„Przysięga” Frank Peretti

PrzysięgaMój zakatarzony umysł w ostatnim czasie potrzebował jakiejś lekkiej, łatwej i przyjemnej – na przykład, sensacyjnej – lektury celem rozrywki. Najbliżej w zasięgu kończyn górnych leżała „Przysięga”, już od dłuższego czasu zalegająca na półce. Ostrzegę od razu, zanim dobrniecie do końca recenzji: nie był to najlepszy wybór, a poniżej znajdziecie kilka spoilerów.

Zapowiadało się na przyzwoity horror: w górskich ostępach ginie fotograf, rozszarpany przez niedźwiedzia. Jego brat, Steve, przybywa na miejsce wypadku i wraz z Tracy, zastępcą lokalnego szeryfa, bada okoliczności tragedii. Coraz bardziej wątpi, by to wygłodniały grizzly był sprawcą zbrodni. Zwłaszcza, że mieszkańcy okolicznego miasteczka, Hyde River, zachowują się dość podejrzanie, alergicznie – ba, agresywnie reagując na jakiekolwiek przesłuchania i dochodzenie. Coś złego czai się w lasach, a oni jakby próbowali to ukryć. Wkrótce wychodzi na jaw, że lokalna tajemnica, pieczołowicie ukrywana prze obcymi, to… (dam-da-dam, fanfary!) ogromniasty smok. Serio. Wielki, krwiożerczy jaszczur na odludnej północy USA. Trzeba zaciukać bestię, zanim ona porwie nas pierwsza. Do boju, Steve!

Mogłabym się dalej zżymać na brak tempa, płytką konstrukcję postaci i schematyczność intrygi, ale nie o to tu chodzi. Smok w tym wypadku to nie pierwsze lepsze stworzenie, a przemyślania konstrukcja dydaktyczno-moralizatorska. Bohaterowie informują nas, że „smok nie jest karą za grzechy. Smok jest grzechem” [1]. Bestia jako uosobienie (upotworzenie?) zła naznacza swoje ofiary, podłych grzeszników, czarnym, cuchnącym znamieniem w okolicy serca. Znamię swędzi, boli i w namacalny sposób informuje otoczenie, że zło trawi duszę nosiciela i niedługo smok się z nim rozprawi. Jest tylko jeden sposób, by pokonać potwora, jak twierdzi jeden z bohaterów: „Zostałeś naznaczony, więc to twój smok, Steve. Jesteś jego częścią, a on częścią ciebie. Ale gdy ułożysz się z Bogiem, to dasz radę go zabić (…). Gdy smok zobaczy w Tobie Jezusa, wycofa się” [2].

Bynajmniej nie chodzi mi o chrześcijańskość przekazu (nie wiedziałam, że Peretti to znany amerykański chrześcijański autor, mój błąd). Najbardziej przeszkadza mi ta dosłowność, łopatologiczność i jednoznaczność konstrukcji. Nie ma miejsca na ślad innej interpretacji, bo autor już w pierwszych słowach wstępu tłumaczy, co miał na myśli:

„Ta bestia [grzech, czyli książkowy smok – JM] atakuje nas wszystkich, niekiedy twarzą w twarz, niekiedy uderzając nas w czuły punkt. Tylko dzięki rozpoznaniu jej prawdziwej bestialskiej natury możemy mieć nadzieję na ocalenie. W Jezusie Chrystusie otrzymaliśmy przebaczenie i moc, by przezwyciężyć grzech” [3]

A to tylko łagodniejszy fragment z mini-kazania. Ogromnie nachalne mi się to wydało. Czytałam naprawdę sporo książek, gdzie wątek religijny jest przemycony dużo bardziej dyskretnie i sprawdza się wybornie (na przykład, jedną z najpiękniejszych rozmów z Bogiem znalazłam w powieści „The Phantom of Manhattan” Fredericka Forsytha). Mam wrażenie, że polscy czytelnicy nie są przyzwyczajeni do takich natarczywych zabiegów literackich – a przynajmniej ja nie jestem. Poza tym, wyjąwszy motywy dydaktyczno-moralizatorskie, „Przysięga” to po prostu kiepska sensacja. Już nie mówiąc o tym, że żal smoka. Odpuśćcie.

