„Igrzyska śmierci” Suzanne Collins

„Igrzyska śmierci” Suzanne CollinsW przypadku „Igrzysk” zachowałam nieortodoksyjną kolejność: najpierw film, potem książka. Ekranizację pierwszego tomu trylogii uważam za naprawdę udaną – świetny klimat, bardzo ciekawy koncept świata przedstawionego i Jennifer Lawrence, którą ubóstwiam. Z nieco opóźnionym zapłonem (ale wciąż przed premierą kinowej wersji „W pierścieniu ognia”) zabrałam się za całą trylogię w jednym, opasłym tomie. Ale raz jeszcze sprawdza się powiedzenie, że lepiej późno, niż wcale.

Pokrótce, o co idzie. W bliżej nieokreślnej przyszłości państwem Panem (panem et circenses, tak to bardzo na miejscu skojarzenie) rządzi Kapitol, imponujące miasto otoczone obecnie dwunastoma dystryktami. Ongiś dystrykty – każdy specjalizujący się w innej dziedzinie „zawodowej” – zbuntowały się przeciwko centralnej władzy, ale rebelia została krwawo stłumiona. Istniejący wtedy jeszcze Trzynasty Dystrykt został dosłownie zmieciony z powierzchni ziemi, a na pozostałe nałożono okrutną karę: co roku, podczas Głodowych Igrzysk, para trybutów reprezentująca dany dysktrykt ma stanąć do walki na śmierć i życie. Mordercze potyczki, niczym reality show, można na bieżąco oglądać w telewizji. Cały system jakoś w miarę się trzyma, ale pewnego roku do walki staje Katniss Everdeen. Dziewczę zwinne i dzielne, decyduje się wziąć udział w igrzyskach, by ocalić życie swojej młodszej siostry. Razem z nią Dwunasty Dystrykt – ubogie górniczne zaplecze Panem – reprezentuje Peeta Mellark, który żywi do Katniss coś więcej, niż tylko dystryktową solidarność… By nie zdradzić zbyt wiele tym, którzy ani filmu nie widzieli, ani książek nie czytali, nie wtajemniczam więcej w fabularne zakamarki. Dość powiedzieć, że nie obejdzie się bez rebelii, która wstrząśnie całym światem.

Wbrew pozorom, to nie jest li i jedynie przemyślnie skonstruowana powieść o tym, jak 24 trybutów wyrzyna się na specjalnie zaprojektowanej arenie. Już abstrahując od wątków miłosnych (powieściowa Katniss w tym względzie dużo bardziej irytująca od filmowej), „Igrzyska śmierci” pokazują terror totalitarnego państwa, porażający zasięg telewizyjnej propagandy i niebywałe okrucieństwa wojny. Rebelia, którą przynoszą kolejne tomy, to nie romantyczne powstanie w imię idei, ale splątany politycznie chaos, w którym każdy stara się ugrać jak najwięcej. Muszę przyznać, że fikcyjne zmagania wojenne potrafią zrobić na mnie kolosalne wrażenie. Ciężko po tym wszystkim uspokoić myśli, ba, nawet zasnąć. A ja bardzo cenię sobie książki, które potrafią poruszyć. Bardzo na tak!

PS. Ciąg dalszy wyzwania “Z półki”, edycja 2013′.

20 thoughts on “„Igrzyska śmierci” Suzanne Collins

  1. Lubię filmy/książki o totalitaryzmach i wiedząc co obecna technika może zrobić z obrazem, myślałam że wydam wielkie „WOW” oglądając film, a było tylko ciche „meh”. W książce tak tego nie da się odczuć, ale w filmie brakuje „momentum”, brakuje tego szczytu emocji kiedy gryziemy stoliki i nóżki od łóżek.

      1. No dobrze, ponoć tylko krowa nie zmienia zdania. Przeczytałam wszystkie książki i no wszystko prócz Katniss było super (zwłaszcza Peeta plot-twist). Obgryzam nóżki od stolików czekając na dwie ostatnie ekranizacje, bo „Catching Fire” wymiata, a choć nienawidzę małp, scena była powalająca. Gdyby tylko książkowa Katniss wiedziała czego chce i umiała po to sięgnąć, dammit!
        Z tego względu, #sorrynotsorry, ale HG filmy>>>>>>>>książki.

