Rowery, audiobooki i borsuki

Okrężnie, ale do celu – zaczęło się od roweru. Otóż swego czasu zwykłam przemieszczać się po Krakowie rowerem (w miesiącach cieplejszych i w aurze niezbyt mokrej, nie ma co ukrywać). Rowerowe wycieczki i towarzystwo jednośladu imieniem Han Solo (co z tego, że damka, co z tego, że Holender, imię musi być) zarzuciłam na na czas długi, ale ostatnio zebraliśmy się, pojechaliśmy do serwisu i oto triumfalnie powróciliśmy na ścieżki: ja i Han.

Poznajcie się: Han Solo – internety. Internety – Han Solo.

Przez długi czas sądziłam, że albo rower, albo książka w drodze na uczelnię/gdzie bądź, ale spłynęło oświecenie i teraz wiem: audiobooki i rower to jest dobre połączenie. Skąd zaś brać audiobooki? Ostatnio odkryłam bardzo zacne miejsce, zowie się LibriVox – wór z audiobookami nagranymi przez ochotników z całego świata. Najczęściej w worze znajdziemy klasyki literatury, wszystko z domeny publicznej. Nie są to nagrania poziomu profesjonalnego, z efektami, muzyczką i bajerami – ot, tekst czytany albo przez grupę (każdy po jednym rozdziale), albo przez jednego lektora. Na rower w sam raz.

Tęsknota do audiobooków szybko znalazła ujście w „Wind in the willows” Kennetha Grahame’a (na nasze „O czym szumią wierzby”, ja słuchałam w oryginale, czytacze byli z całego świata, od Florydy po antypody). O Grahamie przypomniałam sobie, czytając o jego najwcześniejszej aktywności pisarskiej (konkretnie, były to „Pagan papers”, czyli zupełnie, ale to zupełnie inny klimat) i zdałam sobie sprawę, że właściwie nigdy w całości nie poznałam historii zwierząt znad rzeki.

Grahame snuje opowieść o czterech przyjaciołach, którzy mieszkają w pobliżu rzeki gdzieś w starej, dobrej Anglii. Poczciwy Szczur, dobroduszny Kret, budzący respekt Borsuk i zarozumiały Ropuch wiodą życie spokojne, pełne zwykłych codziennych przyjemności (smakowite śniadania, wędrówki, drzemki, porcja porządnego ale… wiecie, o co chodzi). No, może pierwsza trójka ceni sobie ciszę i spokój, a Ropuch co i rusz poszukuje nowych doznań, zmieniając kolejne hobby jak rękawiczki. Jego najbardziej szaleńcze hobby – brawurowa jazda automobilami – zaprowadzi prosto do… więzienia! Ale tak to bywa, kiedy uparcie nie słucha się przyjaciół (gdyż pozostali próbują mu przemówić do rozumu, z różnym skutkiem). Poza tym zwierzęta rozkoszują się dobrą pogodą i wygodnymi rezydencjami zaopatrzonymi w pokaźne spiżarnie. Takie to… hobbicie.

W każdym razie, bardzo miło było przenieść się w taki sielski-angielski klimat. Co prawda, Malitowa czytelnicza dusza, która zawsze szuka dziury w całym, bardzo była zaintrygowana na przykład tym, skąd Szczur miał fundusze na wszystkie spożywcze przyjemności i o czym pisano w gazecie, którą co rano czytywał Borsuk. Ale mniejsza o to. Trzeba tu za to wspomnieć, że zwierzęta w świecie Grahame’a pokojowo koegzystują z ludźmi („kochajmy się, ale tak… z osobna”) i bardzo przypominają ludzkich dżentelmenów-sybarytów, łącznie z eleganckim ubiorem. A angielscy dżentelmeni… cóż, lubimy wielce.

Ergo, klasyka na tak. Przyjemna wielce.