W ramach wyzwania „Z półki”, edycja 2013.

[1] Frank Peretti, „Przysięga”, przeł. Andrzej Wojtasik, Wydawnictwo M, Kraków 2007, s. 366.
[2] Tamże, s. 399.
[3] Tamże, s. 5.

„Pan Lodowego Ogrodu. Tom 2” Jarosław Grzędowicz

„Pan Lodowego Ogrodu. Tom 2” Jarosław GrzędowiczPozwolę sobie na kilka słów komentarza miast długaśnej recenzji – ci, którzy czytali i zachwycili się częścią pierwszą, na pewno po dwójkę sięgną, a nieczytającym nie śmiem popsuć frajdy i z góry polecam.

Poczciwy Vuko Drakkainen, którego w tomie pierwszym zostawiliśmy w dramatycznym momencie, musi się z powrotem ogarnąć i na nowo podjąć misję. Co prawda jednym z jego odgórnych, „ziemskich” rozkazów było nieangażowanie się w bieg wydarzeń, tylko odnalezienie zaginionych naukowców, ale co począć, gdy jeden z rzeczonych naukowców poważnie narusza harmonię Midgaardu? Wygląda na to, że Vuko (znany na miejscu jako Ulf Nocny Wędrowiec) będzie musiał wziąć sprawy we własne ręce. I szybko podejmować decyzje – bo w tym okrutnym świecie wszystko jest czarno-białe. Zabijasz albo giniesz. Nie ma „nie wiem”, nie ma „później”, nie ma środkowej drogi. Arystoteles się pewnie w grobie przewraca.

Z drugiej strony i/lub w drugim wątku znów pojawia się młody Tygrys, znany jako Filar i Nosiciel Losu, a czasem też Agyren – zbiegły następca cesarskiego tronu Kirenenu. W pośpiesznej ucieczce przed rewolucją, która zniszczyła jego świat, przemierza kolejne kraje i podąża za własnym przeznaczeniem. Nie mogę rozstrzygnąć, którego z dwóch bohaterów lubię bardziej. Chyba jednak wygrywa wyklinający po chorwacku Vuko. Mam sentyment do chorwackich przekleństw…

Znów podczytywałam niby tylko kilka stron, a dwa rozdziały później przypominałam sobie, że chciałam się wyspać. Trudno. Dla niektórych książek warto, a „PLO” jest stanowczo jedną z nich. Dodam jeszcze, że fani „Piotrusia Pana” będą zachwyceni nową wersją cyfrala. Mnie jako kulturoznawczynię dodatkowo radowało odkrywanie nawiązań do różnych, znanych mi cywilizacji; w stylu „a to trochę jak imperium mongolskie, tu trochę Wikingowie, a to przecież japoński wtręt”. Porządna a epicka fantastyka – jak nic, lubię to!

PS. Dziękuję Kenroh za pożyczenie i upraszam o ciąg dalszy :3

„W komnatach Wolf Hall” Hilary Mantel

„W komnatach Wolf Hall” Hilary Mantel„Och, mój Boże, znowu o Tudorze!” zakrzyknie pewnikiem niejeden czytelnik Malitowego bloga (z uwagi na ilość powieści w tej materii dodałam nowy, stosowny tag). Ale nie frasujcie się, uspokajam, nie idzie tu tylko o Tudorów. Mój ulubiony angielski wiek XVI oglądamy z perspektywy nowej zgoła postaci, czyli Tomasza Cromwella.

Cromwell, syn kowala rodem z Putney, jest modelowym przykładem tudoriańskiego „od pucybuta do milionera”. Trudnił się wieloma rzeczami: a to wojaczką (po stronie Francji, co prawda), a to handlem, a to wciskaniem rzymskim kardynałom anielskich posążków, udających antyczne (serio!). Rozważny, opanowany, przebiegły. Wyjąwszy krótki prolog, spotykamy Cromwella już w 1527 roku, gdy pełni służbę jako jurysta u arcybiskupa Wolseya, naonczas lorda kanclerza. Śledzimy jego poczynania w czasie zawieruchy z unieważnianiem pierwszego małżeństwa Henryka i wielkiej miłości władcy do Anny Boleyn. Cromwell zdobywa coraz większe wpływy, aż wreszcie, w 1534 roku, zostaje głównym kancelistą.

