„Ambasadoria” China Miéville

„Ambasadoria” China MiévilleDługo czekałam i wreszcie jest – polski przekład przedostatniej powieści mojego ulubionego anarchisty trafił do księgarń. Tak sobie teraz myślę, że mogłam się rzucać na oryginał, ale „Ambasadoria” to hard sf, a ten typ prozy lepiej przyswajam w ojczystym języku. Nie mówiąc o tym, że doświadczenie pokazuje, iż tłumaczenia powieści Miéville’a są znakomite. Hard science-fiction, skądinąd, to nie jest najukochańszy z moich fantastycznych gatunków (choć czytywałam Wattsa i Strossa) – jednak Miéville’a ubóstwiam w każdym wydaniu.

Autor swoim zwyczajem, bez ostrzeżeń, uprzedzeń ani zbędnych tłumaczeń, wrzuca czytelnika w mocno skomplikowany świat. Oto Ambasadoria, placówka Bremen, która leży na skraju nurtu, na planecie Arieka. Ludzie nie są jedynymi tu inteligentnymi mieszkańcami, ba, są raczej gośćmi tambylców, Ariekenów, zwanych z szacunkiem „Gospodarzami”. Tylko w przypadku Miéville’a opowieść o pierwszym kontakcie i późniejszej koegzystencji to spiętrzona semantyczno-filozoficzna historia o języku i zupełniej innej niż ludzka świadomości. I o polityce, oczywiście, ale tego się można było spodziewać. Przez ten gąszcz zdarzeń i odmienności prowadzi nas Avice Brenner Cho, zanurzaczka, Ambasadorianka i nawet po trosze lokalna celebrytka. Odegra zresztą niebagatelną rolę w konflikcie, który wybuchnie na planecie – a wszystko za sprawą nowego Ambasadora…

Jeśli dalej do końca nie wiecie, o co chodzi, to doskonale – bo ja wyjaśniać nie zamierzam. Przez „Ambasadorię” trzeba się przedzierać, skupiać i zastanawiać, ale właśnie to jest w tej książce najświetniejsze: samodzielne, mozolne niekiedy odkrywanie, o co tak naprawdę chodzi, na czym polega inność Ariekenów i jak porozumieć się z istotami, dla których myśl jest tożsama z mową…

Miéville’a niegdyś sławiłam jako twórcę najwspanialszych miast, ale tym razem to nie sama Ambasadoria wysuwa się na pierwszy plan – tylko spotkanie, dialog z obcym. Tak bardzo… obcym. Nieustannie zadziwia mnie, jak można wymyślić tak niebywałą i „nieziemską” nację, jak Ariekeni. Solidna intryga i fascynujący świat – raz jeszcze zakolczykowany i łysy anarchista święci truymfy jako mój ulubiony pisarz. A ja czekam teraz na przekład „Railsea”!

PS. I bardzo dziękuję za egzemplarz recenzencki wydawnictwu Zysk i S-ka (zwłaszcza Pani Redaktor, która arcycierpliwie odpowiadała na wszystkie moje maile „kiedy kiedy czy już będzie???”)!

PPS. Jeszcze jedna drobna uwaga na marginesie – przepraszam, ale muszę. Jaram się jak przysłowiowa stodoła po weselu (dosadne, acz trafne określenie) za każdym razem, kiedy moje humanistyczno-kulturoznawcze wykształcenie pozwala na szerszy ogląd czytanej rzeczy. I kiedy Miéville pisze o langue i parole czy kiedy powołuje się na Waltera Benjamina, moja wewnętrzna kulturoznawczyni (skojarzenia z wewnętrzną boginią zupełnie nie na miejscu) wykonuje taniec zwycięstwa.

Projekt „Wreck this journal” vol. 7

Lipcowa odsłona projektu kreatywno-destruktywnego przynosi, prócz standardowych porysowanek i bazgrołów, garść wspominek z Krakona 2013’. To pierwszy konwent, na jaki miałam okazję się wybrać, i naprawdę przeżycie pełne emocji; od stania w niebotycznej kolejce w samo południe (niepotrzebnie, jak się okazało, ale przemilczmy organizację), po spotkania z różnymi osobistościami, których imię jest legion. Koniec końców, mimo gorąca i nieprzebranych tłumów, ubawiłam się przednio – choć byłam tam tylko dwa dni z czterech – a poniżej prezentuję dwa obrazki.