        Komentarz spóźniony jakieś pół roku, gomenne :(

      2. Jak to mówią, lepiej późno niż później ^^

        W temacie, ale nie do końca: z komentarzy filmowych najbardziej mnie ubawił ten popełniony przez sąsiada z sali kinowej: ostatnia scena, lecą napisy, a on z oburzeniem „jak to, to jeszcze nie koniec? No nie mówcie, że będzie jeszcze jedna część!”.
        Zrobiło mi to wieczór, pamiętam :D

      3. Ja z kolei perfidnym trollem jestem i pamiętam jak rok temu strzeliłam na jednym forum, że Joffrey i tak zostanie ukatrupiony… A w poniedziałek do 4 rano trollowałam wszystkie fora jakie kojarzę poświęcone TV/movies, gdzie są ekranizacje książek. Polecam, dla osób o mocnych nerwach.

        Zawsze mnie zastanawia jak ktoś kto twierdzi, że uwielbia np. „GoT” nie sięgnie po książkę, udając, że w ogóle tego nie ma i jeszcze śmie wymagać od innych, żeby wszyscy dookoła udawali takiego samego analfabetę. Oprócz moich znajomych, których nie spojleruję jak nie chcą, perwersyjnej przyjemności dostarcza mi spamowanie wszystkich dookoła szczegółami z następnych części.

        Aczkolwiek przypomniała mi się sytuacja z jednego forum jak tylko pierwszy sezon GoT się zacząl, ktoś napisał: Sean Bean w jednej z ról, czyli wiemy już kto zginie…

      4. Pamiętam, jak było Red Wedding rok temu i cały internet wrzał, że JAK TO SIĘ STAŁO, a ja tylko „uhm, no, to czekamy na następne wesele” :D
        Tak bardzo warto czytać książki w takich przypadkach. Tzn. zawsze warto, ale w takich przypadkach wyjątkowo.

  2. Widziałam film (całkiem niezły), zaczęłam nawet czytać pierwszy tom, ale jakoś tak przerwałam (chyba trochę mnie znudził początek), a potem, zanim się obejrzałam, było już za późno, by do niej wrócić, w międzyczasie przeczytałam mnóstwo innych książek odległych gatunkowo i nastrój prysł jak bańska mydlana.
    Niewykluczone, że kiedyś wykonam podejście numer dwa.

    PS Podoba mi się określenie „teen-Orwell”! Powinni je umieścić na okładce. ;)

  3. Oglądałam film, po książkę nigdy nie sięgnęłam odstraszona opinią mojego Ukochanego, który niemiłosiernie się po niej przejechał. Wytknął jej tyle nieścisłości i braku logiki, że trudno było zaryzykować i jednak przeczytać. Prawda jest jednak taka, że trylogia ciągle siedzi w moim czytniku, więc może kiedyś nadejdzie jej czas;) A jeśli porusza tak bardzo, że ciężko po niej zasnąć, to mam już jakiś argument za:)

    1. Zawsze trzeba spróbować ;) ja nie wiem, co mnie tak siekło, rzadko mi się śnią książki, ale tutaj te bomby, wojny, spiski (plus koszmarny jet lag) naprawdę gdzieś się wwiercił w mózg!

  4. Książka zdecydowanie lepsza niż film. Czytałam tylko pierwszą część, bo wmówiłam sobie, że pozostałe będą słabsze. Wreszcie mam kogo zapytać :) Dorównują poziomem?

  5. Książka lepsza niż film, bo przez wątki miłosne i miłosnopodobne można dyskretnie i bez utraty sensu przemknąć, a skupić się na wojnie i totalitaryzmach. (Co to o mnie mówi, jeżeli wolę czytać o wojnie, niż o miłości? Czy jest na sali Freud?)

  6. Film widziałam i fabuła bardzo ciekawa – trzeba przyznać. W książce zapewne jeszcze bardziej „dopieszczona”. Już jakiś czas ta trylogia za mną chodzi. Trzeba dorwać egzemplarz:) A jutro akurat wybieram się do biblioteki…Może los mi będzie sprzyjał;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s