„Ptaszyna” Dezső Kosztolányi

„Ptaszyna” Dezső KosztolányiSwoją podróż w świat węgierskiej literatury zaczęłam stosunkowo niedawno (licząc tak zwaną epb, czyli „erę prowadzenia bloga”): w wakacje przeczytałam „Czarownicę z Funtinel” Alberta Wassa, która mnie zachwyciła i wzruszyła bez miary. Zaprzyjaźniony specjalista od spraw węgierskich wszelakich, Jańcio, na fali Wassowej recenzji obiecał, cytuję, „jak dostanę z powrotem moje książki, to Ci podrzucę ze dwa tytuły z magyar irodalom, takie, które akurat da się czytać bez depresji” (wyjaśniam, że chodzi o literaturę węgierską). I tak oto na moją półkę trafiła „Ptaszyna” Kosztolányiego, a czekała biedaczka na swą kolej już ze trzy miesiące. Niemniej, oto jest. A z tą depresją, cóż…

W każdym razie, Dezső Kosztolányi był człowiekiem talentów wielu. Pisarz, poeta, tłumacz, dziennikarz – w nieustannej pogoni za słowem, za frazą, za idealnym zdaniem. Wiele wniósł do literackiego języka węgierskiego, już to dzięki swoim nowelom, już to dzięki wierszom. Żył na przełomie XIX i XX wieku i kładł podwaliny pod nowoczesną literaturę węgierską. „Ptaszyna”, napisana w 1924 roku, to jedno z późniejszych dzieł, wydane w Polsce po raz pierwszy w 1962 roku.

Rzecz dzieje się w małym, prowincjonalnym miasteczku – w Szárszegu – w roku 1899. Otóż jedyna latorośl państwa Vajkayów, brzydka stara panna o wdzięcznym przezwisku Ptaszyna, wyjeżdża na tydzień do krewnych na wieś. Choć rodzina rozstaje się na krótko, kilkugodzinna wyprawa pociągiem jawi się niczym wyprawa na koniec świata. Uporządkowana codzienność Vajkayów na kilka dni staje na głowie – oto muszą zacząć jadać poza domem, a to niesie ze sobą ważkie konsekwencje: można na przykład spotkać dawno niewidzianych znajomych… kto wie, co się może naonczas przydarzyć. Ale Ptaszyna wraca. I zmienia się wszystko. I nie zmienia się nic.

To nawet nie o to chodzi, co się dzieje. Chodzi o to, jak to jest opisane. Niby prosto, niby bez jakiś specjalnych zabiegów, a wwierca się, wkręca gdzieś głęboko w pokłady duszy. Przez duszny, przewidywalny Szárszeg przewijają się kolorowe-niekolorowe postaci, lokalni celebryci, sędzia, iszpan… nawet Akacjusz Vajkay i jego bezimienna żona, na co dzień szarzy i bez polotu, w całej swej poczciwości odnajdują nagle małą nutkę szaleństwa. Gaśnie ona wraz z powrotem córki, a świat wraca na swoje dawne tory. Jakby od niechcenia.

Takie pozornie zwykłe pisanie o zwykłych ludziach, które przy głębszym poznaniu oczarowuje niezwykłością, to jest po prostu zadziwiająca umiejętność. Panie Kosztolányi, ja chylę czoła.

PS. Jańciowi dziękując uprzejmie. A właściwie, köszönöm szépen.

2 thoughts on “„Ptaszyna” Dezső Kosztolányi

  1. Zawsze mnie ta literatura mniej spopularyzowanych rejonów Europy intrygowała, ale jakoś zawsze jest coś innego do czytania, bliższego… Hm… w końcu muszę znaleźć czas i nadrobić zaległości, bo brzmi doskonale :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s