Po pierwsze, notatki z bonusowym identyfikatorem mym. Prawa strona zawiera wyzwanie „Narysuj linie gruba tudzież cienkie, przyciskając ołówek naprawdę mocno”, co też czyniłam, słuchając prelekcji o horrorach.

krakonowe wspominki

Po drugie, ślimak krzywoczułky autorstwa Ilony Myszkowskiej aka Kobiety-Ślimaka (tak, to to dziewczę od komiksów). To był fangirling level hard, przyznaję, gdy pobiegłam radośnie z prośbą „naryyyyysuj mi ślimaka w zeszycieeee”. Taka atmosfera konwentowa ^^

ślimok <3

Wracając do projekt właściwego, pamiętacie listę zakupów? To tutaj oto ukończone wyzwanie. Z reguły recyclinguję kawałki kartek, resztki zeszytów czy inne ścinki i na nich skrupulatnie notuję potrzebne sprawunki. Ale prawdziwy sukces, to nie zapomnieć takie listy zakupów z domu…

lista zakupów

„Pisz lub rysuj lewą ręką”. Tak. Ewidentnie jestem praworęczna.

troll

I na koniec: uwaga, smoki. Smok na obrazku jest hybrydą wschodnio-zachodnią: ma pyszczek smoka chińskiego, ale skrzydła jak typowy smok zachodni.

caution: dragons

Let’s wreck this journal!

„Dziewczyny atomowe” Denise Kiernan

„Dziewczyny atomowe” Denise KiernanZanim Little Boy uderzył w Hiroszimę, a Fat Man w Nagasaki, zanim w Los Alamos w Nowym Meksyku przeprowadzono pierwszy test bomby atomowej… było sobie Oak Ridge. Choć małe miasteczko w stanie Tennessee przez długi czas nie posiadało chodników i dosłownie tonęło w błocie, przyniosło przełom w nauce i sztuce wojennej na miarę XXI wieku. Czemu Oak Ridge? To właśnie to miejsce, pośród wzgórz w stanie Tennessee, najtajnieszy z tajnych Projekt Manhattan wybrał na swoją placówkę. Część dotychczasowych mieszkańców przesiedlono, część podkupiono i w dolinie długiej na 27 kilometrów zbudowano nie tylko przeróżne zakłady i reaktory, ale przede wszystkim mieszkania dla ludzi, którzy nawet nie wiedzieli, nad czym pracują. Do Oak Ridge ściągnięto tysiące pracowników, a wszystko po to, by wspomóc konstruowanie bomby atomowej (kryptonim „Gadżet”).

Margaret Mead określiła całe przedsięwzięcie mianem „eksperymentu społecznego” i faktycznie coś w tym jest: wybudujcie miasto na ponad 70 tysięcy ludzi, dając im arcytajną pracę  na trzy zmiany i zabraniając im rozpowszechniać jakichkolwiek informacji. Tak, łącznie z rozmową z współmałżonkiem, który również pracuje w Oak Ridge. „Ciągle coś wjeżdża, nic nie wyjeżdża…” żartowali mieszkańcy. Oprócz całej niesamowitej otoczki – tworzenia miasta niemal od podstaw, badania efektów psychologicznych, wszystkich kolejnych testów nad izotopami uranu – nie można zapomnieć o tytułowych atomowych dziewczynach. W Oak Ridge pracowały tysiące kobiet, zwłaszcza młodych, z małych miasteczek i wsi. Autorka dotarła do części bohaterek, przeprowadzając z nimi setki rozmów i wypytując o wszystko: od szczegółów ich codziennej pracy aż po stosunki damsko-męskie (kiedy w mieście roi się od pięknych panien i przystojnych kawalerów, nietrudno o płomienne romanse). Toni, Coleen, Celia, Katty, Virginia, Dot, Helen, Rosemary – to tylko niektóre z nich.

