„Wyznaję” Jaume Cabré

„Wyznaję” Jaume CabréSą takie książki, o których wszyscy mówią, nawet, jeśli ich nie czytali. W danym sezonie można się natknąć na stosy reklam, zachęt, recenzji, artykułów, przemyśleń – może jeszcze nie jest to etap, że otwieram lodówkę, a tam Jaume Cabré, ale przyznajcie: gdzieś już słyszeliście o „Wyznaję”.

To nie jest tylko wielka spowiedź leciwego Adriana Ardèvola, który pisze dwa najważniejsze teksty: niezwykłą rozprawę naukową i list-wyznanie, skierowane do miłości swego życia. Trudno streścić fabułę w dwóch zdaniach: bo „Wyznaję” stanowi bardziej zbiór, mieszaninę rozmaitych opowieści. Wyobraźcie sobie, że każdy wątek – Adriana, jego ojca, inkwizytora z XIII wieku, nazisty, mnicha z odległego klasztoru – to jeden mały talerzyk. Cabré wziął wszystkie talerzyki, huknął nimi o ziemię i ze skorup skleił jeden duży talerz. A zrobił to tak nietypowo, tak dziwacznie, że historie mieszają się ze sobą w pół zdania. Odcyfrowywanie talerzyka, owszem, wymaga skupienia, ale nie tak wielkiego, jak się spodziewałam (a czasem mam tendencję do swobodnego płynięcia przez tekst…).

Historia chłopca, książki, Barcelona, wielkie wyznanie miłosne i rozważania nad istotą zła, podróż przez XX wiek – wydawałoby się idealną książką dla Mality. Dość rzec, że „Cień wiatru” (chłopiec + książki + Barcelona) czytałam ze trzy razy. Długo szukałam słowa, które najtrafniej opisałoby stan emocjonalny po skończonej lekturze. Brzmi ono: rozżalenie.
Rozżalona jestem na bohaterów: nie polubiłam Adriana, Bernata, Sary. Nie czułam się porwana przez ich historię. Rozczarowana przez rozwiązanie historii z medalikiem i ze skrzypcami. Obrażona na Bernata za draństwo doskonałe (żeby nie użyć mocniejszego słowa). Po wszystkich opiniach, jakie do mnie docierały, spodziewałam się większych zachwytów.

Co mi się najbardziej w „Wyznaję” podobało, to właśnie forma, ten wielki poklejony talerz. Rozdział łączący obersturmbännführera z inkwizytorem (od którego Autor podobno zaczął pisanie książki) to istny majstersztyk. Czasem przypominało to „Atlas chmur”, ale w nim historie są starannie podzielona na rozdziały. Sam koncept jest jednak podobny: powtarzające się zdarzenia, dialogi, przypadki, nieszczęścia. Koło losów ludzkich.

„Wyznaję” to haust wielkiej literatury, nie przeczę. Finezyjnie skonstruowana opowieść, w której muzyka miesza się z prozą. Ale oczekiwałam trzęsienia ziemi – a ona zadrżała leciutko, prawie niezauważalnie.

21 thoughts on “„Wyznaję” Jaume Cabré

  1. Dobry wieczór wszystkim,
    Droga Recenzentko, jakoś nie bardzo mogę się zgodzić z Twoimi odczuciami po lekturze „Wyznaję”
    Zakładam, że przed przeczytaniem książki poszperałaś w internecie bo zawsze warto się dowiedzieć co sobą reprezentuje autor, jaki jest jego dorobek artystyczny i jakie założenia literacko-filozoficzne.
    Adrian wg mnie jest swoistym alter ego Autora, a książka jest napisana w sposób w jaki myślą ludzie
    o ogromnej wiedzy historycznej, literackiej,filozoficznej i- że tak to nazwę- ogólnej wrażliwości.
    On nic nie skleja, on przerzuca pomosty intelektualne pomiędzy wiekami, ludżmi, sytuacjami, widzi podobieństwa, porównuje i konstatuje, że de facto człowiek zawsze jest w swoich działaniach powodowany tym samym – złem w różnych postaciach. Rozwiązanie sprawy medalika jest jednym
    z najbardziej wstrząsających momentów w kaiążce, trzeba odwiedzać domy starców, żeby to zrozumieć.
    Bernat nie jest skurczybykiem, on jest słaby, niedowartościowany, a Autor nie mówi do końca, jak skomponowana będzie owa książka z dwustronnych zapisków.
    Zwrot skrzypiec to próba przełamania łańcucha zła i chęć zadośćuczynienia za to, co stało się w obozie. Nie można było postąpić inaczej i wielka szkoda, że łańcuch nie został przerwany – skrzypce nie trafiły , jak wiadomo, do właściwych rąk. Sara jest nijaka, jest jedynie podpórką dla postaci Adriana, jej postacią tak właśnie skonstruowaną Autor chce wytłumaczyćcałe dorosłe życie swojego bohatera. Stwierdzenie, że książka nie jest trudna jest truizmem. Jest trudna, to nie jest czytadło do przelecenia w kilka chwil, to książka nad którą się trzeba dobrze -i w trakcie czytaniai po lekturze- zastanowić. W 100% dla odpowiednich czytelników.

