„Atlas Chmur” David Mitchell

Było tak: najpierw zwiastun, przypadkowo znaleziony w czeluściach Internetu. Zachwyt i obietnica „koniecznie, chcę, idę”. Potem – zaskoczenie, bo to ekranizacja. Potem książka z filmową okładką i pełne zaczytanie. I znów zachwyt.

„Atlas Chmur” to przedziwny zestaw sześciu opowieści z różnych planów czasowych, które w niezwykły sposób przeplatają się ze sobą. Jest młody notariusz, Adam Ewing, podróżujący po pacyficznych wyspach w 1850 roku. Jego dziennik z podróży czyta szelmowaty kompozytor Robert Frobisher, który u progu lat trzydziestych XX wieku usiłuje zarobić na życie na belgijskiej prowincji. Listy Frobishera do przyjaciela odnajdziemy w rozdziale o ambitnej i niestrudzonej dziennikarce, Luisie Rey, walczącej z korporacją w Kalifornii czasów Reagana. Powieścią o Luisie zajmuje się podstarzały redaktor, Timothy Cavendish, który ma poważne problemy z nietypowymi wierzycielami. Nawiązanie do kłopotów Tima będzie z kolei w historii o Sonmi, genetycznie modyfikowanej kelnerce z Korei dalekiej przyszłości. Ona sama pojawi się też przelotnie w relacji Zachariasza z ostatnich dni cywilizacji. Ale to nie jedyne rzeczy, która łączą bohaterów…

Niby to wszystko z osobna, ale jednak tworzy spójną i barwną całość. Nienachalne rozważania o istocie człowieczeństwa, o kluczu do zrozumienia zachodniej cywilizacji, o pogoni za władzą i pieniądzem; uniwersalne i niby znane nam tematy stały się osią wspaniałej książki. Będzie miłość, przyjaźń i poświęcenie, przytłaczająca totalitarna władza, oszustwo i pragnienie wolności.

Przy okazji, bardzo ciekawe są też idiolekty poszczególnych postaci, zwłaszcza nowomowa z korporacyjnego świata Sonmi. Pojedyncza marka staje się tam nazwą całego produktu: buty to najki, samochód – ford, a komputer – sony (tak właśnie, z małej litery). Ukłony też dla tłumaczki, Justyny Gardzińskiej, za błyskotliwy przekład gawędziarskiego stylu Zachariasza. Mała próbka:

„Ale smalczyk wziął i mi się wyślizgł z palcy i odleciał, ale nie odpuszczałem, nie, nie, pogoniłem za nim w górę strumienia bez wyboje i jakie kolczata zarośla. Pod butami praskał mi chrust, kolce mi gębę smargały, że nie wiem co, ale się nicanic nie przejmowałem”

Cudo, prawda?

Więc: przez ostatnie trzy dni naprawdę starałam się wyspać, ale „Atlas Chmur” przyciągał jak magnes. I warto było. Bo raz jeszcze dowiadujemy się, że choć nie znaczymy wiele więcej niż kropla w oceanie, to czyż ocean nie składa się właśnie z kropel?

Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości pani redaktor z wydawnictwa MAG – dziękuję pięknie!

* David Michell, „Atlas Chmur”, przeł. Justyna Gardzińska, Wydawnictwo MAG, Warszawa 2012, s. 260.

6 thoughts on “„Atlas Chmur” David Mitchell

  1. Przeczytałam z podziwem, ale bez ogromnego zachwytu. Jestem jednak pod wrażeniem warsztatu pisarskiego Autora i sprawności jezykowej Tłumaczki. „Zachariaszowa” część to absolutne mistrzostwo świata. Zachwycił mnie za to film – a wydawać by się mogło, że książka zupełnie nieekranizowalna (czy istnieje takowe słowo? Moja sprawność językowa imponująca nigdy nie była).

  2. Wielką mam ochotę na tę książkę i z zazdrością czytam pochlebne opinie…
    Zostałaś wciągnięta do zabawy, która obiega blogi w ostatnich dniach. Zapraszam na mojego bloga po szczegóły :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s