Jakim cudem nie-arystokrata doszedł do takiej pozycji? Przetrwał upadek swego mentora, Wolseya, i przez tak długi czas (no, przynajmniej przez 600 stron książki) wytrwał w łaskach u kapryśnego Henryka VIII? Hilary Mantel pozwala nam domyślać się, że to z uwagi na dużą dozę realizmu w myśleniu, rozwagę i niezwykle rozwinięty zmysł dyplomacji.

„Wolsey oczekiwał wdzięczności króla, w której to materii czekało go srogie rozczarowanie (…). On, Cromwell, już dawno przestał ulegać chimerom temperamentu i prawie nigdy nie bywa zmęczony (…). Dworzanie przekonali się, iż to on nadaje kształt wydarzeniom, modelując je według swojego widzimisię. Co więcej przejmuje i neutralizuje bawy innych, dając otoczeniu poczucie jakiej takiej stabilności w niepewnym świecie”*

Innymi słowy, ostoja harmonii. Wygrał sobie Wolseya, Henryka, Annę Boleyn, Marię Boleyn, Joannę Seymour… aż dziw, że skończył, jak skończył. Ale o tym na razie – sza.

To nie jest powieść dla „świeżaczków” w materii tudoriańskiej. Dobrze mieć podstawy, znać choć pobieżnie źródła  przebieg konfliktów (zwłaszcza damsko-męskich, a wypadku Henryka VIII to konflikty przecież państwowe), gdyż bez tego łatwo się pogubić w gąszczu nazwisk i interesów. Tutaj czytelnik może poznać historię trochę „od kuchni”, nie od strony gwiazd wielkiego formatu (król i jego żony i kochanki), ale drugoplanowych aktorów, jak właśnie Cromwell. W każdym razie, ja jestem ukontetowana długą a zacną lekturą. Przy okazji, tytuł może być mylący: akcja toczy się wszędzie, oprócz komnat Wolf Hall – czyli rezydencji rodu Seymourów. Ale ostatnie słowa powieści dają do zrozumienia, że już wkrótce udamy się do Wolf Hall. Wkrótce, czyli w następnej książce. „Bring up the bodies” wydano w Anglii w maju 2012. A ja z zainteresowaniem czekam na polskie tłumaczenie.

PS. Hilary Mantel ostatnio wywołała burzę w angielskich mediach, określając księżne Catherine jako „zaprojektowaną, z plastikowym uśmiechem”. Przyrównała ją właśnie do Anny Boleyn i innych królewskich żon, rozważając ich funkcję jako matek następców tronu. Tu rzeczona wypowiedź, a tu, tu i tu kilka nawiązań.
PPS. W ramach wyzwania „Z półki”, edycja 2013.

Hilary Mantel, „W komnatach Wolf Hall”, przeł. Urszula Gardner, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2010, s. 528.

Projekt „Wreck this journal” vol. 3

Raz na jakiś czas należy uzewnętrznić swoje artystyczne potrzeby. Ja, jak wiecie, sublimuję estetyczne dążenia w konstruktywno-destruktywny projekt „Wreck this journal”. Odsłona trzecia przynosi zabawę imieniem własnym, słowem oraz… rysowaniem w ruchu.

Wpierw zatem: kapliczka kultu autoemisji, czyli własne imię na kilka różnych sposobów. Na biało, nieczytelnie, malutkimi/dużymi literami, tyłem itd.

wreck this journal 006

Wyzwanie: rysuj w ruchu. Ja na razie praktykuję podróże autobusowe z notesem na kolanach. Przy co bardziej wyboistych drogach (a imię ich legion) można uzyskać naprawdę interesujące efekty. Trzy poniższe „linijki” rysowane odpowiednio: w drodze do pracy, w drodze do domu, w drodze na egzamin. Trzeba się odstresować przecież!

wreck this journal 009

I jeszcze dwie strony dedykowane słowom czteroliterowym. Pierwsze słowo, jakie mi się nasunęło, to był ekwiwalent wyrażenia „cztery litery” (nomen est omen!), niemniej powstrzymałam się od zapisania. Dwie uwagi: niektóre ze słów pojawiają się kilkakrotnie, oraz, jako że obowiązuje dowolność, poszłam w trzy języki, a co!

wreck this journal 002

Let’s wreck this journal!

