„Jestem kotem” Natsume Sōseki

Dzień dobry,   Niestety, dr Trzcińska nie podejmie sie prowadzenia Pani pracy doktorskiej, bo praca dr wymaga specjalisty. Dr hab Dominika Motak z Ins. Religioznawstwa jest tam jedyną osoba, w której kompetencjach znajduje się taki temat.Dawno coś nie było japońskich opowieści wszelakich, a chwilowo literatura z Kraju Kwitnącej Wiśni okupuje moje półki (i ekran komputera niekiedy też) bardzo aktywnie. Oto i Natsume Sōseki, największy z wielkich. Daleko mu do wewnętrznych wynurzeń Dazaia Osamu, skupiał się raczej na analizie psychologicznej bohaterów, mniej epatując szczegółami własnej biografii. Dla japońskiej prozy – Autor Bardzo Ważny.

„Jestem kotem” to pierwsza powieść Sōsekiego, która skądinąd wyewoluowała z opowiadania. Jej bohaterem i narratorem jest bezimienny kot, który pomieszkuje u pewnego nauczyciela języka angielskiego nazwiskiem Kushami (na upartego można to przełożyć jako „pan Apsik”). Ze świecą szukać większego nieudacznika, jak koci gospodarz! Więcej, ani toto wyględne, ani specjalnie oczytane, ani tym bardziej rozumem nie grzeszy. Za to nasz kiciuś, hoho, prawdziwy erudyta. Wyjątkowo oczytany, rozeznany nie tylko w klasyce japońskiej, ale i w literaturze zachodniej, historii, kulturze i wszelakich sprawach świata. Właściwie, to wyrabia normę inteligencji na całe domostwo. Prowadzi sam ze sobą różne dywagacje, obejmujące szerokie spektrum tematów: od korzyści płynących z uprawiania sportu, przez schemat stworzenia świata, aż po analizę historii bambusowego płotu, stojącego w ogrodzie gospodarza. Przy okazji opowiada czytelnikom to i owo o swoim gospodarzu, jego rodzinie i wyjątkowo dziwacznych towarzyszach.

Dodam jeszcze, że rzecz dzieje się w epoce Meiji, czyli czasów otwarcia Japonii na Zachód w połowie XIX wieku. Pan Kot – choć ze wszech miar interesujący – to tylko pretekst do odmalowania Japonii okresu wielkich zmian i modernizacji. Nadchodzą nowe wzorce, nowa kultura, nowe wyzwania.

Sōseki Natsume to klasyka, i jak to często w takich przypadkach bywa, zachwyca, ale nie zachwyca. Dobrze znać, ważne dzieło, ale bez przesady z nadmiernym uwielbieniem. Trochę mnie znużyły te kocie opowieści o gospodarzu i jego przyjaciołach, nie mówiąc o tym, że jestem obrażona na zakończenie. Tak się po prostu nie robi, panie Natsume. Foch z przytupem!

PS. Dziękuję Oldze za pożyczenie!

„Cinder” Marissa Meyer

„Cinder” Marissa MeyerŻywię duże upodobanie do adaptacji baśni wszelakich, czyli tzw. retellingów. Przeniesie klasycznej wersji w nowe realia, duża ilość nawiązań intertekstualnych i popkulturowych to jest to – zawsze mnie bardzo cieszy odkrywanie wątków i odwołań do innych książek, filmów, piosenek. A „Cinder”, futurystyczna baśń o roboKopciuszku (jak sama nazwa wskazuje), obfituje w nawiązania wszelakie.