Denise Kiernan przystępnie – czasem wręcz łopatologicznie – opisuje nie tylko historyczny przebieg Projektu, ale również jego badania nad izotopami uranu i konstrukcją bomby. Nie, żeby mi ta łopatologiczność (w końcu to książka Amerykanki kierowanej do Amerykanów) przeszkadzała – w tej materii jestem laikiem i prostota przekazu była mile widziana. Trzeba przyznać, że mimo, iż jest to non-fiction, czyta się jak niezłą powieść historyczną.

Mapa Oak Ridge

Zatrwożyły mnie dwie rzeczy w tej książce: po pierwsze, niebywały stopień propagandy wojennej i proamerykańskiej, jaki był na porządku dziennym w Oak Ridge. Wszechobecne kontrole i przepustki, wzajemne szpiegowanie, komunikaty w stylu „Pomyśl! Czy jesteś upoważniony, by o tym mówić?” – to tylko niektóre przykłady. A druga rzecz, nie mniej frapująca: wyobraźcie tylko sobie, że przez przeszło dwa lata bierzecie udział w rządowym projekcie, o którym wiecie tylko to, że pomoże wygrać wojnę. I wreszcie 6 sierpnia 1945 roku okazuje się, że dzięki wam powstała śmiercionośna bomba atomowa.

Rozpisałam się jak na mnie, ale to tylko dowód na to, że bardzo  mnie wciągnęła ta książka. Jakoś więcej czytałam o II wojnie światowej od strony europejskiej, więc tym bardziej cieszyłam się na poznanie nowej perspektywy – a czytało się naprawdę zacnie. Kawał dobrej historii, polecam.

PS. Zerknijcie na oficjalną stronę książki: tam mnóstwo zdjęć (w tym to powyższe) i wszelkich materiałów – łącznie z muzyką, kórej słuchały atomowe dziewczęta.
PPS. I pięknie dziękuję za egzemplarz recenzencki wydawnictwu Otwarte!

„Pan Lodowego Ogrodu. Tom 4” Jarosław Grzędowicz

„Pan Lodowego Ogrodu. Tom 4” Jarosław Grzędowicz

I przyszła pora na epicki – w każdym tego słowa znaczeniu – finał sagi. Fani prozy Grzędowicza czekali siedem lat bez mała na zakończenie, ja (fanka z gatunku „lepiej-późno-niż-wcale”) miałam szczęście przyjść „na gotowe” i pochłaniać jeden tom za drugim. Już właściwie w trzeciej części poznaliśmy Lodowy Ogród i jego władcę, więcej: byliśmy świadkami spotkania Filara i Vuka, dwóch bohaterów, wykuwających dotychczas własne historie. Teraz wreszcie spotkali się w Lodowym Ogrodzie i razem odmienią oblicze Midgaardu. Bo oto nadeszła chwila ostatecznego rozstrzygnięcia konfliktu na linii van Dyken, Nahel Ifrija oraz Vuko Drakkainen & co. Coraz więcej magii, coraz więcej akcji, coraz większy strach, że wszystko dobiega końca…

Cóż właściwie powiedzieć więcej: biedny Vuko – aka Ulf Nitj’sefni, Nocny Wędrowiec – miał tylko ewakuować grupę zaginionych naukowców, a wplątał się w wojnę o niespotykanym zasięgu („nie szkolono mnie do strategii na skalę globalną, skarży się. Przysłali mnie, żebym przeprowadził drobną, chirurgiczną operację”*). Szykuje się bitwa, która zatrzęsie posadami świata – ale czy przyniesie też martwy śnieg, tajemnicze zjawisko, które sprawia, że ludzie zapominają, kim są, budząc się z głowami wypełnionymi Pieśnią Ludzi? Czy świat wróci do dawnego porządku, a Vuko na Ziemię? Ha! Sprawdźcie sami. I tak będzie zupełnie inaczej, niż się spodziewacie.

