„Ring” Koji Suzuki

„Ring” Koji SuzukiTak. To „Ring”. O przemroczny kręgu z kasetą, która zawiedzie nas wprost w otchłań pradawnego strachu… ehkem. Przepraszam, zagalopowałam się.

Historię Tej Słynnej Kasety poznałam na długo przed właściwym obejrzeniem filmu. Otóż dawno dawno temu, na obozie sportowym (Malita + sportowy, sic!), podczas pewnej nocy pod gwiazdami – taki klimat od razu generuje horrorowe opowieści – koleżanka zwięźle opowiedziała mi całą ringową intrygę. Teraz już wiem, że to nie był najlepszy pomysł, bo czyż nie najlepsiejsze w tych wszystkich grozach jest odkrycie przyczyny? Wiecie, odnalezienie pokoju, w którym kogoś kiedyś zamurowano, połączenie wszystkich wątków historii zamordowanego dziecka, wyjaśnienie szaleństwa tatusia… te sprawy. Wracając do „Ringu”, o tym, że najpierw była książka, uświadomiła mnie myszkovska – ba, nawet w tę książkę wyposażyła. Oto ona.

Znacie, znamy, posłuchajcie. Asakawa, dziennikarz jednego z tokijskich dzienników, ma na swoim koncie już jedną paranormalną sprawę – acz nierozwiązaną. Teraz, wiedziony reporterskim instyktem i prowadzony splotem przypadków, usiłuje rozwiązać tajemnicę jednoczesnej śmierci czwórki nastolatków (w tym siostrzenicy żony Asakawy). Wszyscy zginęli 5 września 1990 roku około 23:00. A tydzień wcześniej… no właśnie, obejrzeli Tę Słynną Kasetę. Asakawa oczywiście dociera do domku, w której cała czwórka spędzała wakacje i odnajduje kasetę. Ogląda ją… i bam! Zostało mu siedem dni życia. Złowieszcza klątwa może jednak zostać odwrócona – a Asakawa ma na to tylko tydzień. Musi uratować nie tylko siebie, ale i  kolejne osoby, które obejrzały kasetę, w tym swoją żonę i córeczkę. Złowrogi wyścig z czasem zaczyna się od dźwięku telefonu…

Świetne to było – nawet mimo tego, że znałam dość dobrze fabułę (ekranizacja japońska i amerykańska zrobiły swoje). Choć w horrorach najbardziej przeraża mnie dźwięk (kto pamięta charczące dziecię z „Klątwy”?), a książkowy „Ring” to nie jest klasyczny horror i z oczywistych przyczyn dźwięku nie zapewnia, to jednak groza czaiła się gdzieś w niedopowiedzeniu, w nieopisaniu, w nieznanym. I absolutnie genialna jest sama końcówka, nadaje zupełnie inny wymiar – etyczno-moralny – całemu kręgowi z kasetą na czele. Choćby dla tego zakończenia warto raz jeszcze sięgnąć po historię Ringu. Historię pierwotnego, żądnego zemsty zła, które powraca wciąż i wciąż.

PS. Myszkovskiej dziękując po stokroć.
PPS. Ta Buka na okładce jest sugestywnie creepy.