Jak to jest – żyć w dziesiątkowanym przez zarazę Nowym Pekinie, ponad sto lat po IV wojnie światowej? Jeśli jesteś cyborgiem, to wyjątkowo kiepsko. Jako obywatel drugiej kategorii masz niewiele praw, nie mówiąc o patologicznych relacjach z opiekunem… przynajmniej Cinder ma mnóstwo kłopotów ze swoją macochą, mniejsze z przybranymi siostrami. Zarabia na siebie, pracując jako mechanik – za to jest doskonałym fachowcem. I na tyle słynnym, że to właśnie do niej zwróci się o pomoc książę Kai, arcyprzystojny następca tronu. Chodzi o naprawienie androida, który zawiera cenne a tajne informacje… i w ten sposób roboKopciuszek (z mechaniczną stopą i dłonią) wplątuje się w kosmiczny (dosłownie!) konflikt między Ziemią a zaludnionym przez nadnaturalnie uzdolnionych Lunarów Księżycem. I nie będzie tu chodziło tylko o polityczny mariaż księcia Kaia, oczywiścież. Mroczna przeszłość Cinder również da się we znaki, tak samo, jak jej przykra teraźniejszość – bo czyż następca cesarskiego tronu może pokochać cyborga?

Tajemnicza zaraza, szeroko rozwinięta technika, książęcy bal, wybór między swoim szczęściem a poświęceniem dla ogółu… no, będzie się działo i to w całkiem zacnym klimacie. Od tajnych laboratoriów, przez cesarski pałac, aż po wysypiska śmieci – razem z roboKopciuszkiem i jej sidekickiem, egzaltowanym i romantycznym androidem Iko, przemierzamy ulice Nowego Pekinu. Barwny to świat i pełen egzotycznych postaci.

„Cinder” nie należy do najbardziej rozwijających skłaniających do głębokich refleksji lektur świata, ale zapewnia przyzwoitą dawkę rozrywki. Zarzut mam jeden, acz konkretny: przewidywalność. Tajemniczą przeszłość tytułowej bohaterki rozpracowałam po niecałych stu stronach. Mogłam się też zżymać na łatwość i błyskawiczność, z jaką Kai zainteresował się Cinder… ale to bajka przecież jest. Ładnie napisana i z bardzo interesująco zbudowanym uniwersum – więc z przyjemnością przeczytam sobie następny tom.

PS. Wyzwaniowo – “Z półki”, edycja 2013′.

„Y: ostatni z mężczyzn. Cykle” Brian K. Vaughan, Pia Guerra

„Y: ostatni z mężczyzn. Cykle” Brian K. Vaughan, Pia GuerraPamiętacie Yoryka? Trochę nieogarnięty iluzjonistę, po uszy zakochanego w Beth, syna członkini Kongresu i prominentnego naukowca? Tak, to on. Ostatni z mężczyzn. Ach, jakie to symboliczne, że chromosom Y i Yoryk!

Krótkie przypomnienie, o cóż się rozchodzi: latem 2002 roku dziwna Zaraza w ułamku sekundy pozbawiła życia wszystkie ssaki z chromosomem Y. Co za tym idzie, z powierzchni ziemi znika 85% przedstawicieli rządów państw świata, 100 % księży katolickich, imamów oraz ortodoksyjnych rabinów. 92 % groźnych przestępców. 99% właścicieli ziemskich. 3 miliardy, 48 % populacji: innymi słowy, wszyscy mężczyźni. No, prawie wszyscy.

Yoryk Brown, jedyny ocalały, wraz z Bardzo Tajemniczą Agentką 355, panią doktor Alison Mann, specjalistką od klonowania, oraz małpą imieniem Ampersand (drugi ocalały samiec, to istotne!) podejmują pełną wyzwań podróż przez postapokaliptyczne Stany. Muszą odnaleźć kopie próbek badań doktor Mann, bo oryginały spłonęły w tomie pierwszym, a być może stanowią one klucz do wyjaśnienia przyczyn Zarazy. Śladem radosnej ekipy podążają fanatycznej Amazonki (wśród nich siostra Yoryka, Hero) oraz… armia izraelska. Innymi słowy, będzie się działo.

