„Powrót niedoskonały” Marcin Bruczkowski

„Powrót niedoskonały” Marcin BruczkowskiSą tacy pisarze w Malitowym rankingu, na myśl o których wydobywam z siebie radosne „Łiiiiiiiiiiiii!”. Marcin Bruczkowski otwiera tę listę. Od jego pierwszej książki, „Bezsenność w Tokio” (przeczytanej właściwie przypadkowo), zaczęła się moja fascynacja Japonią, która trwa po dziś dzień (a słowa te piszę zaraz po odrobieniu zadania na translatorium z japońskiego, wiem, co mówię). Wszystkie kolejne również hołubię, a wieść o najnowszej powieści wprawiła mnie w dobry humor na cały dzień. Pełnię szczęścia zapełniło spotkanie z Autorem na tegorocznych krakowskich Targach Książki (i autografy!)… już stojąc w niebotycznej kolejce, zaczęłam podczytywać „Powrót…” i odłożyć nie szło.

Robert Brakat opuścił ojczyznę za czasów głębokiego PRLu. Wraca po osiemnastu latach tułania się po różnych krajach dalekiej Azji – z Japonią na czele – i oto przeżywa szoczek kulturowy. Nie posiada numeru PESEL, nie ma pojęcia, kim jest Doda czy Edyta Górniak i cały czas próbuje dociec, o co chodzi z tą aferą Rywina, o której wszyscy mówią… III RP to już coś zupełnie nowego i trzeba po raz kolejny oswajać swoją-nieswoją Warszawę. W czym miłym kompanem stanie się Hattori, Japończyk-polonofil spotkany pod mostem – a nie co dzień napotyka się na biznesmenów rodem z Kraju Kwitnącej Wiśni, bytujących w pomarańczowym namiocie. Spotkanie z Hattorim to zaledwie początek Brakatowych wybojów i przebojów, w natarciu jeszcze praca w korporacji, a potem w schronie atomowym, masaże z towarzyszeniem oliwki Bambino, nadrabianie osiemnastoletnich zaległości z kultury i literatury polskiej oraz miłosne uniesienia… na dachu. Całość słodko-gorzka, przepleciona mocno onirycznymi i mocno intertekstualnymi wizjami.

„Obcym się nie zostaje. Obcym się rodzi”*, mówi jeden z bohaterów (dokładniej, sam Bruczkowski) i coś w tym jest. Robert wszędzie czuje się nie na miejscu: i w niedoskonalej powróconej Warszawie, i w Japonii, gdzie w końcu trafia. Gajdziństwo szeroko pojęte to stan umysłu, nie tylko pieczątka w paszporcie.Zaryzykuję: każda książka Bruczkowskiego jest o… Bruczkowskim himself. Nie, żeby tak beczelnie ordynarnie dosłownie autobiograficznie, ale wiele elementów z życia Autora można odnaleźć na kartach powieści. I nie mam tu na myśli dosłownego pojawiania się MB deus ex machina w kolejnych książkach.

Wielki Gajdzin raz jeszcze kreśli powieść czasem cudownie dowcipną (ubóstwiam taki typ humoru), czasem bardzo smutną i przykrą, czasem zakałapućkaną metafizycznie. Wiernych czytelników Bruczkowskiej twórczości na pewno to uraduje, a nowicjuszom w tej materii pozwolę sobie „Powrót” polecić na początek z Autorem długiej przyjaźni (zaraz po „Bezsenności…”, rzecz jasna). Zwłaszcza, że ostatnie słowa książki stanowią miłą – daj Boże – obietnicę na przyszłe czasy. Albo chociaż kojącą nadzieję.

* Marcin Bruczkowski, Powrót niedoskonały, Instytu Wydawniczy Znak, Kraków 2013, s. 358.

9 thoughts on “„Powrót niedoskonały” Marcin Bruczkowski

  1. Tak odnośnie Bruczkowskiego w ogóle – mam wrażenie, że każda książka, którą czytałam po „Bezsenności…” jest podszyta jakimś takim… smutkiem? Podczas czytania „Bezsenności…” dobrze się bawiłam i śmiałam co parę stron. Ale już „Zagubieni…”, a jeszcze bardziej „Radio” miały jakąś taką przygnębiającą atmosferę (a może to tylko subiektywne odczucia?).

    1. Coś w tym jest – choć „Bezsenność…” w końcówce też była smutkiem podszyta. Ale najbardziej to chyba „Radio”. To chyba ogólna tendencja, że początek/środek są dowcipne a zabawne, a zakończenie takie… odmienne w klimacie.

      1. Tak! Dokładnie – końcówka „Bezsenności…” była smutna i ten smutek się nigdy później nie wyzbył. Tylko coraz bardziej się pogłębia – bo nawet, jeżeli pojawiają się żarciki, to ogólna wizja jest taka… niewesoła?

  2. Och, dobrze wiedzieć, hłe hłe… majimena gakusei *głask glask*

    W temacie recenzji, książki nie czytałam i po opisie zapewne nie będę. Po pierwsze, nie wierzę, że można po osiemnastu latach przyjechać i NIC nie wiedzieć co się we WŁASNYM kraju działo. Po prostu nie wierzę. Przecież on nie po innych planetach latał, ale w dalszym ciągu był na tej jednej, maciupkiej Ziemi, ranyboskie! To nie podróże sprzd pięciu wieków, bez radia, telewizji, gazet, wtedy faktycznie uwierzyłabym, że ktoś nie miałby pojęcia co się w jego kraju działo.
    Po drugie, to jest taka wydmuszka (po opisie), ładnie, ażurkowo wygląda ale pusta w środku.
    Nie wiem o co ludziom chodzi z tym ‚nigdzie nie czuję się swobodnie, to nie mój dom, ja nie pasuję, miau miau miau”, wystarczy powiedzieć „sumeba miyako” (jak taki znajomy) i problem z głowy.

    Recenzja przednia, jak zwykle :)

    1. Staram się jak mogę ^^

      Mnie jakoś tak bardzo nie przeszkadzało, ta totalna ignorancja w sprawach polskich – wręcz była zabawna (łącznie z próbą ułożenia nieznanych nazwisk czy tytułów w słowniczek). Zwłaszcza ten kontrast, Hattori, który oglądał wszystko, co polskie kino wydało, i Robert, który własnego kraju uczy się od Japończyka. A z byciem obcym wszędzie – brzmiało bardzo przekonująco.
      (sumeba miyako = mieszkałbym w stolycy?)

      Iii arigatou ^_^

      1. „Sumeba miyako” – tam gdzie mieszkasz, tam jest stolica. Znaczy takie trochę zbliżone do „home is where your heart is” czy jakoś tak. Nawet jeśli jest to Most Grunwaldzki.
        Bo wiadomo, że tylko w stolicy mieszkało się świetnie (=myślenie heianowskie, pokutujące w związkach frazeologicznych do dziś).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s