PS. Chwilowo książkowo zgłębiam starożytny-detektywistyczny Rzym, o jejku jej!
PPS. Dziś rano przy rowerowej przejażdżce towarzyszyły mi „Perswazje” Jane Austen, w oryginale. Też z LibriVox.

„Księga smoków” antologia

„Księga smoków” antologiaSmok, jaki jest, każdy widzi. Lata, zionie ogniem, spożywa rogaciznę i żywi upodobanie do skarbów w ilości dużej (nie bacząc, że nie wszystko złoto, co się świeci). Taki klasyczny smok zachodni pojawia się w rozlicznych legendach i opowieściach fantastycznych, ale to tylko jedna z jego twarzy (pysków? oblicz? Trudno powiedzieć, że smoka nie urazić). Ale nie ma co się plątać w smocze dywagacje (para)naukowe, dziś bowiem na plan pierwszy wysuwa się licentia poetica.

Od samego smoka lepsze jest tylko stado smoków. A już połączenie smoków z literaturą to mariaż zaiste wyśmienity. Co prawda nie jestem jakąś ogromną entuzjastką zbiorów opowiadań, acz antologia tekstów różnych autorów  na jakiś konkretny temat to rzecz interesująca – różne podejścia, różne punkty widzenia, wiadomo. W tym przypadku można poznać smoka, który tańczy dla Chung Fonga, dowiedzieć się, jak zostać profesjonalnym smokerem (zostałabym!), obserwować polowanie razem z Babunią Jagódką, zapisać się na kurs reketingu i zarządzania czy dostarczyć smoka do prywatnego zwierzyńca Napoleona. I nie tylko.

Jak w każdej antologii, zdarzają się teksty lepsze i najlepsze – do tych drugich zaliczam psychologiczne w klimacie podejście w tekście Michała Studniarka „Mój własny smok”. Równie świetne opowiadanie – mimo Bardzo Wrednych Elfów, ale za to ze świetną ekipą krasnoludopodobnych snali – popełnił Maciej Guzek. Jego „Zmiana” to pełnokrwista, epicka, smakowita historia ze świetną końcówką. Więcej takich, proszę!

Każdy pretekst jest dobry, żeby wstawić Szczerbatka.
Każdy pretekst jest dobry, żeby wstawić Szczerbatka.

W Malitowej biblioteczce dużo smoczych książek – co ciekawe, znakomita większość to prezenty. Posiadam zatem między innymi kolorowankę „Jak narysować smoka wawelskiego”, legendę o rzeczonym smoku w wersji japońskiej (tak tak), podręcznik hodowcy smoków (bardzo pouczający) i tę oto „Księgę Smoków”, która bardzo elegancko ten zbiór uzupełnia. Warto tu podkreślić, że ja otrzymałam wersję rozszerzoną, limitowaną, deluxe, ale to tylko od myszkovskiej takie rzeczy. Niemniej, wersja normalna, prosto z księgarni, będzie równie zacna.

PS. Myszkovskiej za prezent dziękując bardzo!
PPS. <autopromocja> A gdyby ktoś chciał się dowiedzieć, skąd się wziął smok wawelski, to tu próba rekonstrukcji. </autopromocja>

„Lord of Emperors” Guy Gavriel Kay

„Lord of Emperors” Guy Gavriel KaySą dwie opcje, jeśli chodzi o czytanie dylogii, trylogii, sag i wszystkich innych dłuższych cykli (przyjmijmy robocze założenie, że wszystkie mamy w zasięgu objęć, mniejszym lub większym). Albo rzucamy się łapczywie na całość i nie odpusczamy, dopóki nie padnie ostatni bastion ostatniego tomu, albo robimy stosowne przerwy pomiędzy kolejnymi częściami, zapominając, jak fantastycznie czytało się tę poprzednią. Ja z reguły wybieram w tym zestawieniu bramkę numer dwa – raczej bezwiednie. Tak było przy historii Locke’a Lamory. Tak jest przy Sarantium*.

