„The Tale of Genji” Murasaki Shikibu

"The TAle of Genji" Murasaki ShikibuPisać o Genjim to trochę jak pisać o… I tu się zawahałam, bo właściwie nie istnieje żaden inny taki bohater. Mało w literaturze światowej postaci, które tak mocno potrafiły by oddziaływać – na swoich odbiorców (to znaczy: czytelniczki, czyli pierwszy fandom świata); na późniejsze dzieła prozatorskie, poetyckie; na inne dziedziny sztuki, od teatru po Dziesiątą Muzę. Książę Hikaru Genji – aka „Promienisty”, bo hikaru oznacza „świecić, promieniować” – to pierwszy idealny bohater ever.

Murasaki Shikibu, dama dworu epoki Heian (Japonia czasów arystokracji, początki XI wieku), wykreowała bohatera, w którym się z miejsca zakochała (nie mówiąc o tym, że jedna z najważniejszych ukochanych Księcia nosi imię „Murasaki”). Genji, nieślubny syn cesarza, to ideał w każdym calu i każdym włókienku eleganckiego kimona. Czego się nie tknie, okazuje się być mistrzem i bożyszczem: od pisania poezji przez tańce i grę na koto po rozmaite dworskie obyczaje. Najprzystojniejszy z boskich, czuły kochanek, arbiter elegantiarum – no wzdychały do niego wszystkie damy dworu, fikcyjne i rzeczywiste. I to dość konkretnie wzdychały: faktycznie zdarzało się, że arystokratki odrzucały awanse „namacalnych” dworzan, gdyż wolały wzdychać do postaci fikcyjnej (takie to… współczesne…).

W głębsze niuanse fabuły nie będę się pchała, bo to nie o to teraz chodzi – dość rzec, że „The Tale of Genji” to właściwie zestaw podbojów nieziemskiego Księcia. Co rozdział, to inny romans… zwłaszcza w tym wyborze, bo całość powieści liczy sobie 54 rozdziały, a tu znajdziemy przekład tylko dwunastu (autorstwa Edwarda Seidenstickera, jedno z trzech najbardziej znanych tłumaczeń na język angielski).

Historia najdoskonalszego z mężczyzn, jaki stąpał o japońskiej ziemi, to rzecz specyficzna – chciałoby się powiedzieć „jak to zachwyca, skoro nie zachwyca”. Ja czytałam w celach naukowych (po raz kolejny, zresztą…) i będę czytać jeszcze nieraz. Ile bym się nie zżymała, to „The Tale of Genji” ma coś w sobie. Jeszcze nie jestem pewna, co dokładnie – ale dam znać.

PS. Bardziej… porównawczy rzut oka na postać Promienistego można znaleźć w artykule „Torii”, który popełniłam do spóły z Najlepszym Akademickim (i nie tylko) Sidekickiem.
PPS. Ethlenn – bez której nie byłoby w ogóle ani recenzji, ani artykułu, ani nic – dziękując za pożyczenie książki tudzież za całokształt ^^