Znowu machnęłam w trymiga. Tak leżało obok, niby czekało na lepszą okazję… a przecież komputer się długo uruchamia, to sobie zerknę. Hmm, potrzebuję chwili relaksu, tylko dwie strony. O, już koniec? No popatrz. Miło sobie raz na jakiś czas poczytać komiksy, bo choć nie jestem najbardziej entuzjastyczną z ich wielbicielek, to jednak doceniam i lubię. Tom trzeci również czeka w zasięgu ręki, a po ostatnim kadrze tomu numer dwa czuję się wysoce zaintrygowana. Problem w tym, że tylko trzy tomy (z dziesięciu!) zostały wydane w języku polskim. Ech, przeczuwam czytanie streszczeń po angielsku…

PS. Dziękuje Jackowi za pożyczenie, raz jeszcze!
PPS. Autoreklama: a tu słów parę o prześwietnych 
„Przedksiężycowych” Anny Kańtoch, oczywiście na Hatak.pl.

„Katalina” William Somerset Maugham

„Katalina” William Somerset MaughamMaugham, znany w Polsce głównie jako autor „Malowanego welonu” (ach, ekranizacja i Edward Norton w bokserce, rozpływam się), objawił się na Malitowej półce pod postacią króciutkiej powieści „Katalina”. Ponoć, o dziwo, sama zaordynowałam, że trzeba nabyć, a potem zapomniałam. Odgrzebała ją moja Mama i tak się zachwycała, że gdy tylko skończyła czytać, przechwyciłam „Katalinę” jak najbardziej rasowy z przemytników.

Rzecz dzieje się u progu XVII wieku w niewielkim hiszpańskim miasteczku, Castel Rodriguez (Hiszpania za czasów Inkwizycji? Biorę w ciemno!). Oto Katalina, dziewczę wyjątkowo nadobne i cnót wszelakich: łagodna, pokorna, oczytana (awanturniczy wuj, niedoszły poeta, zadbał o stosowną edukację), a do tego pobożna jako święta. Przy czym uboga i wskutek nieszczęśliwego wypadku chroma. I tak, gdy całe miasteczko udaje się na powitanie dwóch znamienitych gości, braci de Valero (nawiedzony biskup i zadufany żołnierz, to się nie może dobrze skończyć), Katalina woli spokojnie zostać w kościele i żarliwie modlić się do Najświętszej Panienki. Serce dziewczęcia krwawi, bo gdy Katalina okulała, musiała zerwać zaręczyny z ukochanym Diego… ale nic straconego. Panie i panowie, oto cud mniemany: dziewczynie objawia się Najświętsza Panienka, obiecując uleczenie. Oto początek Wielkich Kołomyi Elementarnych, dramat w trzech aktach, a ważkie role odegrają w nim wspomniani bracia de Valero, lokalne zakonnice oraz trupa wędrownych aktorów. Cyrk na kółkach!

Największym atutem powieści Maughama jest cała plejada fantastycznych postaci. Przeorysza doña Beatriz – chorobliwie zazdrosna o swoją rywalkę, Matkę Teresę od Dzieciątka Jezus – chce z Kataliny zrobić świętą zakonnicę. Biskup Segowii, Blanco de Valero, początkowo wydaje się być klasycznym inkwizycyjnym „betonem”, a wychodzi na całkiem przyzwoitego faceta. I sama Najświętsza Panienka, która niczym deus ex machina objawia się w nieoczekiwanych zupełnie momentach.

W życiu bym nie pomyślała, że tak się ubawię na powieści historycznej z przerażającą Inkwizycją w tle – a przy „Katalinie” obśmiałam się jak norka (twojemu dziecku objawia się Matka Boża? Daj mu środek na przeczyszczenie, to niechybnie nerwica. To pierwszy z brzegu przykład). Cudowna, napisana z ogromną swadą i wyjątkowo wdzięczna. Koniecznie!

PS. Wyzwaniowo, „Z półki” (edycja 2013).
PPS. Zdjęcie mojego autorstwa.