„Dobry omen” Terry Pratchett & Neil Gaiman

„Dobry omen” Terry Pratchett & Neil GaimanWłaściwie, to czytam co innego, a „Dobry omen” pojawił się w międzyczasie. Musiałam popełnić esej zaliczeniowy o tematyce, cóż… szatańskiej i jakoś tak się potoczyło, że będzie z tego analiza powieści fantastycznej. Suprise, suprise. Aczkolwiek sama się sobie dziwię, że nie czytałam tej powieści wcześniej: bo a.) Pratchett b.) Gaiman. Słyszałam, oczywiście, nawet chyba miałam w łapkach, ale nie było okazji. Niniejszym, nadrabiam.

Przyznaję bez bicia – zaczęłam się śmiać przy pierwszej stronie:

DRAMATIS PERSONAE

Bóg (Bóg)
Metatron (głos Boga)
Azirafal (anioł i antykwariusz na pół etatu)
Szatan (anioł upadły, Wielki Adwersarz)
Belzebub (anioł równie upadły, książę, następca tronu Piekieł)
(…)
Crowley (anioł, który może nie upadł, lecz zsunął się odrobinę za nisko)*

A potem jest tylko lepiej. Tak, domyślacie się, to rozkosznie absurdalna wersja Apokalipsy. Tylko u duetu P&G: Czterej Motocykliści Apokalipsy, zakon sióstr-trajkotek pod wezwaniem świętej Berylii, którym się usta nie zamykają, okultystka Anatema i tropiciel wiedźm Newton, dzieło „Przistoyne i akuratne profecyie” Agnes Nutter oraz 11-letni Antychryst. Skądinąd, podmieniony w kołysce, ale oczywiście nie z tym, z kim powinien był zostać zamieniony. W każdym razie strzeżcie się, bo koniec świata nadchodzi – właściwie, nastąpi w najbliższą sobotę po kolacji. Jak morze ognia, piekielne bestie i Ostateczne Starcie Dobra Ze Złem odmienią oblicze Ziemi – oto, czego możecie się spodziewać na ponad 400 stronach groteskowej epickości. Moim osobistym faworytem jest Crowley, eks-wąż (taaa, ten co kusił Ewę), podróżujący czarnym bentleyem i słuchający na okrągło szlagierów grupy Queen.

„Dobry omen” popisowo nawiązuje do kultowych filmów z cyklu „Omen” i całej masy apokaliptycznych wizji. Co bardziej zorientowani w demonicznych hierarchiach czytelnicy będą mieli naprawdę mnóstwo frajdy, odkrywając te nawiązania. I, jak to zwykle bywa u mistrza Terry’ego, oprócz salw śmiechu będzie sobie można zaserwować trochę refleksji: czym jest dobro, czym zło, a czym… człowieczeństwo. A jak to nie wystarcza, to, laboga, przeczytajcie to chociażby dla barwnego stylu.

PS. Jakoś tylko zawsze miałam ambiwalentne uczucia co do okładek projektu Zombie Sputnik Corporation – wolę te Paula Kidby’ego.
PPS. I mam wrażenie, że byłabym idealną siostrą trajkotką.

* Pratchett, Terry & Neil Gaiman, „Dobry omen”, przeł.Juliusz Wilczur Garztecki i Jacek Gałązka, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2000, s. 5.

„Pan Lodowego Ogrodu. Tom 1” Jarosław Grzędowicz

„Pan Lodowego Ogrodu. Tom 1” Jarosław Grzędowicz

Tak, wiem, czwarty tom już został szeroko obgadany, zakończenie sagi ufetowane, a ty dziewczyno ledwie tom pierwszy? Ha, grunt, że nadrabiam zaległości. Jakoś mniejsze mam ciągoty do fantastyki polskiej niż do zagranicznej, dziwne a nieuzasadnione to podejście. Acz niniejszym dołączam do peanów na cześć pana Grzędowicza – konkretnie, pierwszego tomu.

