„Przysięga królowej” C.W. Gortner

„Przysięga królowej” C.W. GortnerLubię odwiedzać miejsca, o których czytałam, skrupulatnie wyszukiwać podobieństwa do książki (byłam na dworcu King’s Cross, zanim postawili słynny znak, takie to hipsterskie). I odwrotnie, lubię czytać o miejscach, które odwiedziłam… albo dopiero odwiedzę. Najlepiej, żeby to była jakaś porywająca historia, postać, której ślady będę niecierpliwie śledzić.

Tym razem ta postać to Izabela z dynastii Trastámara, lepiej znana jako Izabela Kastylijska – tyleż sławna, co kontrowersyjna władczyni. Listą jej dokonań można by obdzielić z pięć innych życiorysów: Izabela doprowadziła do zjednoczenia Hiszpanii, poślubiła mężczyznę, którego kochała (kobieta, królowa, w średniowieczu, przypominam), umożliwiła Kolumbowi wyprawę do Indii (a że okazały się Ameryką, tym lepiej), ale też powołała Świętą Inkwizycję (choć święte Oficjum funkcjonowało za jej panowania w łagodniejszej wersji), wygnała tysiące Żydów, odnowiła rekonkwistę i zdobyła muzułmańską naonczas Grenadę. C.W. Gortner pokazuje jej drogę do władzy – od nieco zagubionej infantki z Arévalo, po której nikt się niczego nie spodziewał, aż do wytrawnej i dalekowzrocznej uczestniczki dworskich rozgrywek. Dziś trudno oceniać Izabelę we współczesnych kategoriach – żyła wszakże w konkretnym kontekście historycznym – ale musiała być kobietą nietuzinkową, która potrafiła postawić na swoim.

Gortner pisał już o innych królowych – Katarzynie Medycejskiej i Joannie Szalonej (skądinąd córce Izabeli Kastylijskiej) – i „Przysięga” trzyma dotychczasowy poziom, przyzwoity, acz niezbyt wysoki. Nie jest to najbardziej porywająca z powieści historycznych świata, ale rzetelna i dobrze napisana. Może oczekiwałam jakieś bardziej wyrazistej historii – czegoś w stylu „Wiecznej księżniczki” Philippy Gregory (to o najmłodszej córce Izabeli, Katarzynie Aragońskiej, żonie Henryka VIII, po prostu rewelacja!). Tu było trochę mdło. Ale tylko troszeczkę.

Zatem: przy okazji mojej najbliższej podróży może nie będę gorliwie tropić śladów Izabeli Kastylijskiej, ale obiecuję pomyśleć o niej ciepło gdzieś w okolicy ogrodów Alhambry.

„Wszechświat kontra Alex Woods” Gavin Extence

. „Wszechświat kontra Alex Woods” Gavin ExtenceMam wewnętrzne lęki, powiązane z takimi książkami. Chodzi o bardzo złożone uczucie nieusatysfakcjonowania, rozżalenia i jeszcze paru innych, bliżej nieokreślonych emocji. Bo powinno być pięknie, bo tyle zachwytów dookoła i opinii pozytywnych, bo Glastonbury Tor na okładce (cicho tam, Bene Gesserit). A tu – lipa.

A zaczęło się od wszechświata ewidentnej interwencji, czyli meteorytu (skład: żelazo, nikiel, kobalt i iryd-193). Ów obiekt pojawił się nad małą wioską koło Glanstobury, przedarł się przez dach domu Woodsów, po czym huknął Alexa w głowę, czyniąc go obiektem zainteresowania prasy i przedmiotem dyskusji całego narodu. Odtąd już nic nie było takie samo – zwłaszcza, że Alex zapadł na padaczkę. Już sama sytuacja rodzinna (vide samotna matka, skądinąd obłędna, prowadząca okołoezoteryczny sklepik „Królowa Kielichów” nieopadal Glastonbury High Street) starczyłaby, żeby chłopiec miał wyjątkowo przechlapane w szkole, ale jeszcze ten meteoryt… choć może właśnie dlatego Alexowi będzie dana specyficzna przyjaźń i specyficzna misja. I nie mam tu na myśli skrupulatnej opieki nad hodowlą marihuany.