Czwarty tom sagi budzi respekt, jeśli chodzi o objętość – to najgrubsza część sagi, ponad 850 stron. Bitwy, potyczki, knucie i taktyczne manewry: czyta się błyskawicznie. Ale chodzi nie tylko o epicki fantastyczny entourage – „Pan Lodowego Ogrodu” to raz jeszcze wielka narracja o honorze, przyjaźni, poczuciu obowiązku i wartościach uniwersalnych niezależnie od planety. Moje serce dodatkowo  radowały wszechobecne cytaty z „Eddy poetyckiej” – mam do niej duży sentyment – a także dowcipne wstawki Vuka, które potrafią rozładować nawet największe napięcie. Uwielbiam takie cyniczne poczucie humoru.

Tytułem zakończenia, zawsze przy takich Wielkich Sagach na sam koniec zostaje mi coś na kształt wypalenia; bo czekałam i czekałam na zakończenie, a ono tak definitywnie przyszło… prawdą jest, że najlepsze w otrzymywaniu prezentów jest tak chwila zaraz przed rozpakowaniem. Niemniej, dość już tych porównań. Drodzy czytelnicy Malitowego bloga, proszę mi tu zaraz pędzić po Grzędowicza, jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji. Warto ze wszech miar.

*Jarosław Grzędowicz, Pan Lodowego Ogrodu, Fabryka Słów, Lublin 2012, s. 218.

PS. Dzięki raz jeszcze Kenroh (i jej siostrze) za pożyczenie!

„Na szafocie” Hilary Mantel

„Na szafocie” Hilary Mantel

Pamiętacie jeszcze Tomasza Cromwella, nadwornego kancelistę, a dziś lorda sekretarza? Zostawiliśmy go u progu komnat Wolf Hall, dworu rodziny Seymorów, w przededniu upadku Anny Boleyn. Tak, zgadliście – znów Tudorowie. Znów oczami Tomasza Cromwella.

Druga część trylogii Hilary Mantel prowadzi czytelników przez dość krótki okres panowania Henryka VIII: od września 1535 roku do czerwca 1536. Niecały rok, a ile zdążyło się wydarzyć! Z firmamentu królewskich żon z hukiem upadła gwiazda Anny Boleyn, zgasła kometa Katarzyny Aragońskiej, zaś na wschodzie objawiła się skromna, ale wytrwale świecąca gwiazdka Joanny Seymour (no no, Malita, ależ brniesz w metafory). Jedna rzecz się nie zmienia: to rozważny Tomasz Cromwell trwa na swoim stanowisku, i choć ma wielu wrogów, to jednak lawiruje między dworskim intrygami z godnym podziwu spokojem. Grunt, to zaspokoić pragnienia i potrzeby króla. Henryk chce się pozbyć drugiej żony? Tomasz poda mu rozwiązanie na tacy.

Fascynująca jest relacja, jaka wykształciła się między władcą a lordem sekretarzem – Cromwell odgaduje życzenia Henryka, zanim ten zdąży je wypowiedzieć. Służy wytrwale we wszystkim, radząc przy konfliktach z Boleynami, łagodząc spory z ambasadorami, na zawołanie potrafi podać cenę wełny w trzech hrabstwach – wszystko, czego najjaśniejszy pan potrzebuje. I doskonale zdaje sobie sprawę z gorzkiej prawdy:

Ile osób może o sobie powiedzieć to, co ja, mianowicie: „Moim jednym przyjacielem jest król Anglii?”. Pozornie mam wszystko. Tymczasem bez Henryka nie mam nic.*

Muszę przyznać, że trochę mi się ta część dłużyła – może z uwagi na to, że przez natłok innych spraw nie mogłam zasiąść nad książką i czytać jej na spokojnie, a rzecz należy czytać uważnie… nie jestem pewna. Ale za to wiem, że z przyjemnością przeczytam tom trzeci: „The Mirror and the Light” ma trafić do księgarń w 2015 roku i wtedy dopiero będzie się działo: ciekawi mnie, jak Autorka przedstawi kolejny wielki upadek z czasów Tudorów – upadek samego Tomasza Cromwella.

*Hilary Mantel, Na szafocie, przeł. Urszula Gadner, Wydawnictwo Sonia Draga, Karowice 2013, s. 196.