„Lord od Emperors” czytałam na raty. Zaczęłam jakieś dwa miesiące temu, potem odłożyłam (sesja nie sesja, poza tym całość mam na czytniku i ów rekwizyt jakoś poszedł w kąt na chwilę). Przypomniałam sobie przy ostatnim wyjeździe, nadrobiłam to, co uleciało fabularnie z pamięci… i przepadłam. Magia Sarantium, cesarskie intrygi, romanse i podboje znów wciągnęły bez reszty.

Wracamy zatem do miasta, w którym panują po trzykroć przesławny Valerius II i jego olśniewająca małżonka, Alixana. Miasta, które oddycha w rytm kwadryg, ścigających się po hipodromie (łapka w górę, komu się przypomina wtedy Ben Hur). Miasta, w którym na równi wielbi się woźniców rydwanów, tancerki i… twórców mozaik. Crispin, artysta rodem z obrzeży cesarstwa, wkłada całe serce w swoje wiekopomne dzieło, kopułę nowej świątyni jedynego boga, Jada. Przy okazji z mocno toporną gracją lawiruje między stronnictwami na dworze a zobowiązaniami wobec własnej władczyni, młodziutkiej królowej Gisel. Wojna wisi nad Sarantium, pytanie tylko z kim i kto na niej najbardziej zyska…

Zupełnie osobną kwestię – interesująco rozegraną, dodajmy – stanowią wszelakie rozważania teologiczne. W Sarantium bowiem czci się Boga Jedynego, zwanego Jad, i tępi herezje (zwłaszcza te nabrzmiałe uwielbieniem dla syna Jada, boskiego woźnicy Heladikosa). To nie tylko przemyślne odwołanie do czasów Justyniana I i jego antypogańskich dekretów – wszak Valerius i Sarantium stanowią żywe odbicie Bizancjum czasów Justyniana. To też przyczynek do jednego z najbardziej poruszających momentów całej historii, ba, obydwu książek z cyklu. Mało którego bohatera mi było wtedy tak żal, jak Crispina.

Niewiele więcej można rzec, żeby nie nadpsuć przyjemności. Gdzieś w połowie książki akcja nabiera takiego tempa, że moi towarzysze lektury musieli uspokajać rozedrgane Malitowe czytelnicze serce gromkim „Nie przeżywaj tego tak, dziewczyno”. Zachwyty części pierwszej przenoszę i na część drugą, dorzucając zachwyt nad samym zakończeniem. Jest takie, jak być powinno.

Że jak, że jeszcze nie czytaliście?
Ale Wam zazdroszczę.

PS. Myszkovska zabrała mnie wczoraj do taniej książki. Właściwie to poszłyśmy razem, zgodnie. Kupiłam „Lwy Al-Rassanu” Kaya. Klasyka.

* Drugą część też czytałam w oryginale, stąd zachowuję angielskie nazwy własne. Tuże okładka.

„Córka Twórcy Królów” Philippa Gregory

„Córka Twórcy Królów” Philippa GregorySkoczmy bez wstępów do śmiałego stwierdzenia: najświetniejsze w najnowszych książkach Gregory jest to, że oglądamy tę samą sytuację – Wojnę Dwóch Róż – ze wszystkich zainteresowanych stron. We wcześniejszych jej powieściach (tych właściwych tudorskich, od „Wiecznej księżniczki” po „Kochanka dziewicy”) szło to jakoś bardziej chronologicznie. Tu natomiast pełne spektrum: Biała Królowa i jej matka, czyli stronnictwo Yorków, z drugiej strony Czerwona Królowa, z trzeciej wreszcie tytułowa córka Twórcy Królów, Anna Neville.