„Zmierzch” Dazai Osamu

„Zmierzch” Dazai OsamuNieszczęśliwy anarchista, narkoman, niepokorny syn bogatej rodziny, eksperymentujący ze słowem pisarz. Proszę państwa, oto Dazai Osamu. Los wyjątkowo go doświadczył – problemy rodzinne, miłosne, zdrowotne (trafił nawet na odwyk), światopoglądowe… dwukrotnie usiłował popełnić samobójstwo, aż wreszcie dokonał tego w 1948 roku (moje najnowsze doświadczenia z XX-wieczną prozą japońską pokazują, że co pisarz, to samobójstwo lub jego próba: Kawabata, Mishima, Ryūnosuke…). Oprócz rozlicznych opowiadań napisał także kilka powieści, a zasłynął właśnie „Zmierzchem”, swoim przedostatnim dziełem. W dużej mierze dzięki niemu – i samobójczej śmierci – stał się obiektem kultu, jako idealizowany buntownik, który nie waha się wystąpić przeciwko konformizmowi.

„Zmierzch” to bogata w znaczenia opowieść o powojennej Japonii (to w skali makro), ale także o młodej Kazuko i jej bliskich (skala mikro). Rodzina Kazuko mocno zubożała podczas wojny, stąd po kapitulacji Japonii kobieta wraz z matką przenoszą się z tętniącego życiem Tokio do willi na wyspie Izu. Odnajdują tam spokój, ale pozorny i tymczasowy: matka, „ jedyna prawdziwa arystokratka w rodzie”[1], zapada na skomplikowaną chorobę płuc. Co więcej, mroczna przeszłość materializuje się w osobie młodszego brata Kazuko, Naojiego, który nie może odnaleźć się w nowym świecie. Już nie arystokrata, niedoszły literat, uzależniony od alkoholu i narkotyków, wiecznie bez pieniędzy… (widać w nim rys Autora, czyż nie?). Sama Kazuko, zresztą rozwódka, także usiłuje poukładać sobie życie: nie chce wychodzić za mąż ani iść do pracy, decyduje się za to – o zgrozo! – żyć po swojemu. Ostateczne rozstrzygnięcie jej losów pokazuje czytelnikom Kazuko jako stanowczą, silną kobietę, która postanowiła wprowadzić w życie osobistą rewolucję i przeciwstawić się dawnym normom i obyczajom.

Dazai Osamu postać Kazuko wzorował na swojej przyjaciółce i kochance, Shizuko. Dziennik Ōty Shizuko, dosł. „Pamiętnik zmierzchu” też ukazał się drukiem, ale już po śmierci Osamu. Pisarz garściami, czasem słowo w słowo, korzystał z tego dziennika, zresztą „Zmierzch” też ma formę quasi-pamiętnika. Samą powieść uznano za sumę dokonań pisarza i „głęboko wzruszają opowieść o degradacji klasy arystokratycznej i uznawanych przez nią wartości” [2].

Podchodziłam do „Zmierzchu” jak do jeża – opinie słyszałam raczej zniechęcające, że nic się nie dzieje, że nuda. Nie powiem, że się mile rozczarowałam, ale coś stanowczo jest w tej książce. Znów, rzecz przejmująco smutna, ale z nutką nadziei i optymizmu na sam koniec. Choć Kazuko bywała irytująca (choć może ja po prostu żywię wewnętrzną niechęć do postaci-arystokratycznych-nierobów), to jednak jej determinacja budzi pewien podziw. Osamu kreśli przykry obraz ludzi-rozbitków: zwłaszcza nieszczęsny Naoji (równie irytujący, jak jego starsza siostra) pogubił się w powojennych realiach. Spróbujcie sięgnąć po ten japoński „Zmierzch” – bo warto się nad nim chwilę zastanowić.


[1] Dazai Osamu,
Zmierzch, przeł. Mikołaj Melanowicz, Wydawnictwo Akademickie Dialog, Warszawa 2001, s. 6.
[2] Zob. Mikołaj Melanowicz, Posłowie, [w:] Dazai Osamu, Zmierzch, dz. cyt., s. 156.

