„Kafka nad morzem” Haruki Murakami

„Kafka nad morzem” Haruki MurakamiHistoria mojej relacji z Harukim-Murakamim-Który-Znów-Nie-Dostał-Nobla jest długa i najeżona różnymi przeszkodami i niesnaskami. Obiecałam sobie, że spróbuję się przekonać do twórczości tegoż autora i podjęłam w tym celu próby sztuk trzy. Primo, „Po zmierzchu” (że… co?). Secundo, „Norwegian Wood” (że… CO?!). Tertio… no właśnie.

Jest zatem chłopiec zwany Kafką, w przedziwny sposób manifestujący się w życiu piętnastolatka imieniem Kafka, a nazwiskiem Tamura. Postać owa dwuchłopcowa podejmuje się ucieczki z domu, starannie przemyślanej i przygotowanej, i udaje się na wyspę Shikoku. Tam godzinami przesiaduje w bibliotece, gdzie poznaje pana Ōshimę. Całość tej części historii otrzymujemy w formie dość rzeczowej a beznamiętnej relacji Kafki Tawamury. Dołączają do niej materiały, dokumentujące równoczesne a tajemnicze omdlenie szesnaściorga dzieci na wzgórzu zwanym Miską w 1944 roku. Pojawia się też pan Nakata, średnio rozgarnięty, acz poczciwy staruszek, który potrafi rozmawiać z kotami i trudni się odnajdywaniem zagubionych futrzastych ulubieńców. Nie było mi dane zgłębić więcej fabuły, już tłumaczę, dlaczego.

Pomna na wszelakie zapewnienia i obietnice, że „Kafka…” to książka najlepsza i spodoba mi się niechybnie, zaopatrzyłam się w lekturę stosowną. Szło w miarę dobrze, można nawet zaryzykować stwierdzenie, że się wciągnęłam (wątek z 1944 roku wydał mi się wyjątkowo interesujący). Jednak może część z Was już pamięta, że jednej rzeczy w książkach nie jestem w stanie zdzierżyć – gdy ktoś robi krzywdę kotom (tak, wiem, dziwny fetysz). Gdy więc po niespełna dwustu stronach dotarłam do postaci Johnniego Walkera, seryjnego mordercy kotów, który wyciąga skalpel, by popełnić kolejną zbrodnię, zrejterowałam. Nie, dziękuję bardzo. Poziom perwersji kompletnie poza moim zasięgiem.

Zatem: Malita vs. Haruki Murakami 0:3. Gem, set, mecz. Można opuścić stadion.

PS. Dziękuję Misi za pożyczenie. Mimo chęci, nie wyszło.