Koncept jest intrygujący, swego rodzaju połączenie starej dobrej fantasy z science fiction. Otóż: w niezbyt dalekiej przyszłości odkryto tajemniczą planetę, Midgaard, który nawet przypomina Ziemię z czasów średniowiecznych. Z jedną, drobną różnicą: działają tam pewne niezrozumiałe, nadprzyrodzone siły (żeby nie rzucać od razu, że to magia), a elektroniczne urządzenia rodem z naszego świata po prostu nie funkcjonują. Ekspedycja badawcza wyrusza… i słuch o niej ginie. Pora więc wysłać kolejną ekspedycję. Ratunkową. Złożoną z jednoosobowego oddziału, czyli Vuko Drakkainena. Vuko, Chorwato-Fino-Polak, przechodzi przyspieszone szkolenie i zostaje wyposażony w absolutnie nieelektroniczną wyprawkę. Ma jedną przewagę nad tambylcami, a imię jej cyfral. „Mój pasożytniczy anioł stróż”, mówi o cyfralu czule Vuko. To rodzaj wszczepu, który czyni z nosiciela niemal nadczłowieka. Ale czy to wystarczy, by wypełnić powierzoną mu misję? Na Midgaardzie dzieją się bowiem rzeczy dziwne a niepojęte: mówi się o walce bogów, a z zimnej, przygnębiającej mgły wyłażą pokraczne stwory… a to dopiero początek!

W powieści mamy  do czynienia z trzema narratorami: jest sam Vuko, jest wszechwiedzący narrator, który „uaktywnia się”, gdy Drakkainen włącza cyfrala, ale w połowie książki poznajemy jeszcze jednego bohatera: to młody następca imperialnego tronu. Dzięki niemu mamy wgląd w „rdzenny” kraj Midgaardu, Amitraj, podbity ongiś przez Kirenenów. Kraj, który powoli zbliża się do rewolucji…

Trochę tu było dla mnie Orsona Scott Carda (ech, rozwój młodego bohatera), trochę Andre Norton (choć Vuko miał lepsze zaplecze niż Simon Tregarth), trochę Franka Herberta (religijna rewolucja i pustynia… brzmi znajomo?). Tęskniło mi się za taką porządną, epicką fantasy, w którą się wciągnę na tyle, że nie będę mogła odłożyć lektury na dłużej niż trwa zaparzenie herbaty. Trzeba tu wspomnieć, że moją świętą mantrą przy czytaniu książek jest hasło „tylko skończę rozdział” (w domyśle: i zacznę się uczyć, i pójdę spać, i się ogarnę etc.). A tutaj kończyłam rozdział, owszem, i tylko sprawdzałam, co jest na następnej stronie, a potem orientowałam się, że znów przeczytałam kilkadziesiąt stron. To jeszcze skończę rozdział i… i tak w kółko. Nie szło się oderwać. Przyznam, że wątek Drakkainena ciągnął się momentami i dłużył, ale za to ostatni rozdział w jego wykonaniu, ha! To jest dopiero zwrot akcji i urwanie w najbardziej dramatycznym momencie. Plus dziesięć do zirytowania czytelnika. Drugi wątek dużo bardziej mnie ciekawił i wypatruję dalszych losów obu panów.

PS. Za pożyczenie dziękuję Kenroh, już ostrzę ząbki na czytanie drugiego tomu!
PPS. A jeśli macie ochotę poczytać coś Malitowego, ale bardziej filmowo-eseistycznie, to jest okazja tutaj. Polecam.

The Versatile Blogger

the-versiitleI, dla odmiany od książek i recenzji, zabawa blogowa „The Versatile Blogger”. Znów podziękowania kieruję w stronę Kornelii, która mnie do rzeczonej zabawy zaprosiła. Versatile znaczy wszechstronny, albo uniwersalny, wielofunkcyjny – czyli pokazujemy się ze wszech stron.

Tym razem należy ujawnić siedem faktów dotyczących własnej osoby, po jednym na każdy dzień tygodnia (albo grzech główny, zależnie od perspektywy). No to lecim – ujawniam! Strzeżcie się!

7 faktów o Malicie.