Alex przedstawia swoją sprawę osobiście – swoją i pana Petersona, rzeczonego przyjaciela – zaczynając od słynnego dnia wypadku aż po różne jego dalsze i bliższe następstwa. Rzeczywistość szkolna i nieprzychylna mu banda osiłków, codzienne medytacje (pomagają kontrolować napady padaczki), kłótnie z koleżanką Ellie (długa historia), kłopoty z kotką imieniem Lucy, mama wróżąca z kart tarota na zapleczu swojego sklepiku – to wszystko składa się na codzienność chłopca. To i wizyty u staruszka nazwiskiem Peterson, które początkowo były tylko formą rekompensaty za zniszczenie szklarni, a stają się czymś zupełnie innym. Bo to dzięki panu Petersonowi Alex zacznie się zastanawiać, na czym polega i gdzie się kończy godność człowieka oraz jego prawo do decydowania o samym sobie.

Ja nie odmawiam tej książce, że jest świetnie napisana. Dowcipna, a jednocześnie poruszająca ważne kwestie etyczne (żeby nie spoilerować). Chodzi mi raczej o całokształt koncepcji. Jak dotąd, czytałam trzy powieści właśnie w takim stylu – jest nietuzinkowy narrator, chłopiec, który odstaje od innych, z reguły inteligentny i z poczuciem jakieś ważnej misji, często z pewnego rodzaju ubytkiem na zdrowiu, mówiąc oględnie. Taki był Christopher z „Dziwnego przypadku psa nocną porą”, Oskar z „Strasznie głośno, niesamowicie blisko”, taki jest Alex Woods. I teraz już wiem na pewno: taki bohater, taki narrator, taki styl po prostu mi nie leży. De gustibus i tak dalej.

Idę polować na nową powieść Pratchetta.

„Wołanie kukułki” Robert Galbraith

„Wołanie kukułki” Robert GalbraithCzy raczej J.K. Rowling. Mniejsza o wielką aferę z cyklu „Rowling wydaje powieść pod pseudonimem!”: gazety piszą, wydawnictwa kupują prawa, słupki sprzedaży rosną i cała ta machina napędzana Sławnym Nazwiskiem Autorki. Ja po prostu uważam, że pani Rowling po prostu świetnie pisze – niezależnie od tego, czy rzuca nas do Hogwartu, czy do Pagford. Czy też do Londynu, jak się okazuje, bo tam właśnie mieszka i działa prywatny detektyw nazwiskiem Strike.

Cormoran Strike (cóż za imię! Cóż za nazwisko!), sponiewierany olbrzym, wiele w życiu widział. O służbie w wojsku na każdym kroku przypomina proteza, nie sposób też wymazać z pamięci burzliwego dzieciństwa ani wieloletniego związku z nieziemsko piękną Charlotte. Długi, marazm, politowania godne sekretarki z Tymczasowych Rozwiązań, nocowanie na polowym łóżku w agencji z braku własnego kąta (wszak nie mieszka już z nieziemskopiękną Charlotte)… ale do czasu. Bo tam, gdzie detektyw, tam też i zagadka. Zagadka śmierci Luli Landry, wielkiej urody modelki, która zginęła po upadku z balkonu swego luksusowego mieszkania. Samobójstwo? W to nie potrafi uwierzyć brat Luli i zleca Cormoranowi rozwikłanie sprawy.

Mam pewną słabość – mimo ogólnego braku nabożeństwa do powieści detektywistycznych – do steranych życiem detektywów. Tak właściwie wszyscy oni są jakoś niedoogarnięci, już to porzuceni, już to z traumą, już to w nałogach. Może dlatego tak łatwo zagłębiają się w rozmaite półświatki, by wydłubywać prawdę z głębokich warstw rynsztoka… w każdym razie, Cormoran Strike to swój człowiek. Zna Józefa.

Józefa zdecydowanie zna też nowa sekretarka Strike’a, Robin, dziewczę z biglem i dobrym serduszkiem. I całkiem zmyślnym podejściem do śledztw wszelakich. Razem ze swym chlebodawcą zagłębi się w intrygę, od której nie szło się oderwać – niemniej muszę przyznać, że z początku nie potrafiłam się wciągnąć. Acz to mogła być kwestia mało skupionego umysłu mego, co to rozedrgany nadmiarem obowiązków bywa.

