„Pan Lodowego Ogrodu. Tom 3” Jarosław Grzędowicz

„Pan Lodowego Ogrodu. Tom 3” Jarosław GrzędowiczJuż prawie zdążyłam zapomnieć, jak to jest: gorączkowo przerzucać strony, byle tylko dowiedzieć się, jak to się skończy, kto przeżyje, czy i jak Vuko lub Filar wyswobodzą się z tarapatów. Tylko jeden rozdział, powtarzałam, jeszcze jeden. A godziny mijały niepostrzeżenie i kolejna noc nieprzespana. Tak, tęskno było za takimi książkami.

Znów tylko parę słów komentarza zamiast rozwodzenia się nad fabułą – bo kto przeczytał dwie poprzednie części, nie odmówi sobie trzeciej, kto zaś nie czytał, niech wróci do tomu numer jeden i to zaraz, natychmiast, już. Bo Vuko Drakkainen i Filar, syn Oszczepnika to „swoi” chłopcy, a Midgaard świat niezwykły, wciągający, porywający. Choć przyznam, że w tomie numer trzy moja sympatia – wobec dwóch głównych bohaterów, naprzemiennie pojawiających się w rozdziałach – leżała stanowczo po stronie Filara, Nosiciela Losu, prawowitego cesarza Kirenenu. Sam koncept Ziemian, którzy na nowej planecie zyskują boskie zdolności (moja wyobraźnia pogalopowała w kierunku Kal-Ela o twarzy boskiego Henry’ego Cavilla, ostatniego syna Kryptonu), naprawdę daje radę. Może trochę nieskładnie brzmi to wszystko, ale zachwycam się całokształtem nieodmiennie.

Jeszcze jedno spostrzeżenie na marginesie, ale wciąż w temacie: wielu młodych i nieco-mniej-młodych pisarzy zaczyna swoją książkę fantasy od wykreowania skomplikowanego świata, w którym osadzają swoją historię (często według schematu, o którym już kiedyś wspominałam). Stąd długie wstępy, tłumaczące, kto zacz i która rasa nie lubi się z którą, łącznie z przytoczeniem Prastarej Przepowiedni. Nie potępiam w czambuł z góry na dół, nie nie, ale niekiedy forma przerasta treść i właściwa fabuła gubi się w zakamarkach Mrocznego Lasu, Pradawnych Gór i Odwiecznej Wieży. O ile bardziej finezyjne i inteligentne – ale przy tym trudniejsze do skonstruowania – jest takie przedstawienie uniwersum, by czytelnik mógł odkrywać je na własną rękę, śledząc losy poszczególnych bohaterów. Mistrzostwo dla mnie osiągnął w tym Andrzej Sapkowski; czytałam sagę o wiedźminie Geralcie kilkakrotnie i za każdym razem odkrywałam coś nowego. Ale Jarosław Grzędowicz też to potrafi, i to jak! Dobrze, że na podorędziu czeka czwarty tom, bo ciekawość pali i zżera. I choć intuicyjnie przeczuwam – czy raczej mam nadzieję – jak całość się skończy, to intryguje mnie, jak do tego dojdzie.

PS. Kenroh (a właściwie siostra Kenroh via Kenroh), dzięki za pożyczenie!

13 thoughts on “„Pan Lodowego Ogrodu. Tom 3” Jarosław Grzędowicz

  1. Jeśli idzie o wykreowane światy i dobry sposób przedstawiania, to moim faworytem jest Diuna. Świat ciekawy, mocno rozbudowany i przemyślany, z bogatą historią, ale nie ma wykładania kawy na ławę, samemu można wyłapywać poszczególne informacje i składać je w całość.

    Za to nie tak dawno czytałem książkę typu „latają i strzelają”, gdzie właśnie czułem się jak na wykładzie. Mamy taki a taki świat, chodzi o to i o to, zależności są takie itd. Ale Zajdla dostała ;) (aż może skrobnę o niej niebawem…)

    1. Diuna, tak, doskonały przykład! Czytałam toto jako bardzo młode dziewczę, i choć nie ogarniałam większości, to jednak zachwycił mnie rozmach. I do dziś zachwyca.

      …i czekam na skrobnięcie ;)

      1. Ja właśnie jako chłopię nie dałem rady, ale to i dobrze – więcej wrażeń z Diuny mam teraz. Zresztą PLO też „odkryłem” dopiero w zeszłym roku, także miałem komfort czytania 4 części ciurkiem (choć pierwsza jak dla mnie najlepsza, dalej już nie tak świeżo).
        Teraz mam plan zabrać się wreszcie za Wiedźmina, bo nie wiedzieć czemu bojkotowałem; podobnie planuję trylogię Ryfterów Wattsa (facet kupił mnie „Ślepowidzeniem”). Ot, komfortowo brać się za całe serie, gdy już są skończone – nie trzeba czekać po kilka lat na kolejne części.

        (I tak, już się coś skrobie, lada moment pewnie się pojawi :))

      2. Oj, komfort wielki – bo PLO też czytałam praktycznie 4 tomy naraz… tak samo Tada Williamsa. Ale z drugiej strony oczekiwanie na kolejne części ukochane sagi też ma coś w sobie. Wiedźmin to z kolei była właściwie pierwsza wielka saga fantastyczna, jaką czytałam, wracałam do niej kilkakrotnie i mam ogromny sentyment. A Wattsa cenię, ale nie mój klimat… ale na półce czeka zbiór jego opowiadań. I czeka i czeka, bidusia.

  2. W tematyce „jak napisać fantastyczną książkę fantasy” polecam „Heroizm dla początkujących” Johna Moore, który pastiszem traktuje każdy podpunkt zawarty artykule :D

    Na smak:
    Wielki Zły chce zabić króla i przejąć jego królestwo. Dobrze wie, że musi zabić też jego syna, aby za 20 lat (spędzonych na życiu z niewiedzy o swoim królewskim pochodzeniu) się o nic nie upominał i nie robił jakichś problematycznych flejmów, rewolucji i buntów. Ucząc się na błędach swoich poprzedników wyznacza swoich minionów, aby pilnowali, żeby „piastunka nie wymknęła się z becikiem, koszykiem czy beczką z ukrytym w środku dziedzicem”.
    Scena, w której miniony wracają do Wielkiego Złego i tłumaczą, że nic nie mogli zrobić, bo w momencie kiedy dojechali na zamek wszystkie naście nianiek nagle rozpierzchło się na wszystkie strony świata – bezcenna.

  3. Ostatniego tomu nie ruszyłam od jesieni zeszłego roku – bo nie chce mi się żegnać z „Panem Lodowego Ogrodu”. Chyba jeszcze raz przeczytam trzy pierwsze części, potem w końcu ostatnią :)

  4. Świetne spostrzeżenia w ostatnim akapicie! Często bywa tak, że autorzy mają problem z przedstawieniem czytelnikowi swojego świata: wypluwają z siebie dane encyklopedyczne, nie pozwalając na samodzielną eksplorację.
    Zachęciłaś mnie. Wcześniej myślałam, że Grzędowicz to kolejne średniej jakości czytadło. Dziękuję. :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s