyspie (łyżka z muszli, jak dziś to pamiętam). I Watney podobnie: kombinuje i planuje, wszystko w rytm muzyki disco, której całe gigabajty zostawiła za sobą komandor Lewis, dowodząca misją.

Zaczęło się nieźle: sam koncept jest naprawdę oryginalny, a Watneya polubiłam od pierwszej chwili. Potem spiętrzenia trudności i przeszkód stały się nieco żmudne, ale hollywoodzkie zakończenie (a jakże!) z lekkim morałem i lekką Markową ironią było jednak bardzo emocjonujące. To, czym Weir niesamowicie imponuje, to techniczne zaplecze całej wycieczki – na szczęście, jako kosmiczny laik nie czułam się bardzo zarzucona całą tą terminologią. A Mark Watney to taka postać, której chciałoby się postawić piwo i powiedzieć „no, stary, szacun”. Dziś piję jego zdrowie – a Wam podsuwam bilet na Marsa. Bezpieczny, bo książkowy ^^

PS. Będzie film Ridleya Scotta na podstawie. Watneya zagra Matt Damon. Melduję, że mam syndrom #ChIBS, czyli Chciałabym I Boję Się.
PPS. Podziękowania dla wydawnictwa Akurat!

17 thoughts on “Robinson Crusoe na Czerwonej Planecie

  1. O, jakie ciekawe skojarzenie z Robinsonem (czy odnosi się również do aspektu kolonialnego? bo to pierwsze, co przychodzi mi na myśl, kiedy mowa o Robinsonie). A ja oglądałam tę książkę w księgarni i ją odrzuciłam…

  2. Widzę, że Marsjanin podbija go blogosferę, bowiem może spotkać go już niemal na każdym blogu :) Tej powieści jeszcze nie czytałem, ale gdyby ktoś miał ochotę zapoznać się bliżej z Czerwoną Planetą i przekonać się, jak mogłaby przebiegać jej kolonizacja, to serdecznie polecam trylogię marsjańską autorstwa Kima S. Robinsona.

  3. Brzmi bardzo zacnie, muszę wypróbować. :)
    #AMożeByTakRzucićWszystkoIWiaćNaMarsa?

    btw, śnieg Ci pada na blogasku *_*

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s