„Córka Twórcy Królów” Philippa Gregory

„Córka Twórcy Królów” Philippa GregorySkoczmy bez wstępów do śmiałego stwierdzenia: najświetniejsze w najnowszych książkach Gregory jest to, że oglądamy tę samą sytuację – Wojnę Dwóch Róż – ze wszystkich zainteresowanych stron. We wcześniejszych jej powieściach (tych właściwych tudorskich, od „Wiecznej księżniczki” po „Kochanka dziewicy”) szło to jakoś bardziej chronologicznie. Tu natomiast pełne spektrum: Biała Królowa i jej matka, czyli stronnictwo Yorków, z drugiej strony Czerwona Królowa, z trzeciej wreszcie tytułowa córka Twórcy Królów, Anna Neville.

Richard Neville, hrabia Warwick, zapisał się w historii Anglii jako wpływowy wielmoża i doradca kilku władców. Miał bardzo ambitne plany względem swych latorośli, ba, nie ma co ukrywać – chciał je widzieć na tronie (to chyba normalna na tamte czasy cecha ojcowskiego charakteru, sądząc po moich dotychczasowych lekturach). Starsza z córek, Izabela, poślubiła Jerzego, księga Clarence – średniego z braci Yorków. Młodszą, Annę, przeznaczono dla Edwarda Westminstera, syna poprzedniej królowej – ot, jeszcze jedna polityczna decyzja ojca, który zabezpieczał się w razie kolejnych zmian na tronie. W efekcie Anna, lat czternaście, została księżną Walii. Rok później była wdową. A w wieku lat szesnastu postanowiła wyjść za mężczyznę, którego darzyła uczuciem: najmłodszego z braci Yorków, Ryszarda. Tak, tego, który stał się Ryszardem III („konia, królestwo za konia!”).

Gregory opisuje Annę Neville jako dzielną, choć czasem upartą i pełną rozgoryczenia dziewczynę. Porzucona przez wszystkich najbliższych, żyjąca w wiecznym lęku przed trucizną, nieszczęśliwa matka, wierna żona – koleje jej losu zmieniały się wraz ze przetasowaniami na angielskim dworze i tronie. Jej koronacja na królową Anglii wcale nie przyniosła ukojenia.

Mam mieszane uczucia – żywię ogromny sentyment do Autorki, podziwiam jej erudycję i zdolności pisarskie, niemniej, powraca wrażenie rozmieniania na drobne. Wszelakie powieści historyczne z okresu muszę sobie bardzo ostrożnie planować, żeby nie uniknąć przesytu. To tak, jak z książkami Ericha Segala – lubię je, ale raz na dwa, trzy lata, bo pisze świetnie, ale w kółko o tym samym.

Na marginesie dorzucam też jedną wątpliwość stylistyczno-translatorską, mianowicie przekład nazw członków rodziny wyjątkowo mi nie leżał. Nie wiem, czy Gregory w oryginale też szła w takie archaizacje (w poprzednich jej książkach, które czytałam po angielsku, nie było to bardzo nachalne), ale polskie tłumaczenie już owszem. Jeszcze rozumiem „macierz” (czyli pani matka), „dziewierz” (brat męża) i „świekra” (matka męża) również bardzo nie raziły, ale niektóre widziałam po raz pierwszy na oczy („swak”, mąż siostry czy „snecha”, synowa). Pierwsze miejsce w rankingu otrzymuje za to „przeciota” (siostra babci) – przyznajcie, we współczesnej polszczyźnie brzmi to wyjątkowo nieszczęśliwie.

Ergo, dla miłośników tematu. Na pierwszy raz, zalecam sięgnąć po starsze książki Gregory.

PS. Zdjęłam z półki, czyli wyzwaniowo: „Z półki”, edycja 2o14.

2 thoughts on “„Córka Twórcy Królów” Philippa Gregory

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s