Żeby nie przedłużać – jestem na tak. Klimat, jak Galbraith/Rowling tworzy, jest bardzo bardzo przekonujący. I sposób opowiadania też mi odpowiada. Nie popadam w przesadne zachwyty, ale będę wypatrywać dalszych przygód Cormorana – w oryginale ukażą się 19 czerwca. To już tylko 32 dni zostały, wiecie?

PS. Uwaga translatorska na marginesie: zupełnie nie rozumiem strategii pisania słów pochodzących z angielskiego w spolszczonej wersji; „lancz” zamiast „lunch”, „skłot” (sic!) zamiast „squat” tudzież „dżetlag” zamiast „jet lag”. Nie wiem, czy to wizja tłumaczki, czy redaktorów, ale dla mnie to było wyjątkowo sztuczne i raziło po oczętach na kilometr. Zwłaszcza ten lancz. Skłot też. Brrr.

„Tylko dzięki miłości” Bogna Ziembicka

„Tylko dzięki miłości” Bogna ZiembickaBardzo lubię powieści historyczne i okołokobiece, historie o dorastających młodych ludziach tudzież Kraków w książkach opisany. Acz nie zawsze lubiane składniki zsumują się w narrację, którą też polubię. Ale zacznijmy od początku.

Kraków, rok 1936. Zuzanna Hulewicz, dziewczę z dobrego a majętnego domu, straciła rodziców i siostrę w wypadku samolotu. Teraz mieszka z babcią, ale często jeździ do majątku w Różanach pod Krakowem (nie tylko z uwagi na sielskość krajobrazu różańskiego). Wiedzie dość zwyczajny żywot eleganckiej panienki w międzywojennej Polsce, co zresztą skrupulatnie opisuje w pamiętniku. Będzie w nim więc o szkole i koleżankach – w tym sąsiadce Żydówce – o rozterkach uczuciowych, o podróżach, o planach na przyszłość… a wreszcie, będzie także o wojnie.

Zapiski Zuzanny przeplatają się z dziennikiem Joachima, brata jej dawnej przyjaciółki. Ów młody a wdzięczny Niemiec wyrusza do Afryki Wschodniej, by objąć posadę zarządcy małej faktorii w Biharangwe. Joachim notuje szczegóły swojej wyprawy, relacjonuje spotkania z niezwykłymi ludźmi, polowania i różne zdarzenia z faktorii. Zdarza mu się też wspomnieć o tęsknocie za domem i powzdychać do zdjęcia pięknej koleżanki swojej siostrzyczki (to znaczy, Zuzi, rzecz jasna).

Ta pamiętnikowość formy przypadkach obu narratorów jest całkiem wiarygodna, bo nie stanowi dokumentowania sekunda po sekundzie wszystkich wydarzeń, tylko krótsze lub dłuższe zapiski, niekoniecznie regularne. Całość uzupełniono rozmaitymi wycinkami z gazet – ot, artykuł o Edwardzie VII i jego miłości do Wallis Simpson, ot, przytoczenie przemowy Józefa Becka – które są niewątpliwie ciekawe, ale ich obecność wydaje mi się być trochę… na siłę. Jakby Autorka chciała udowodnić, ile wie i jak mocno rzecz jest osadzona w realiach historycznych.

Sama fabularna zawartość pamiętnikowych zapisków już nieco mniej naciągana, ale jakoś nie mogłam się przekonać. Mniejsza o podróże Zuzanny (igrzyska olimpijskie w Berlinie, wakacje w Prusach Wschodnich, ba, nawet miesiąc w Egipcie!) – za to Joachim, skądinąd szalenie sympatyczny, ale szaleńczo zakochany w pannie… ze zdjęcia (przez pół książki nie zna Zuzi osobiście). Czasy wojenne przerwały ciągłość pamiętnikową – w zapiskach Zuzanny widnieje luka od 28 lutego 1940 do 15 maja 1945 – i można z grubsza domyślić się, co się działo w międzyczasie, ale tylko z grubsza. Więcej, jak mniemam, będzie się można dowiedzieć z kolejnych części – niemniej ja ich czytać nie zamierzam.