„Wybrani” C. J. Daugherty

„Wybrani” C. J. DaughertyOna. Nastoletnie dziewczę, całkiem wyględne i o przyzwoitym poziomie IQ. Niby przeciętna, ale gdzieś w tle kryje się mroczna przeszłość lub rodzinna tajemnica. Spotykamy ją na życiowym zakręcie: oto kolejna szkoła. Nowe, tajemnicze środowisko. Dwaj faceci, obydwaj przystojni i zainteresowani Oną (albo jeden przystojny i zagadkowy facet, grunt, że na dzień dobry zainteresowany). Do kompletu zbrodnia/spisek/oszustwo. Znacie? Znamy, na Boga. To posłuchajcie.

Allie Sheridan ma ostatnio pod górkę. Kłopoty z policją, fatalna atmosfera w domu, załamka po odejściu ukochanego starszego brata… pomóc może jedynie zmiana klimatu. Diametralna. I tak Allie ląduje w Akademii Cimmeria, bardzo nietuzinkowym i starannie ukrytym miejscu. Nie ma internetu, muzyki czy telewizji. Jest za to biblioteka, mnóstwo nauki, wielki las za oknem i szereg Zasad, drobiazgowo regulujących życie uczniów. Allie, przyjęta w  środku semestru, od początku wzbudza sensację. Prawie natychmiast zyskuje a.) nową przyjaciółkę b.) niechętną i skłonną do podłości koleżankę c.) dwóch adoratorów. Oczywiście, tajemnica wisi w powietrzu, będzie morderstwo, pożary i szkolny letni bal. Łiiii!

Wciągające? No, całkiem. Ale czy wybitne? Gdzieżby. Oryginalne? A skąd. Porównania z „Upadłymi” Lauren Kate i cyklem „Dom nocy” P. C. Cast + Kristin Cast nasuwają się same. Skojarzeniowo dźwięczało mi też „Nie opuszczaj mnie” Ishiguro. Z tym, że powieść „Wybrani” należy raczej do tego typu książek, w których szczegółowo odnotowuje się strój bohaterek tudzież ich makijaż i fryzurę…

Już nawet się nie będę zżymać na to, że Allie po dwóch dniach pobytu w Akademii Cimmeria ma najlepszą przyjaciółkę i boskiego faceta. Nie ma sensu. Bo ustalmy fakty: „Wybrani” jest dokładnie to, czego się spodziewałam i dokładnie to, na co liczyłam: mało angażujący intelektualnie odmożdżacz. Jeśli zatem potrzebujecie niewymagającej książki dla relaksu, to śmiało. Bezinwazyjne jak kluski z serem.

Projekt „Wreck this journal” vol. 5

Jak to mówią, mała rzecz, a cieszy. Tyle co mam frajdy z bazgrania po tym zeszyciku, warte grzechu! Konstrukcji z destrukcją odsłona piąta, majówkowa.

Najpierw para czarownic (Weird Sisters!), które pichcą jakiś paskudny eliksir. Miał być brzydki rysunek, czy właściwie o ohydnym temacie – bezzębne, pokrzywione i pokryte kurzajkami wiedźmy z martwymi szczurami wydały mi się w sam raz. Tylko kot śliczny, jak to kot.

Dwie wiedźmy

Dowód na to, że „Wreck this journal” stanowi też mój notatownik z gatunku „to-do list”. Innymi słowy, pojechaliśmy na weekend majowy do Krynicy i zbieraliśmy informacje, co warto zobaczyć, gdzie należy iść i co spożyć. Prawie wszystko udało się zaliczyć (nie czarujmy się, lodowisko w maju nie jest specjalną atrakcją)! Co do spacerów, ja i moje łydki mamy ostatnio ciche dni – takich zakwasów dawno nie miałam…

To-do Krynica list

Strona w budowie, czyli pożyczam cudze i bazgrzę. Jak wiadomo nie od dziś, cudze lepsze.