    1. Drogi Komentatorze/Komentatorko,
      dziękuję za długi a przemyślany komentarz. Myślę, że to jest w tej powieści wyjątkowo cenne – że wzbudza tak różnorodne odczucia. I że o to chodzi w blogosferze, by się tymi odczuciami dzielić. Acz staram się oceniać bardziej książki, a mniej czytelników.

  2. A mnie Twoje porównanie „Wyznaję” do posklejanego z okruchów talerza przywodzi na myśl pisarstwo Shafak, zwłaszcza „Lustra miasta”. Mnóstwo historii, przeplatających się ze sobą, uzupełniających, bardziej lub mniej do siebie nawiązujących. A i klimat niezwykły. Polecam, jeśli jeszcze nie czytałaś. A Cabré z przyjemnością po takiej recenzji przeczytam :)

      1. I dla mnie „Lustra miasta” są najmniej… udane, a „Bękarta ze Stambułu” uwielbiam. Najnowsza Shafak jest bardzo dobra, choć brakuje w „Honorze” magii i orientalnego kolorytu. Do przeczytania pozostał mi jeszcze „Pchli pałac” i „Czarne mleko”. A Ty czytałaś wszystko, co wyszło spod jej pióra (oczywiście z pozycji dostępnych u nas)?

      2. Czytałam „Lustra”, „Bękarta” i „Pchli pałac”, ale właśnie uświadomiłaś mi, że dawno Shafak nic nie czytałam… muszę to zmienić! ;)

  3. Na mnie ta książka wywarła ogromne wrażenie, ale masz rację, jakoś trudno poczuć sympatię do bohaterów. I może to zakrawać na paradoks w obliczu całego tego zła, wzruszały mnie najbardziej rozmowy Adriana z figurkami. A draństwo Bernata? To dla mnie zło w najczystszej postaci. Aha, i nie miałam żadnych skojarzeń z „Cieniem wiatru”, który też uwielbiam. Używając muzycznych porównań, które pojawiały się w recenzjach „Wyznaję”, to jak sonata i symfonia. I tak mi się skojarzyło – VII Symfonia Beethovena to idealna ścieżka dźwiękowa do „rozmowy” obersturmbännführera z inkwizytorem.

  4. O, właśnie dlatego jeszcze nie przeczytałam tej książki- wszyscy o niej mówią, a oczekiwania rosną:) A „Cień wiatru” też lubię, głownie za pewną barwną postać i dowcip, który czaił się w niektórych rozdziałach.

    1. Właśnie to jest problem z popularnymi książkami – oczekiwania wysokie, rezultat… rożny :)
      Ja „Cień wiatru” uwielbiam za klimat i za intrygę – i pewnie za to, że to pierwsza taka książka „o książkach”, którą czytałam.

  5. Faktycznie bohaterowie nie są z gatunku tych, którym się serce oddaje, ale jest w nich jakiś dramatyzm, który przyciąga uwagę. Mimo świadomości, że przecież gusty są różne, wciąż mnie zaskakuje, że opinie o tej książce potrafią być tak rozbieżne. Wniosek taki, że trzeba posmakować, by się wypowiadać.

    1. Jakoś dużo większy dramatyzm, zdaje mi się, miały te postaci z planów historycznych: czy brat Julian, czy piękna Amani (albo doktor Eugen Muss, to, to naprawdę było wstrząsające). Ale „współczesna” trójca… jakoś nie leżała. A wniosek popieram ;)

      1. No masz rację, ale pewnie „współczesna” trójca była mi jakoś bliższa. Oby ta różnica zdań to faktycznie był wyjątek potwierdzający regułę, bo kto mi będzie książki polecał??? ;)

  6. Mnie nie porwało. Z tym, że ja mam chyba problem z samym konceptem, tzn. ostatnio jest ogrom lektur, które są właśnie takie… w sensie, że mieszają się historie, wątki, perspektywy, wszystko jest przypadkowe ale złożone, skomplikowane, niełatwe, niejednoznaczne. A ja chyba czasem bym chciała, żeby było czarno-białe, tak to tak, nie to nie… jak u Kanta. ;) Życie jest dostatecznie pogmatwane.

      1. Czasem zaiste, ale czasem jak w życiu się wszystko kotłuje, to człowiek w literaturze stoi stałego punktu zaczepienia i bezpiecznej przystani. ^^

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s