„Pan Lodowego Ogrodu. Tom 3” Jarosław Grzędowicz

„Pan Lodowego Ogrodu. Tom 3” Jarosław GrzędowiczJuż prawie zdążyłam zapomnieć, jak to jest: gorączkowo przerzucać strony, byle tylko dowiedzieć się, jak to się skończy, kto przeżyje, czy i jak Vuko lub Filar wyswobodzą się z tarapatów. Tylko jeden rozdział, powtarzałam, jeszcze jeden. A godziny mijały niepostrzeżenie i kolejna noc nieprzespana. Tak, tęskno było za takimi książkami.

Znów tylko parę słów komentarza zamiast rozwodzenia się nad fabułą – bo kto przeczytał dwie poprzednie części, nie odmówi sobie trzeciej, kto zaś nie czytał, niech wróci do tomu numer jeden i to zaraz, natychmiast, już. Bo Vuko Drakkainen i Filar, syn Oszczepnika to „swoi” chłopcy, a Midgaard świat niezwykły, wciągający, porywający. Choć przyznam, że w tomie numer trzy moja sympatia – wobec dwóch głównych bohaterów, naprzemiennie pojawiających się w rozdziałach – leżała stanowczo po stronie Filara, Nosiciela Losu, prawowitego cesarza Kirenenu. Sam koncept Ziemian, którzy na nowej planecie zyskują boskie zdolności (moja wyobraźnia pogalopowała w kierunku Kal-Ela o twarzy boskiego Henry’ego Cavilla, ostatniego syna Kryptonu), naprawdę daje radę. Może trochę nieskładnie brzmi to wszystko, ale zachwycam się całokształtem nieodmiennie.

Jeszcze jedno spostrzeżenie na marginesie, ale wciąż w temacie: wielu młodych i nieco-mniej-młodych pisarzy zaczyna swoją książkę fantasy od wykreowania skomplikowanego świata, w którym osadzają swoją historię (często według schematu, o którym już kiedyś wspominałam). Stąd długie wstępy, tłumaczące, kto zacz i która rasa nie lubi się z którą, łącznie z przytoczeniem Prastarej Przepowiedni. Nie potępiam w czambuł z góry na dół, nie nie, ale niekiedy forma przerasta treść i właściwa fabuła gubi się w zakamarkach Mrocznego Lasu, Pradawnych Gór i Odwiecznej Wieży. O ile bardziej finezyjne i inteligentne – ale przy tym trudniejsze do skonstruowania – jest takie przedstawienie uniwersum, by czytelnik mógł odkrywać je na własną rękę, śledząc losy poszczególnych bohaterów. Mistrzostwo dla mnie osiągnął w tym Andrzej Sapkowski; czytałam sagę o wiedźminie Geralcie kilkakrotnie i za każdym razem odkrywałam coś nowego. Ale Jarosław Grzędowicz też to potrafi, i to jak! Dobrze, że na podorędziu czeka czwarty tom, bo ciekawość pali i zżera. I choć intuicyjnie przeczuwam – czy raczej mam nadzieję – jak całość się skończy, to intryguje mnie, jak do tego dojdzie.

PS. Kenroh (a właściwie siostra Kenroh via Kenroh), dzięki za pożyczenie!

„Sługa Boży” Jacek Piekara

"Sługa Boży" Jacek PiekaraPrzyzwyczaiłam się jednak do spacerowania w towarzystwie książki do słuchania. Przemierzam odcinek dom-przystanek: jeden rozdział. Przystanek-uczelnia: drugi rozdział. Itd, itp, grunt, że w ten sposób przez tydzień czy dwa zdążę „przespacerować” całą książkę. Tym razem chadzałam w rytm „Sługi Bożego” Jacka Piekary, czyli pierwszego tomu historii Mordimera Madderdina. Ohoho, mili moi, strzeżcie się!

