„Bramy Domu Umarłych” Steven Erikson

„Bramy Domu Umarłych” Steven EriksonIii, werble, bo oto druga część „Malazjańskiej Księgi Poległych”. Podchodziłam jak do jeża, gdyż tom pierwszy zachwycał, ale nie zachwycał. Ech, klasyka fantastyki… Zebrałam się w końcu do tej pokaźnej cegły – ponad 700 stron drobnym druczkiem – i po drodze coraz mocniej zaciskałam zęby.

W Imperium Malazańskim wrze jak w kotle. Cesarzowa Laseen rządzi twardą ręką i podbija kolejne tereny, ale ma wielu wrogów, w Malazie i poza miastem. Choćby na kontynencie Siedmiu Miast – tam, na świętej pustyni Raraku, wybucha powstanie, Dryjhna-Apokalipsa, która przyniesie tysiącom ludzi śmierć i zniszczenie. Pięść Coltaine ewakuuje jedno z zagrożonych miast, Hissar, i z tysiącami uchodźców wyrusza do Arenu, gdzie znajduje się imperialna kwatera główna. Wyczerpujący marsz, zwany Sznurem Psów, będzie się ciągnął przez cała powieść (a po drodze potyczek i bitew nie zabraknie – wśród nich znajdzie się jedna, słownie, jedna na cała książkę scena, która mnie zachwyciła). Nie można zapomnieć o pozostałych bohaterach: mamy także znanych nam już z pierwszego tomu Podpalaczy Mostów, uciekinierów z kopalni otataralu (tu choćby Felisin, siostra kapitana Parrana, patrz tom pierwszy) oraz tajemniczą parę wędrowców, poszukujących legendarnej Ścieżki Dłoni. I, rzecz jasna, wszechobecne bóstwa, które nie omieszkają wtrącić się w ziemskie życie maluczkich…

To bardzo okrutna książka. Niech schowają się ci (i to głęboko!), którzy myślą, że fantastyka to beztroskie bieganie z mieczem w poszukiwaniu smoków. Erikson pokazuje koszmar wojny i uchodźców tak realistycznie i tak okrutnie, że aż miałam dreszcze. Dużo bardziej to do mnie przemawiało niż te wszystkie ascendenty, konwergencje, groty i ścieżki.

Doceniam rozmach, ale nie potrafię się w nim odnaleźć. To nie o to chodzi, że potrzebuję łopatologicznego wytłumaczenia, ale tonę w natłoku miejsc, postaci i ich konfliktów. Co nie oznacza, że jestem niepełnosprytna. Pierwszy z brzegu przykład porównawczy: saga o wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego też jest dość skomplikowana fabularnie, ale nie było z nią takich problemów (i chciało mi się wracać do lektury po raz kolejny i kolejny!). Tu wiem, że nawet jak się pogubię, to nie będę miała ani siły, ani ochoty, by odnaleźć wątek. Nużył mnie styl Autora, wydał mi się dość przyciężki. Znów wyznam, że niemal gryzłam kartki. Czy na amen zaniecham czytania Eriksona? Nie chcę się zarzekać, ale tym razem zanosi się na naprawdę długą przerwę.

PS. I dziękuję Piotrkowi za pożyczenie!

4 thoughts on “„Bramy Domu Umarłych” Steven Erikson

  1. (zawsze myślałam, że czytam… no może nie sporo, ale jednak rozsądną liczbę dzieł, ale przebijasz mnie o trzy długości! :P) Póki co ja wolę nie wracać do tego gatunku, ale kto wie co w łapki mi wpadnie :)

  2. (kiedy Ty znajdujesz czas na czytanie,co? :P) Czasem się zastanawiam czy nie jest tak, że fantastyka ma swój czas w naszym życiu, potem mija i lepiej do niej nie wracać :) Zazwyczaj motywem przewodnim wszystkich dzieł z tego gatunku jest DUŻO

    1. (zawsze i wszędzie!)
      Wiesz co, może, i kiedyś myślałam, że fantastyka to już etap w moim życiu stanowczo zamknięty. Ale teraz odkrywam nowe pokłady, nowe subgatunki (New Weird <3), niemniej… "Malazjańska Księga Poległych" to najwyraźniej nie moja bajka…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s