„Dzieci wolności” Paullina Simons

„Dzieci wolności” Paullina SimonsSą pisarze, do których mam bardzo osobisty stosunek – i Paullina Simons zdecydowanie do nich należy. Jej „Jeździec miedziany” (i kolejne części, opisujące losy Tatiany i Aleksandra) był chyba jedną z pierwszych „dorosłych” książek, jakie przeczytałam. Inne powieści – jak „Droga do raju” (a wszystko p.e.b., przed erą bloga) – już mniej zachwycały, ale historia młodej Rosjanki i Amerykanina-nie-Amerykanina (wiem, skomplikowane) należy do Malitowych Ksiąg Hołubionych. „Dzieci wolności” to z kolei sequel „Jeźdca”, opowieść o rodzicach Aleksandra – niemniej, można ją spokojnie czytać jako samostojkę.

Kojarzycie takie chińskie przekleństwo – „obyś żył w ciekawych czasach”? Gina i Harry wypełniają je w stu procentach. Dumna Ameryka początku XX wieku – o, to bardzo ciekawe czasy, nie tylko dla rdzennych (no, od kilku pokoleń) mieszkańców, ale i dla imigrantów, pełnych zapału i planów na przyszłość. Do tych drugich należy Gina Attaviano, śliczna a młodziutka Sycylijka, która przypływa do Bostonu razem z mammą i lekko mrukliwym bratem imieniem Salvo. America była wielkim niespełnionym marzeniem ich ojca – i Gina pragnie je zrealizować w pełni, za siebie i za niego. Bardzo szybko do jej marzeń dołącza Harry Barrigton, bogaty młodzieniec z jednej z najlepszych rodzin w mieście. Choć należą do dwóch światów, to na przekór (a czasem na pohybel) wszystkiemu i wszystkim będą razem. Nawet, jeśli pozostawią za sobą spalone mosty i popioły.

To tylko początek miłości Giny i Harry’ego, jej dalszy ciąg przynosi „Bellagrand” (nieoficjalnie wiadomo mi, że premiera pod koniec roku), a ostateczne rozwiązanie można poznać w reminiscencjach w „Tatianie i Aleksandrze”. Żeby nie spoilerować zbyt wiele, powiem tylko, że nie będzie to klasyczny happy end. Nie w Związku Radzieckim.

Ale wracając do „Dzieci wolności”: tu najbardziej podobały mi się dwie rzeczy – Gina i sposób, w jaki Paullina Simons przedstawia amerykańską rzeczywistość. Elegancki Boston, starannie zaplanowane życie wyższych sfer – a z drugiej strony tętniące życiem Lawrence, gdzie zdolny imigrant (lub przedsiębiorcza imigrantka) może wiele osiągnąć. Sama Gina zaś to wspaniała postać. Pamiętacie film „Holiday” i bohaterki filmowe, posiadające „gumption” (w wolnym tłumaczeniu, „łeb na karku”)? Gina jest właśnie taką kobietą z biglem, iskrą. Ogromnie ją polubiłam.

I w ten sposób płynnie przechodzimy do tego, co mi się nie podobało, a zarzut ten (czysto subiektwny) można uzewnętrznić w sposób: „jakim cudem taka świetna Gina zakochała się bez pamięci w takim okropeczniku jak Harry?!”. Niepozbierany życiowo egoista, uch, jak ja nie trawię takich mężczyzn. Zwłaszcza mając w pamięci finał całej historii, który już znam. Co nie zmienia faktu, że chętnie poznam to, co działo się przed finałem – czekam zatem na „Bellagrand”.

A do listy Postaci Hołubionych dopisuję Ginę i jej marzenia.

3 thoughts on “„Dzieci wolności” Paullina Simons

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s