Jeśli myślicie, że Inkwizycja to krwawa instytucja… to macie rację. Zwłaszcza w świecie Mordimera Madderdina, inkwizytora Jego Ekscelencji biskupa Hez-hezronu. Brutalny i okrutny to świat: zapewne tak wyglądałaby nasza średniowieczna Europa, gdyby historia chrześcijaństwa potoczyła się nieco inaczej. Bo u Piekary Jezus Chrystus zszedł z Krzyża, by pokonać swoich prześladowców i objąć władzę nad ludzkością. Czystości wiary i przekonań po dziś dzień strzeże zaś brać inkwizytorska, starannie wyszkolona do walki ze złem i demonami (na mój gust, skrzyżowanie wiedźmina i Girolamo Savonaroli). Mordimer, tytułowy sługa Boży, należy do co bardziej rozgarniętych, w miarę uczciwych, a przede wszystkim, gorliwych inkwizytorów. Z całego gorejącego serca wierzy, że tortury i stos to prosta droga do zbawienia dla tych, którzy ośmielili się zbłądzić. Dzięki temu między innymi zyskał protekcję potężnego, choć kapryśnego Anioła Stróża. Przy okazji, żeby zarobić fundusze na chlebek i winko (zwłaszcza winko), bierze na siebie różne zlecenia spoza dziedziny wiary i religii.

„Sługa Boży” to właśnie zestaw takich inkwizytorskich zleceń: a to sprawdzić, bo dzieje się w lochach pod owianym złą sławą Sarevaald, a to (dość przypadkiem) przyjrzeć się procesowi domniemanej czarownicy w miasteczku Thomdalz, a do wybrać się do Tirianu, a to zbadać sprawę kardynała Beldarii, zwanego Diabłem z Gomollo. Mordimer i jego współpracownicy, Kostuch i bliźniacy, przemierzają ziemie podlegające biskupowi Hezu, wymierzając sprawiedliwość w imię Pana i inkwizytorów pieczętujących się znakiem srebrnego złamanego krzyża. Całość zaprawiają dzbanami alkoholu i stadami kobiet lżejszych obyczajów.

Bardzo mam mieszane uczucia co do całokształtu: z jednej strony, koncept wyborny – lubię historie alternatywne z gatunku „co by było, gdyby…”, a kreacja uniwersum i nowej religii zadziwia dopracowaniem drobnych szczegółów (łącznie z nową wersją modlitwy „Ojcze Nasz”, tutaj w wersji: „daj nam siłę, Panie, byśmy nie wybaczali naszym winowajcom”). Z drugiej strony nieco irytowała mnie forma przekazu: Mordimer zwraca się do czytelników/słuchaczy per „mili moi”, co kilka zdań wtrącając „wasz uniżony sługa”, co na dłuższą metę doprowadzało mnie do pasji. Podobnie jak wspominanie co i rusz, jaki to Hez-hezron nie jest brudny i ohydny, biskup choleryczny, a Kostuch paskudny z oblicza. Plus dziesięć do powtarzalności, niestety. Z rozpędu zapętliłam w odtwarzaczu następny tom, „Młot na czarownice”, ale chyba muszę sobie dawkować. Zbyt duża porcja tortur, obrzydliwości, dziwek i demonów naraz może znużyć.

PS. Dzięki znów dla Daniela za polecenie!

„Dom w Fezie” Suzanna Clarke

„Dom w Fezie” Susanna ClarkeSą ludzie, którzy na wakacje jadą pod gruszę, wylegują się i oddają nicnierobieniu. Inni szaleją na imprezach do rana, odsypiając całym dniami. Jeszcze inni zwiedzają, jeżdżąc od zabytku do zabytku i gubiąc się w zalawirowaniach danej kultury. Są wreszcie tacy, którzy po zaledwie jednym pobycie w danym miejscu decydują się tam kupić dom. Jak Suzanna Clarke i Sandy McCutcheon. W Maroku. I to jest, cytując klasyka, fakt autentyczny!