Sama właściwie nie jestem pewna, co mi w tej książce tak nie leży. Chyba ta nieautentyczność, wymuszoność, bycie na siłę. Wiem tylko, że o wiele bardziej przekonała mnie mordercza wyprawa tysięcy wozów przez niedostępne góry i poszerzanie szczeliny w skale za pomocą magii (vide Wegner), niż opowieść o Zuzannie i Joachimie.

PS. Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wydawnictwa Otwarte.

„Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza” Robert M. Wegner

„Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza” Robert M. WegnerPamiętacie, jak wyniosłam sześć książek od myszkovskiej? Jedną z nich było właśnie „Niebo ze stali”. Mniejsza o to, że nie czytałam poprzednich tomów opowiadań, szczęśliwie nie było problemów ze zrozumieniem samej powieści. A dzieje się w niej wiele.

Olekady – samo słowo już budzi respekt. Górskie pasmo skrywa w sobie wiele tajemnic, a Straż czuje respekt do majestatycznych szczytów i ich sekretów. A gdy w Olekadach zaczynają ginąć ludzie, a spirala tych morderstw układa się we wzór wiodący do jednego konkretnego miejsca – Górska Straż podwaja czujność. W międzyczasie Szósta Kompania Straży – z obłędnym dowódcą, Kennethem-van-Darawytem, na czele – otrzymuje bardzo wymagające zadanie: przeprowadzić lud Verdanno przez góry, na Wyżynę Lutherańską, do utraconej ojczyzny. Verdanno żyją (dosłownie!) na wozach, więc równa się to przeprawieniu się z tysiącami wozów. Ta karkołomna wyprawa splata się ze szpiegowską misją Kailean i Dagheny z czaardanu Laskolnyka. Dziewczęta mają się wcielić w wozacką księżniczkę i jej służącą, by odkryć przyczynę wspomianych morderstw. Jest jeszcze Key’la, dziewczynka jadąca w karawanie Verdanno, dzielne stworzenie, które odegra większą rolę, niżby się mogło wydawać. A wszystko zmierza do potężnej, oszałamiającej wojny.

Och, jakie to było dobre. Pełnokrwista, soczysta fantastyka, z rozmachem, z polotem… i nie bójmy się tego słowa, po prostu EPICKA. W najlepszym tego słowa znaczeniu. Czasem dowcipna, czasem chwytająca za serducho, czasem wbijająca w fotel. Uwielbiam książki, które pochłaniam w niecierpliwym oczekiwaniu „co dalej?” – bo jest środek nocy, obiecuję sobie, że tylko do końca tego rozdziału, potem zerknam na jedną, drugą stronę następnego… i nagle się orientuję, że jestem 50 stron dalej. No to do końca tego rozdziału jeszcze.

Cała kreacja uniwersum – zwłaszcza lud Verdanno i złożoność ich codzienności, układy wozów, bajka! – po prostu zadziwia. Świetnie napisane, świetnie wymyślone, świetnie poprowadzone: oderwać się nie szło. Chcę jeszcze!

PS. Ergo, jak nie wiecie, co czytać, pytajcie myszkovskiej. Ona wie.
PPS. Aha, i błogosławię autorów, którzy – wymyślając dość skomplikowane imiona i nazwy – zapewniają indeks rzeczonych nazw. Dziękuję.

„Rekin z parku Yoyogi” Joanna Bator

„Rekin z parku Yoyogi” Joanna BatorMiędzynarodowy Dzień Książki Anno Domini 2014. Siedzę sobie spokojnie i otóż otrzymuję sms o treści: „Jest jakaś książka, którą chciałabyś dostać? Bo jestem w księgarni”. Cóż, nie jest to pytanie, które powinno się zadawać Malicie w liczbie pojedynczej (wszak tych książek jest milijon nad milijony), niemniej akurat się nie wahałam – i tak oto „Rekin z parku Yoyogi” trafił w me łapki.