Cudzym rysować lepiej.

I na koniec strona dobrych myśli, czyli gromadzę ładne cytaty. Ten po lewej to wyjątek z Lawrence’a Ferlinghettiego — jego przepis na szczęście wydaje mi się całkiem akuratny. Po prawej zaś tekst, który podbił moje serce doszczętnie :))

Strona dobrych myśli.

Wszystkie zdjęcia z projektu  „Wreck this journal” możecie znaleźć też na blogowym fanpage’u na fb – uprasza się o lubienie!

Let’s wreck this journal!

„Kuchnia” Banana Yoshimoto

„Kuchnia” Yoshimoto Banana

Ostatnio czytam japońską literaturę na potęgę i naprawdę, przegląd mam niezły. Był noblista Kawabata, był niepokojący Kōbō, gdzieś tam też zdarzył się Murakami – ale jak dotąd, nie było czystego, niczym niezmąconego zachwytu. Panie i Panowie, oto zachwyt.

Banana Yoshimoto (a właściwie, Mahoko Yoshimoto) swoją pierwszą powieść, opublikowała w 1988 roku – i bananowy szał ogarnął Japonię. Proste a współczesne historie przyniosły Autorce uznanie, nagrody, ekranizację jej dzieł i rzesze fanów. Rozbroił mnie też pseudonim literacki i jego geneza: bo pani Yoshimoto uwielbia kwiaty bananów

Pogodna, żółta (czyżby bananowa?) książeczka zawiera dwa teksty: debiutancką powieść, „Kuchnię” i nieco wcześniejsze „Moonlight Shadow”. Ta pierwsza kreśli historię Mikage Sakurai, która uwielbia kuchnie. Nieważne, czysta czy brudna, duża, mała, bogato wyposażona czy tylko z jedną fajerką i patelnią. Myśl o kuchni i spanie przy mruczącej lodówce koi nerwy Mikage – dziewczyna po utracie ukochanej babci została zupełnie sama na świecie. Dość nieoczekiwanie pojawia się w jej życiu nowa opcja: przeprowadza się do znajomego, Yūichiego Tanabe, i jego matki, Eriko. Zresztą, techniczne Eriko była ojcem Yūichiego, ale po operacji zmiany płci stała się znana jako piękna kobieta. Skomplikowana-nieskomplikowana relacja między całą trójką, niezwykła kuchnia w mieszkaniu rodziny Tanabe, radzenie sobie z odejściem bliskich i jedzenie – i tak się toczy, niespiesznie, przez prawie 100 stron. Cudowne.

Drugi tekst, nowela „Moonlight Shadow” (skojarzenia z piosenką Mike’a Oldfielda jak najbardziej słuszne!) to tęskna opowieść o utracie ukochanego; chłopak Satsuki, Hitoshi, zginął w wypadku samochodowym. Satsuki próbuje się uporać z przytłaczającym smutkiem, biegając co rano do mostu, przy którym się spotykali. I pewnego poranka spotka tam pewną intrygującą kobietę…

Magiczne to było, wszystko. Co najciekawsze, obydwa teksty są przejmująco smutne – ale też przejmująco piękne. Nienachalnie a poruszająco o relacjach międzyludzkich, o życiu, śmierci i o tym, co podtrzymuje nas na duchu. I jeszcze jest w tym wszystkim nutka optymizmu, nareszcie! Po prostu, czysty zachwyt.