  1. Jej rower nazywa się Han Solo (ach, ta scena z „Imperium kontratakuje”).
  2. Jest pokorną wielbicielką dwóch Panów Kotów. ArysKOTrata Kacper i wejdę-wszędzie-Ryx rządzą światem.
  3. Przyzwoicie śpiewa. Altem. W chórze.
  4. Nie jada surowych pomidorów. Ale poza tym, jest permanentnie głodna.
  5. Jak była mała, chciała zostać syrenką.
  6. Marzy o bibliotece z drabiną. Drabina może być taka.
  7. A tu oszukam system – zamiast siódmego faktu, piosenka. Ale z przesłaniem!

„Y: Ostatni z mężczyzn. Zaraza” Brian K. Vaughan, Pia Guerra

„Y: Ostatni z mężczyzn” Brian K. Vaughan, Pia GuerraBo Malita czytuje także komiksy, jak pamiętacie. Czasem internetowe, rzadziej te w papierowej wersji, ale zdarza się. I jak to w sesji bywa, kiedy już obejrzymy żubry/pingwiny/kotki i pozamiatamy pustynię, zawsze jeszcze znajdzie się coś do przeczytania, zanim sięgniemy po Właściwe Notatki Do Nauki. Ja ukradkiem podczytywałam „Y”, tak po stronę, dwie, aż ku własnemu zdumieniu odkryłam, że przeczytałam całość. W trymiga!

Rzecz opiera się na tym, że nagle, w ułamku sekundy, giną wszyscy mężczyźni na Ziemi. 3 miliardy osobników płci męskiej. 48% populacji. Ta straszliwa hekatomba dotyczy wszystkich ssaków z chromosomem Y. Wszystkich…? No właśnie. Yoryk Brown ocalał. On i jego podopieczny, małpa kapucynka Ampresand, również płci męskiej. Dlaczego przeżyli i co było przyczyną wyginięcia pozostałych mężczyzn – oto jest pytanie. Yoryk będzie musiał nie tylko odnaleźć odpowiedź, ale też uciec przed bandą wojujących Amazonek (czyli, cytując, „gangów, które w całym kraju palą banki spermy”). I, oczywiście, zrobi wszystko, by odszukać swoją ukochaną, której oświadczył się przez telefon na kilka sekund przed katastrofą. Ale co się stało z Beth? I co z całą sprawą ma wspólnego pani pułkownik, stacjonująca na zachodnim brzegu Jordanu oraz pani doktor, eksperymentująca z klonowaniem?

Brzmi jak „Seksmisja”? Może trochę. Tym razem jednak nie schodzimy do podziemi, ale przemierzamy postapokaliptyczny krajobraz pełen rozbitych samochodów. Towarzyszymy Yorykowi i specjalnej agentce 355 (kolejna zagadka, kto to jest?!), z zapartym tchem śledząc kolejne zwroty akcji. A dzieje się i dzieje na tych niespełna 130 stronach komiksu. I urywa się tak dramatycznie, że aż chciałam zakrzyknąć w oburzeniu „Co, już?”. Na szczęście są widoki na kolejne zeszyty, w Polsce ukazały się jak dotąd trzy tomy z wydanych w oryginale dziesięciu. Bardzo mnie ciekawi, dokąd zaprowadzi nas Yoryk i cała plejada pań… Świetny klimat i scenariusz (to Brian K. Vaughan), niezłe rysunki (to Pia Guerra). Panie i panowie, warto czytać komiksy.

PS. Dziękuję Jackowi za pożyczenie. Jacek skądinąd prowadzi sklep z komiksami, Atom Comics, zajrzyjcie, bo zacny.

Blog Roku 2012

Cobyście byli na bieżąco:

Dziękuję Wam wszystkim za głosy co do konkursu na Blog Roku 2012.

„Co czyta Malita”, choć licznie wspierane, nie zakwalifikowało się do trzeciego etapu (czyli oceny jurorów 10 blogów z danej kategorii), ale za rok podbijemy świat!

Na razie trzymam kciuki za moich faworytów – a zwłaszcza za urocze dziewczę z bloga „Nastolatka w kuchni”, która piecze świetne muffinki (osobiście się o tym przekonałam) i Ilonę vel Kobietę-Ślimaka.

Dzięki raz jeszcze i polecam się łaskawej pamięci :))