O moich zachwytach nad prozą Bator już sporo na tym blogu było. Nie ma co ukrywać, Autorka ze wszech miar fascynuje, nie tylko jako pisarka i twórczyni niesamowitej rzeczywistości polsko-niepolskiej, ale jako osoba sama w sobie. A „Rekin w parku Yoyogi” to wcale nie jest książka o Japonii. To jest książka o Joannie Bator w Japonii i okolicach (bardzo świetnie  to podsumowała Ekruda).

Rzecz podzielona jest na trzy części, trzy ścieżki: od japońskich niesamowitości i filozoficznego dziwowania się nad światem, przez alegorie pełne nawiązań i porównań (tekst o Godzilli – majstersztyk!), aż po Foucaltowskie heterotopie – miejsca dziwne, krzywe, niesamowite – czyli mini-studium subkultury otaku. Wszystkie eseje, bardzo krótkie, to raczej osobiste impresje na temat. Nie antropologiczne wywody, nie naukowe opracowania, nie publicystyczne teksty. Bator lawiruje między swoimi wspomnieniami z Japonii i z kraju, nawiązaniami filozoficznymi i rozmaitymi cytatami z popkultury. Całość okraszona ilustracjami Trusta i krótkim komiksem – ha, mangą! – Julii Yamato.

Mogłabym o tej książce pisać bardzo długo – na przykład rozpływać się w zachwycie, że dzięki „Rekinowi” wreszcie zrozumiałam, o co chodziło Baudrillardowi – ale raczej nie ma sensu. To trzeba przeczytać osobiście, zastanowić się, przemyśleć. Najlepiej znając już inne Batorowe dzieła, wtedy ogląd będzie pełniejszy. Co i Wam zalecam.

PS. Tu jest moment na oficjalne dzię-ku-ję! (dla Majestatu, ofiarodawcy).
PPS. A tu audiowizualnie, czyli wywiad na temat (sam wywiad uważam za dość… banalny, jeśli chodzi o prowadzących, ale celem podziwiania Autorki będzie w sam raz).

Jaką jestem czytelniczką?

Okołoblogowe zabawy to nie jest rzecz, w którą angażuję się namiętnie i z całą mocą swą, niemniej wywołana przez Pannę Piórko oto spowiadam się z własnej osoby jako czytelniczki. Acz nie będę wywoływać do współspowiedzi :)

Otóż:

  • Czytam bardzo szybko, choć nigdy się tego nie uczyłam. Co prawda to kończy się czasem na lekturze mocno „po łebkach”, ale jeśli książka mi się podobała, to czytam ją jeszcze raz, w całości lub w najważniejszych fragmentach. Jeśli nie – to wtedy nie wracam.
  • Zazwyczaj czytam jedną rzecz naraz – chyba, że trzymam coś „grubszego” na biurku, a cieńszą książkę albo czytnik wożę ze sobą. Tyczy się to książek czytanych dla przyjemności, tych naukowych mam z reguły pootwieraną jedną albo dwie ^^
  • Czytam w każdym miejscu, bo nie ruszam się z domu bez  choćby gazety. Nigdy nie wiadomo, kiedy się znajdzie wolna chwila.
  • Ebooki, audiobooki – przyjmę każdą formę, niemniej najbardziej cenię sobie klasyczną drukowaną wersję.
  • „O, cieniutka” – tak reaguję na cokolwiek, co liczy sobie mniej niż 300 stron.
  • Czytać to jedno, ale lubię też posiadać książki i cieszyć się tym, że stoją elegancko na półce (czy tam tłoczą się na biurku, wiadomo, że mam ich więcej niż miejsca). Taż samo, przy odwiedzinach u kogoś zaczynam zwiedzanie od książek.
  • Przynajmniej raz w roku, regularnie, czytam swoje ulubione książki – zwłaszcza „Czarę wyroczni” Judith Merkle Riley i… wszystkie siedem tomów historii o Harrym Potterze.

Życzę Wam zacnej majówki – książkowej, najlepiej – ja już jeden książkowy plan majówkowy zrealizowałam, pora na kolejny. A poza tym, to zawsze dobry czas, żeby…

Więc zacności :)