„Marek Edelman. Życie. Do końca” Witold Bereś & Krzysztof Burnetko

„Marek Edelman. Życie. Do końca” Witold Bereś & Krzysztof BurnetkoWyjątkowy moment trafił mi się na spotkanie z Edelmanem – prawie w 70-tą rocznicę powstania w getcie. Wydarzenia, które na zawsze określiło Doktora jako człowieka; tak z zewnątrz, jak i „od środka” (Jacek Kuroń zwykł mawiać, że dla Edelmana powstanie wciąż trwa). Jeszcze w zamierzchłych czasach licealnych czytałam „Zdążyć przed Panem Bogiem”, ale nie zdawałam sobie sprawy, jak niesłychanie obfite było życie Marka Edelmana. Jego życiorysem można by obdzielić dziesiątki sensacyjnych biografii.

„Życie. Do końca”, rozkosznie gruba książka, to nawet nie tyle biografia, ile wieloaspektowa kronika. Nie tyle opowieść o samym Edelmanie, ale o tym, co to znaczy być Polakiem i co to znaczy być człowiekiem. Prawie połowa książki poświęcona jest II wojnie światowej: Żydowska Organizacja Bojowa, powstanie w getcie, powstanie warszawskie. Potem lata łódzkie, medycyna, opozycja, „Solidarność”… dla mnie było jak wielka lekcja historii XX wieku. Znajdziemy tu i przedruki konspiracyjnej gazety „Za Naszą i Waszą Wolność”, którą Edelman współtworzył w warszawskim getcie. Będą zdjęcia, relacje, fragmenty rozmów, artykułów, listów (w tym wyjątkowo chwytająca za serce korespondencja Jacka Kuronia i jego żony, Gajki). Na kartach książki pojawią się chyba wszystkie znaczące dla Polski i świata postaci ubiegłego stulecia – większość z nich Doktor znał osobiście, a już na pewno miał na ich temat wyrobioną a zdecydowaną opinię. Będą i wypowiedzi samego Edelmana, rozmówcy trudnego, szorstkiego, ale mającego w sobie niebywałą charyzmę. „Głupoty opowiadacie”, zwykł mówić o Autorach niniejszego dzieła.

Marek Edelman – postać legenda, złożona, może i dla niektórych kontrowersyjna, ale nie może zostać zapomniana. Nie tylko jeden z przywódców powstania w getcie, nie tylko wybitny lekarz kardiochirurg, nie tylko opozycjonista, ale po prostu (tylko i aż) przyzwoity człowiek. Taki, który wie, że „nie tylko nie wolno strzelać, ale i nie wolno być biernym. Trzeba stanąć po stronie słabszego”*. I stawał zawsze, od warszawskiego getta po Sarajewo i Czeczenię. Dobrze mieć jego słowa z tyłu głowy, żeby zachować pion w życiu.

Wyznam szczerze, że cieszę, że dostałam „Życie. Do końca” i spędziłam parę wieczorów (nocy też), by je przeczytać. Momentami to była trudna i smutna lektura. Sama z siebie nie jestem pewna, czy bym się do niej zabrała – przynajmniej nie teraz. A tak to wiem, że bardzo bym tego żałowała.

Dodam jeszcze tylko, że Autorzy we wstępie konstruują „kodeks” Edelmana (trzeba przyznać Doktorowi, że miał wybitną zdolność do formułowania swoich myśli w jasne, niekiedy wręcz aforystyczne zasady):

– zawsze, niezależnie od tego, kim jest bity – trzeba być po jego stronie
– nie wolno biernie przyglądać się złu – bierny świadek jest współwinny
– nie chodzi o to, aby iść do celu, ale aby iść po jego słonecznej stronie
– najważniejsze jest życie…

I o to chodzi.

PS. Bardzo bardzo dziękuję za książkę Fundacji Świat Ma Sens, która wspólnie z Agorą wydała poszerzone (o 250 stron!) i poprawione wydanie biografii. A Panom Autorom dziękuję za piękną dedykację.

Marek Edelman i autorzy

Marek Edelman i Autorzy, fot. Fundacja Świat Ma Sens

* Witold Bereś i Krzysztof Brunetko, Marek Edelman. Życie. Do końca, Wyd. AGORA SA i Fundacja Świat Ma Sens, Warszawa 2013, s. 641.