Richard Neville, hrabia Warwick, zapisał się w historii Anglii jako wpływowy wielmoża i doradca kilku władców. Miał bardzo ambitne plany względem swych latorośli, ba, nie ma co ukrywać – chciał je widzieć na tronie (to chyba normalna na tamte czasy cecha ojcowskiego charakteru, sądząc po moich dotychczasowych lekturach). Starsza z córek, Izabela, poślubiła Jerzego, księga Clarence – średniego z braci Yorków. Młodszą, Annę, przeznaczono dla Edwarda Westminstera, syna poprzedniej królowej – ot, jeszcze jedna polityczna decyzja ojca, który zabezpieczał się w razie kolejnych zmian na tronie. W efekcie Anna, lat czternaście, została księżną Walii. Rok później była wdową. A w wieku lat szesnastu postanowiła wyjść za mężczyznę, którego darzyła uczuciem: najmłodszego z braci Yorków, Ryszarda. Tak, tego, który stał się Ryszardem III („konia, królestwo za konia!”).

Gregory opisuje Annę Neville jako dzielną, choć czasem upartą i pełną rozgoryczenia dziewczynę. Porzucona przez wszystkich najbliższych, żyjąca w wiecznym lęku przed trucizną, nieszczęśliwa matka, wierna żona – koleje jej losu zmieniały się wraz ze przetasowaniami na angielskim dworze i tronie. Jej koronacja na królową Anglii wcale nie przyniosła ukojenia.

Mam mieszane uczucia – żywię ogromny sentyment do Autorki, podziwiam jej erudycję i zdolności pisarskie, niemniej, powraca wrażenie rozmieniania na drobne. Wszelakie powieści historyczne z okresu muszę sobie bardzo ostrożnie planować, żeby nie uniknąć przesytu. To tak, jak z książkami Ericha Segala – lubię je, ale raz na dwa, trzy lata, bo pisze świetnie, ale w kółko o tym samym.

Na marginesie dorzucam też jedną wątpliwość stylistyczno-translatorską, mianowicie przekład nazw członków rodziny wyjątkowo mi nie leżał. Nie wiem, czy Gregory w oryginale też szła w takie archaizacje (w poprzednich jej książkach, które czytałam po angielsku, nie było to bardzo nachalne), ale polskie tłumaczenie już owszem. Jeszcze rozumiem „macierz” (czyli pani matka), „dziewierz” (brat męża) i „świekra” (matka męża) również bardzo nie raziły, ale niektóre widziałam po raz pierwszy na oczy („swak”, mąż siostry czy „snecha”, synowa). Pierwsze miejsce w rankingu otrzymuje za to „przeciota” (siostra babci) – przyznajcie, we współczesnej polszczyźnie brzmi to wyjątkowo nieszczęśliwie.

Ergo, dla miłośników tematu. Na pierwszy raz, zalecam sięgnąć po starsze książki Gregory.

PS. Zdjęłam z półki, czyli wyzwaniowo: „Z półki”, edycja 2o14.

„Ring” Koji Suzuki

„Ring” Koji SuzukiTak. To „Ring”. O przemroczny kręgu z kasetą, która zawiedzie nas wprost w otchłań pradawnego strachu… ehkem. Przepraszam, zagalopowałam się.

Historię Tej Słynnej Kasety poznałam na długo przed właściwym obejrzeniem filmu. Otóż dawno dawno temu, na obozie sportowym (Malita + sportowy, sic!), podczas pewnej nocy pod gwiazdami – taki klimat od razu generuje horrorowe opowieści – koleżanka zwięźle opowiedziała mi całą ringową intrygę. Teraz już wiem, że to nie był najlepszy pomysł, bo czyż nie najlepsiejsze w tych wszystkich grozach jest odkrycie przyczyny? Wiecie, odnalezienie pokoju, w którym kogoś kiedyś zamurowano, połączenie wszystkich wątków historii zamordowanego dziecka, wyjaśnienie szaleństwa tatusia… te sprawy. Wracając do „Ringu”, o tym, że najpierw była książka, uświadomiła mnie myszkovska – ba, nawet w tę książkę wyposażyła. Oto ona.

