„Lare i t’ae” Eleonora Ratkiewicz

„Lare i t’ae” Eleonora RatkiewiczI tak oto powracamy do radosnego elfio-ludzkiego bromance’u o kiczowatej okładce. Elfie książątko Enneari aka Arien oraz ludzkie książątko imieniem Lermett, połączeni więzami przyjaźni, powoli dorastają i muszą zająć się nieco poważniejszymi sprawami. Wojna, klęska klimatyczna, polityka, takie tam drobiazgi.

Otóż rok zaledwie upłynął był od wydarzeń opisanych w tomie numer jeden, a zdążyło się trochę pozmieniać. Na przykład, Lermett został królem Najlissu. Władcą, dodajmy, sprawiedliwym, o dużej dozie inteligencji, rozważnym, całkiem wyględnym, ze wszech miar idealnym – mucha nie siada, a Joffrey Lann…. Ekhem, Baratheon może się schować za podnóżek Żelaznego Tronu. Wszystko byłoby pięknie, tylko że widmo ekologicznej katastrofy wisi nad Ośmioma Królestwami. I nad stepem też. Otóż, klimat się zmienia i za jakieś dwa-trzy pokolenia susza opanuje znany Lermettowi i Arienowi świat. A to może skutkować wielkim konfliktem zbrojnym nie tylko wśród Ośmiu Królestw, ale też w relacjach z koczownikami na stepie, a nawet z elfami za przełęczą. I co teraz? Trudno, panowie, trzeba radzić. Lermett zwołuje zatem wielką radę wszystkich władców, łącznie ze stepowym arginem, i z anielską cierpliwością usiłuje pogodzić zwaśnionych kolegów po fachu. Do pomocy ma domorosłego maga, kilku postrzelonych elfów oraz przemądrzałego krasnoluda – ale nawet takie ciało doradcze może okazać się niewystarczające w obliczu knowań i intryg innych królów…

Właściwie, prawie cała książka to zapis obrad Rady, z rozmaitymi wycieczkami w stronę wątków pobocznych: poszczególnych królewskich gości (a jeden bardziej barwny od drugiego), elfiego poselstwa z Arienem na czele, krasnoludzkiego uniwersytetu (jestem fanką pani rektor!). Takie toto wszystko szkolne, od linijki, czarno-białe (z jednym drobniutkim wyjątkiem), naiwne, że aż zęby zgrzytają. Łopatologia związków damsko-męskich zwłaszcza  w tej naiwności przoduje. Subtelności i finezji w stylistyce też niewiele, ot, poprawne, ale nie zachwycające.

Cenię sobie bardziej skomplikowane intrygi, kreację świata i postaci, ale mam też taką osobistą kategorię powieści makaronowych (bo są nieinwazyjne jak makaron z serem), które wchodzą gładko i bez oporów w czytelniczy móżdżek. I „Lare i t’ae”, podobnie jak „Tae ekkejr”, to klasyczna powieść makaronowa – w natłoku Spraw Ważnych, sesji i innych obowiązków zapewnia przyzwoite odmóżdżenie i całkiem godziwą dawkę humoru. Można, ale bez wygórowanych oczekiwań.

PS. Myszkovskiej dziękując uprzejmie za pożyczenie!
PPS. I tak, faktycznie, Disney mógłby ekranizować tę część. Vide wątki romansowe.

5 thoughts on “„Lare i t’ae” Eleonora Ratkiewicz

  1. Myślę, że kategorię „powieść makaronowa” powinni wprowadzić na portalach książkowych. Jak by to ułatwiało dodawanie i ocen, i książek… ;)

  2. „Powieść makaronowa” – genialna kategoria :D A ta okładka wymiata kiczowatością! Zafascynowało mnie graficzne poszukiwanie symetrii, czyli skoro na jednym oku ma tatuaż, to na drugim niechże ma seksowną szramę :D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s