„Miasteczko Salem” Stephen King

„Miasteczko Salem” Stephen KingCałkiem niedawno czytałam „Joyland”, jedną z najnowszych Kingowych powieści – i miałam niedosyt horrorowatości. Ale za to Wąż Jadwiga pośpieszyła z pomocą i przyniosła ku pokrzepieniu złaknionemu grozy serca rzeczone „Miasteczko Salem”. Zabrałam się ochoczo do lektury – zwłaszcza późniejszymi wieczorami, co przy bardziej niepokojących scenach nie było zbyt inteligentnym pomysłem, ale mądra Malita po szkodzie. Po jakiś stu stronach okazało się, że ja doskonale wiem, o co idzie, bo w zamierzchłych czasach egzaltowanej nastoletniości widziałam ekranizację „Miasteczka”. Szczęśliwie nie popsuło mi to wrażeń, bo i tak z góry było wiadomo, że chodzi o wampiry.

Z Jerusalem – zwanym też Salem – zawsze było coś nie tak. Zwłaszcza jeśli chodzi o dom Marstenów, położony na wzgórzu złowrogo górującym nad miasteczkiem. Zbrodnia popełniona przez Huberta Marstena przez lata kładła się cieniem na życiu mieszkańców. Wyjątowo mocną traumą naznaczyła też Bena Mearsa, pisarza, który po latach wraca do Salem z zamiarem napisania książki. Ale prawdziwa groza ma dopiero nadejść, w osobach enigmatycznych przybyszów: Strakera i Barlowa. Panowie kupują zrujnowaną rezydencję o złej sławie i planują otworzyć w miasteczku sklep z antykami. Wkrótce zaczynają się dziać dziwne rzeczy, od ostrych przypadków anemii po zaginięcia i tajemnicze przypadki śmierci. Rany na szyi, bladość ofiar… gdzieś nam to dzwoni. Jeszcze tylko do kompletu łowca… tak, jest! Ben Mears podejmuje się zmierzyć z mrocznymi siłami, chcąc rozprawić z własną przeszłością i chronić ukochaną Susan.

Odkąd Bram Stoker opowiedział nam o Draculi, wampiry ograno na tysiące sposobów. Te z „Miasteczka Salem” wpisują się raczej w klasyczny wizerunek krwiopijcy, podtrzymując starą dobrą tradycję wysysania krwi, ukrywania się przed słońcem i uciekania przed poświęconymi artefaktami. King przyznaje się we wstępie do fascynacji powieścią Stokera, choć uważa ją za wyjątkowo optymistyczną – sam pragnął przelać na papier bardziej ponure wizje. I rzeczywiście, nie jest zbyt różowo: trup ściele się gęsto i czasem brakuje nadziei…

Dodam tylko, że książka pożyczona od Węża Jadwigi to coś na kształt edycji kolekcjonerskiej, taka reżyserska wersja DVD: są sceny usunięte (uwielbiam oglądać takie w filmowych dodatkach!), dodatkowe dwa teksty oraz słów parędziesiąt od Autora. Choć dalej nie należę do fanek bezmiernie miłujących Kingowe opowieści, czuję się bogatsza o jeszcze jednego klasycznego wampira. Nigdy ich dość.

PS. Wężowi Jadwidze dziękując pokornie.
PPS. Zdjęcie mojego autorstwa.