Znacie, znamy, posłuchajcie. Asakawa, dziennikarz jednego z tokijskich dzienników, ma na swoim koncie już jedną paranormalną sprawę – acz nierozwiązaną. Teraz, wiedziony reporterskim instyktem i prowadzony splotem przypadków, usiłuje rozwiązać tajemnicę jednoczesnej śmierci czwórki nastolatków (w tym siostrzenicy żony Asakawy). Wszyscy zginęli 5 września 1990 roku około 23:00. A tydzień wcześniej… no właśnie, obejrzeli Tę Słynną Kasetę. Asakawa oczywiście dociera do domku, w której cała czwórka spędzała wakacje i odnajduje kasetę. Ogląda ją… i bam! Zostało mu siedem dni życia. Złowieszcza klątwa może jednak zostać odwrócona – a Asakawa ma na to tylko tydzień. Musi uratować nie tylko siebie, ale i  kolejne osoby, które obejrzały kasetę, w tym swoją żonę i córeczkę. Złowrogi wyścig z czasem zaczyna się od dźwięku telefonu…

Świetne to było – nawet mimo tego, że znałam dość dobrze fabułę (ekranizacja japońska i amerykańska zrobiły swoje). Choć w horrorach najbardziej przeraża mnie dźwięk (kto pamięta charczące dziecię z „Klątwy”?), a książkowy „Ring” to nie jest klasyczny horror i z oczywistych przyczyn dźwięku nie zapewnia, to jednak groza czaiła się gdzieś w niedopowiedzeniu, w nieopisaniu, w nieznanym. I absolutnie genialna jest sama końcówka, nadaje zupełnie inny wymiar – etyczno-moralny – całemu kręgowi z kasetą na czele. Choćby dla tego zakończenia warto raz jeszcze sięgnąć po historię Ringu. Historię pierwotnego, żądnego zemsty zła, które powraca wciąż i wciąż.

PS. Myszkovskiej dziękując po stokroć.
PPS. Ta Buka na okładce jest sugestywnie creepy.

„Historia miłości” Nicole Krauss

„Historia miłości” Nicole KraussOstatnio coś miewam szczęście do pięknych a smutnych książek. Ba, pięknych a smutnych książek, w których pojawia się dziewczyna imieniem Alma. Niech Was nie zwiedzie tytuł, nie oczekujcie ckliwego romansidła. Są bowiem książki o miłości i książki o miłości – ta należy do tych drugich.

Leonard Górski zaczął umierać 18 sierpnia 1920 roku Słonimiu. Potem zakochał się. Stracił dziewczynę, którą kochał. Napisał książkę. Stracił ją. Miał przyjaciela, ale stracił go… i odzyskał. Gdy poznajemy Leonarda – teraz Leo Gursky’ego – ma lat osiemdziesiąt, mieszka w Nowym Jorku i czasem popełnia różne głupstwa, by ludzie go zauważyli – ot, rozsypie popcorn w kinie, pomarudzi w sklepie z butami, kupi sok, choć wcale nie chce mu się pić. Wciąż kocha tę jedną, jedyną dziewczynę. Dziewczynę imieniem Alma.

Alma Singer odziedziczyła imię po bohaterce „Historii miłości”, książki, którą jej ojciec podarował jej matce. Ma piętnaście lat i pisze kolejne tomy dzienników, zatytułowane „Jak przetrwać w dziczy”.  Przyjaźni się z rosyjskim imigrantem, chłopcem imieniem Misza. Ciekawi ją zwłaszcza to, co nie powinno – na przykład książka, którą tłumaczy jej matka, i zleceniodawca tego tłumaczenia. Kolorowego obrazu dopełnia jej młodszy brat, zwany Ptakiem, absolutnie przekonany o tym, że należy do grona łamed-wowników i wszystkie przedmioty – swoje i nieswoje – ozdabia tetragramem.

