„Ocean na końcu drogi” Neil Gaiman

„Ocean na końcu drogi” Neil GaimanNeil Gaiman – właściciel jednej z najbardziej klimatycznych bibliotek świata – podbił Malitowe czytelnicze serce już dawno. Podziwiam misterię konstrukcji fabuły w „Chłopakach Anansiego”, okołoapokaliptyczne nawiązania z „Dobrego omenu” (kooperacja z sir Terrym P.) oraz bezapelacyjną uroczość całokształtu „Gwiezdnego pyłu”.  Jestem takoż korną wielbicielką „Nigdziebądź”, które pozostaje jedną z moich ulubionych powieści ever (Londyn, wiadomo). Późniejsze teksty, jak choćby  „Księga cmentarna” czy zbiór opowiadań „Rzeczy ulotne”, jakoś mniej zachwycały, ale wciąż Gaiman pozostaje dla mnie niedoścignionym kreatorem miejsc, które są niby obok, a jednak bardzo daleko. Tak jak tytułowy ocean z najnowszej powieści.

Oto on, bezimienny narrator. Wraca w rodzinne strony, okolice Sussex, by odbębnić spotkanie rodzinne, ale nogi – czy właściwie koła samochodu – same niosą go w nieco inne miejsce, odludne, zapomniane, niemal niedostępne. Otóż na końcu drogi, gdy już minie się rozległe połacie łąk i zapomni o asfaltowej jezdni, stoi farma Hempstocków (najmniej magiczne nazwisko wszechświata, przyznajcie). Jej lokatorki – pani Hemptock, Starsza Pani Hempstock oraz Lettie – tworzą trio niezwykłe: najmłodsza twierdzi, że staw za farmą to ocean, najstarsza pamięta Wielki Wybuch. Choć niepozorne, potrafią rozprawić się z najbardziej niepożądanymi stworami z innych wymiarów. I tak oto wracają wspomnienia z czasów dziecięcych naszego bohatera, gdy dnie spędzało się na błogim czytaniu książek, a pradawne zło objawiło się pod postacią guwernantki, Ursuli Monkton…

Neil Gaiman potrafi w sposób niepospolity tworzyć fantastyczne światy, który kryją się tuż za rogiem naszej własnej rzeczywistości. Dziecięca groza, potwory starsze od czasu i naprawiające świat trzy damy – to wszystko składa się na baśń, od której nie idzie się oderwać. Mam tylko jeden zasadniczy zarzut i wyrzut: takie to krótkie! Niewiele ponad 200 stron! Na Malitowe standardy to takie grubsze opowiadanie… zresztą, „Ocean…” pierwotnie był opowiadaniem, ale jakoś tak się rozrósł, napęczniał. Mimo wszystko żal, bo ja bym chciała poznać jeszcze bliżej tajemnicze trzy damy z farmy Hempstocków. Z drugiej strony, lepszy niedosyt niż przesyt.

Rodzina Hempstocków już od dawna przebywała w głowie Gaimana, jak sam przyznaje w posłowiu*. Zacnie, że teraz zamieszkała też w książce i może się przeprowadzić na czytelnicze półki. U Mality będzie jej dobrze, mam nadzieję.

PS. Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję wydawnictwu MAG.
PPS. W planach ekranizacja powieści, za kamerą stanie Joe Wright (reżyser „Pokuty” i „Anny Kareniny”), a całość wyprodukuje Tom Hanks. Tak!

* Neil Gaiman, Ocean na końcu drogi, przeł Paulina Braiter, Wydawnictwo MAG, Warszawa 2013, s. 214.

12 thoughts on “„Ocean na końcu drogi” Neil Gaiman

  1. Prawda, że krótkie i prawda, że lepszy niedosyt od przesytu, ale jakoś to nie pociesza…
    Najbardziej chyba kojarzyło mi się to z „Koraliną”, ale moim zdaniem wyszło lepiej. Głównie ze względu na większą emocjonalność (pisałem też o tym u siebie) – duży plus dla książki i Gaimana za to, że robi coś więcej, niż tylko opowiada historię. Ja sobie trochę przypomniałem jak to jest być dzieckiem ;)

    1. Właśnie ja jakoś do „Koraliny” nie byłam zbytnio przekonana, więc i tak każde porównanie wypadałoby na jej niekorzyść… ale fakt, Gaiman tak potrafi niby tylko opowiadać, a dawać dużo więcej niż tylko jakaś tam historia.

    1. Ale dzięki komu?! W moim przypadku Twoja zasługa jest wielka i jeśli zażądasz od wydawnictwa prowizji, mogę zeznawać, że od czasu, gdy zobaczyłam u Ciebie tę bajeczną okładkę, poczułam się zachęcona;)
      PS mam wolny ranek, dziesiąty rozdział:)

      1. Tigerlily, to po prostu napisz do wydawnictwa, że chciałabyś otrzymać egzemplarz recenzencki – ja tak litanią maili wybłagałam „Ambasadorię”, podziwiam cierpliwość pani redaktor z Zysku!
        Małgośka, czekam na wrażenia z Gaimana, ciekawam bardzo! :)

      2. Sama nie wiem, podobnych mi pewnie jest wiele, a ja mam mały staż blogowania i obserwatorów nie liczę setkami, a wiadomo, że wydawnictwa oceniają blogi raczej na podstawie liczb.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s