„Republika Złodziei” Scott Lynch

„Republika Złodziei” Scott LynchTradycja rzecz święta, tradycja musi być – na niektóre książki się czeka. Odkłada je na później, na mityczny święty czas wakacji, na wolną chwilę, która wreszcie pozwoli na zatoniecie w lekturze bez większych wyrzutów sumienia. Na trzecią część historii Locke’a Lamory czekałam tak długo, że prawie zapomniałam, jak cudowna to historia. Pamięć odświeżyłam sobie gdzieś w okolicach siódmej strony, a wspomnienia ugruntowałam około wpół do piątej rano.

Locke Lamora, niegdyś Cierń Camorry i postrach mórz, dziś przedstawia wrak człowieka, toczony przez zabójczą truciznę. By raz jeszcze umknąć z lodowatych objęć Aza Guilli, bogini śmierci, decyduje się na umowę z ludźmi (ludźmi?), których normalny zjadacz chleba unika jak ognia – z więzimagami. Tylko oni mogą uratować życie Locke’a… za stosowną cenę. I tak Lamora razem z przyjacielem i partnerem w złodziejskim fachu, Jeanem, wyrusza do Karthainu, gdzie nawet zwykli ludzie nie przedstawiają się prawdziwym imieniem – wszak jego znajomość pozwala na użycie na właścicielu rozmaitych sztuk więzimagicznych. Będą zajmować się PRem, manipulacją, przekupstwem tudzież solidnym przyfanzoleniem w nos lub inne wrażliwe członki ciała – innymi słowy, kampanią wyborczą jednej z frakcji karthaińskiej polityki. Dopiero po czasie okaże się, że największym wyzwaniem nie będą alchemiczne sztuki i intrygi więzimagów, tylko spotkanie z rywalką zatrudnioną przez konkurencyjną partię: Sabethą, największą miłością Lamory.

Błyskotliwa genialność narracji, okraszona rubasznym stylem i mocno pieprznym niekiedy dowcipem – Scott Lynch trzyma poziom wyżej niż mosty łączące wyspy Karthainu. Locke Lamora znów będzie się musiał wspinać na szczyty swoich umiejętności wszelakich, od ucieczki z magicznego statku, przez subtelne podejście do kobiet – zwłaszcza jednej – aż po zawiłe meandry trudnych konwersacji:

„Ja, no cóż, to nie… Ach, w mordę – Locke wykonał desperacki skok w kierunku elokwencji i jak zwykle skończył z pustymi rękoma”*

Cudo, co nie? Nic, tylko ołówek w dłoń i wynotować, zakreślić co lepsze bonmoty. Nie omieszkałam tego uczynić.

Na całość „Republiki złodziei”, podobnie jak w przypadku tomów poprzednich, składają się dwa plany czasowe: teraźniejszy, czyli rozgrywki w Karthainie, oraz interludia przenoszące nas z powrotem do Camorry, do dzieciństwa Locke’a oraz jego lat nastoletnich. Dodam, że każdy z rozdziałów kończy się takim cliffhangerem, że po prostu chciałoby się okładkę poprzegryzać, a tu mamy interludium, które przynosi kolejne zwroty akcji, tylko w innej historii (sir Archer robi dokładnie to samo, spryciarze). Nie ma rady, trzeba się usadowić wygodniej i mknąć dalej przez karthaińskie uliczki, deski sceny w Esparze, wybrzeże Amathel. Aż świt na zastanie w tej podróży.

Krótko a treściwie na zakończenie: są książki, dla których warto zarwać noc. To jedna z nich.

PS. Wydawnictwu MAG, znów, wysyłam całe skrzynie wdzięczności.
PPS. O, Trzynastu, o Występny Wartowniku, o wszyscy bogowie… <frustracja> JAK JA PRZETRWAM DO PREMIERY KOLEJNEJ CZĘŚCI? </frustracja>

* Scott Lynch, Republika złodziei, przeł.Małgorzata Strzelec i Wojciech Szypuła, Wydanictw MAG, Warszawa 2013, s. 115.

20 thoughts on “„Republika Złodziei” Scott Lynch

      1. Wolę moment łkania odwlec jak najbardziej w czasie chyba :) Dość prawdopodobnym jest, iż w celu spowolnienia lektury zacznę po prostu każdy wyraz literować ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s