Nicole Krauss już niejeden raz pokazała, że potrafi ułożyć historię splątaną i prostą zarazem. A ja raz jeszcze nie bardzo umiem wypowiedzieć się na temat tak, by uniknąć wspinania się na wyżyny banału. Jedna opowieść przechodzi w drugą, raz słuchamy ciekawskiej a upartej Almy S., raz pogodnego mimo wszystko Leonarda, to znów czytamy fragmenty „Historii miłości”. Całość – od bardzo klimatycznie wprowadzającej dedykacji („poświęcam moim dziadkom, którzy nauczyli mnie nie znikać”*) aż po kluczowe napisy końcowe – urzeka bez miary. Powiedziałabym, że jest magiczna, ale to też wypadłoby jak banalna klisza.

Więc powiem tylko,  że smutna i piękna, znów. Koniecznie.

PS. Zdjęłam z półki.

* Nicole Krauss, Historia miłości, przeł. Katarzyna Malita, Świat Książki 2006, s. 5.

„Botanika duszy” Elizabeth Gilbert

„Botanika duszy” Elizabeth GilbertMam do Gilbert duży sentyment, nie tylko z uwagi na jej Słynne Dzieło Ekranizowane Z Udziałem Julii Roberts (skądinąd, całkiem przyzwoita ta ekranizacja). Lekko antropologiczne wynurzenia o małżeństwie,  czyli „I że cię nie opuszczę…”, też mi się bardzo podobały. A samo hasło „Jedz, módl się, kochaj” jest tak trafne i udatne, że mogłoby z powodzeniem stanowić moje motto życiowe (zwłaszcza pierwszy składnik, podpowiada złośliwa część Malitowej duszy). Już zatem od początku byłam nastawiona pro – i taka pozostałam.

Mało które dziecię miało tak nietuzinkowy start w życiu, jak Alma Whittaker. Jej ojciec, ambitny awanturnik z ambicjami botanicznymi, dorobił się na handlu chinowcem (kora jezuitów, chinina – czytelnicy „W pustyni i w puszczy” teraz kiwają głowami z ważnymi minami) i zyskał sobie reputację ekscentrycznego bogacza. Jej matka, praktyczna i trzeźwo myśląca Holenderka, wywiozła z domu rodzinnego cebulki tulipanów i dziesiątki czystych ksiąg rachunkowych. Posiadłość Whittakerów w Filadelfii początków XIX wieku, z olbrzymią biblioteką i rozległym ogrodem, była dla małej Almy rajem na ziemi. Bystra, energiczna i brzydka dziewczynka wyrosła na kobietę inteligentną, pracowitą i pełną pasji. Pasji do botaniki, to rzecz ważna. Nieustanny głód wiedzy zaprowadzi Almę na skraj świata i na skraj własnego rozumu – od błogiej Filadelfii, przez Tahiti, po Europę – i nie będzie to droga usłana różami (wyobrażam sobie teraz, jak Alma na hasło „róża” mruczy pod nosem „rosa, z rodziny rosacae”).

Racjonalna Alma, jej enigmatyczna przybrana siostra, Prudence, rozmaici przyjaciele i towarzysze w nauce – każdy ma swoją wewnętrzną misję, rozterki, tajemnice – a większość nie doczeka hollywoodzkiego happy endu. To, co mi się najbardziej w „Botanice” podobało, to sama Alma, kobieta silna, dzielna, ale i krucha jednocześnie. Podziwiam ją za – uwaga uwaga – brak egzaltacji. Za przebojowość… i za zaakceptowanie samej siebie.

Pięknie smutna to historia. Smutna, ale nie przykra. Bardzo wspaniała. I pięknie się kończy.

PS. Oklaski dla tego, kto wymyślił polski tytuł. Oklaski na stojąco.
PPS. A na okładce pochwalna inskrypcja z Wielkiego Buka Bombeletty, dumnam! ;)