Sandy i Suzanna, para australijskich dziennikarzy, zdecydowali się na niebywałą przygodę: oto nabyli niezwykłej urody tradycyjny riad (marokańskie domostwo z wewnętrznym dziedzińcem) w feskiej medynie. Riad, dodajmy, błagający o generalny remont. Samo odnawianie domu to pestka w porównaniu z ogromem biurokratycznych procedur, jakie rzeczony remont poprzedzają. A to pozwolenie, a to zgoda architekta, a to taki druczek, a to inny… dorzućcie do tego jeszcze problemy z porozumieniem się (tłumacz niekiedy nieodzowny) i przepis na frustrację gotowy. Ale bez obaw – Susanna i Sandy pokonali wszystkie przeciwności losu w wielkim stylu.

Tak, można napisać zajmującą książkę o remoncie – i czytałam z przyjemnością, choć ani Maroko, ani budownictwo nie należą do obszaru moich najściślejszych zainteresowań. Suzanna Clarke z ogromną swadą i humorem przedstawia wszystkie perypetie, boje związane ze znajdywaniem pracowników, kolejne skarby odnajdywane w domu. A przede wszystkim, opisuje barwny Fez, jedno z najstarszych marokańskich miast, jego mieszkańców, kręte uliczki, targi, festiwale… jest nawet kot, a bez niego trudno o pełnię szczęścia. Całości dopełniają zdjęcia dzielnej ekipy remontowej, riadu „przed” i „po” oraz kilku jego co bardziej nietypowych mieszkańców (kameleon Dżyngis? Czemu nie?). Autorka do dziś prowadzi też bloga o mieście („The view from Fez”), kilkakrotnie o nim wspomina w książce: tam jeszcze więcej zdjęć i opowieści.

Krótko na koniec: chcę do Maroka. Do Fezu zwłaszcza. I to chyba najlepsza z możliwych rekomendacji!

PS. Ciąg dalszy wyzwania “Z półki”, edycja 2013′.

„Scarlet” Marissa Meyer

„Scarlet” Marissa MeyerMój przepis na chwilę relaksu jest dość prosty: pozycja w miarę horyzontalna (ale z oparciem, żeby kręgosłup nie kwękał) i książka niewymagająca intelektualnego zaangażowania ponad miarę. W tę ostatnią kategorię wybornie wpisuje się szereg paranormal romance i różnych mniej lub bardziej mądrych powieści młodzieżowych. Ostatnio „Saga księżycowa” Marissy Meyer.

W części pierwszej, przypomnę, dziewczę cyborg imieniem Cinder odkrywa swoją prawdziwą historię – mocno powiązaną z księżycowym królestwem Luny – a do tego zakochuje się w księciu (teraz już cesarzu) Kaiu. Czyli: roboKopciuszek. Tym razem, oprócz Cinder uciekającej z pilnie strzeżonego więzienia, mamy nowoczesnego Czerwonego Kapturka: rudą i zadziorną Francuzkę, Scarlet Benoit. Gdy ukochana babcia Scarlet znika w tajemniczych okolicznościach, dziewczyna próbuje ją odnaleźć i tym samym wplątuje się w międzynarodową – ba, międzyplanetarną – aferę. Na jej drodze pojawi się tajemniczy Wilk, i nie do końca wiadomo, po czyjej stronie stoi. Levana, królowa Luny, nie zawaha się przed zaatakowaniem Ziemi, a tymczasem Cinder ucieka przed wszystkimi prześladowcami naraz. Jak się łatwo domyślić, los wkrótce zderzy ze sobą Scarlet i Cinder, i wtedy dopiero się się zacznie…

Lekko, łatwo i przyjemnie pędziłam przez kolejne strony. Intryga i całokształt nieco słabszy niż w tomie poprzednim, jak dla mnie, natomiast podtrzymuję twierdzenie o ciekawie zbudowanym uniwersum. Wizualnie: okładka śliczna, a zawartość kryje trochę przygody, trochę romansu i trochę intryg: reasumując, jest w sam raz. Nie jest to książka, którą się będę zachwycać i czytać po wielokroć, ale dla odprężenia – lektura idealna.

Marissa Meyer zapowiada dwa kolejne tomy: „Cress” (w planach na rok 2014) na motywach baśni o Rapunzel i „Winter” (2015), w oparciu o historię Królewny Śnieżki. Miłe memu sercu są takie nawiązania i chętnie przeczytam ciąg dalszy.