„Pięćdziesiąt twarzy Greya” E L James

Otwieram lodówkę, a tu… Christian Grey. Naprawdę, jeszcze zanim książka trafiła do polskich księgarń, było głośno. Najpierw natknęłam się na artykuł w tonie lamentacyjnym (w stylu „kobiety tyle się namęczyły, żeby się wyzwolić, a tu powrót do starego układu pan-poddana, ach ten patriarchat”), potem ktoś się pytał na forum Biblionetki, o co idzie z tym Greyem, a gdy wreszcie mój luby zapytał, czy ja to kojarzę, to doszłam do wniosku, że chyba jednak się pochylę nad tematem. Mimo wszystko lubię być na bieżąco.

Tylko dla porządku dwa słowa, o co się rozchodzi fabularnie. Anastasia „Ana” Steele właśnie kończy studia. W zastępstwie za chorą przyjaciółkę przeprowadza wywiad do uczelnianej gazetki z bosko przystojnym i obłędnie bogatym Christianem Greyem, multimilionerem i prezesem Grey Enterprises Holding Inc. Wiadomo, iskry lecą, niby nie są dla siebie, ale nawiązują skomplikowaną relację. Nie, „skomplikowane” to mało powiedziane… Będą szpicruty, kajdanki i klapsy – o ile Ana podpisze umowę między Panem a Uległą. W całości przytoczoną w książce, rzecz jasna.

Można odnieść wrażenie, że cała fabuła to tylko błahy przerywnik między scenami mniej lub bardziej wyrafinowanego seksu, a jest ich zaprawdę dużo (podziwiam wytrzymałość mister Greya. Viagra jak nic). Bohaterka średnio co cztery strony „rozsypuje się na milion kawałków”, „traci wszelkie poczucie siebie”, jęczy i miauczy. No błaaagam, litości. Jedyne, co mi się nawet podobało, to nieustanne odniesienia Any do jej „wewnętrznej bogini” (w stylu „moja wewnętrzna bogini wykonuje mistrzowski skok o tyczce”, ofkors w odpowiedzi na aprobujące słowa i gesty Christiana). A poza tym – smutna grafomania. Określenia w stylu „adonis, który z gracją zajmuje jeden z białych skórzanych foteli” i „moje imię na jego ustach wysyła mnie w przepaść” zapełniają strony (między jękami i miaukami) jedna za drugą, a gdy sobie uświadomimy, że tych stron jest grubo ponad tysiąc w całej trylogii (strzeżcie się, dwie kolejne części w natarciu), chciałoby się zakrzyknąć „Zgroza, zgroza!”.

Od totalnego potępienia odwodzi mnie jedna rzecz: ludzie to czytają. A jak już kiedyś pisałam, każda, nawet najbardziej miałka i tępa lektura daje szansę, że czytelnik sięgnie po coś lepszego, ambitniejszego. Albo chociaż będzie miał do czynienia z dłuższą wypowiedzią pisemną, a to zawsze ubogaca…

…prawda?

27 thoughts on “„Pięćdziesiąt twarzy Greya” E L James

  1. Niezmiennie intryguje mnie fakt, że recenzja Grey’a wciąż pozostaje na liście „najchętniej czytanych notek”. Przypadek? ;)

  2. Na razie dużo nie czytam…. Mam małe dzieci – ale zaczynam nadganiać…. Zakładam, że jednak jest to z wyższej półki niż Harlequin’y…. A jeżeli ma przynieść znudzonym kobietom i nie tylko odrobinę pikanterii w życiu – to czemu nie… Pewnie kiedyś się skuszę – z ciekawości ;)…

  3. Matko, tyle hałasu o tę książkę wszędzie było, że będąc w mediatece pożyczyłam sobie audiobooka… Masakra! Dobrze, że w trakcie sobie meble ogrodowe pomalowałam przynajmniej;P

  4. To już lepiej przeczytać „Kwiaty śliwy w złotym wazonie” (金瓶梅; pinyin: Jīn Píng Méi). Wyszło po polsku, tak. Językowo (sic!) dużo lepsza a i zasób określeń na pewnych „wojowników” powalający.

  5. Nienawidzę czytać, a jednk ten powszechny pęd i zachwyt nad książką skłonił mnie do przełknięcia ponad 600 stron w oczekiwaniu na to COŚ.
    Niestety ukojenie nie nadeszło. Jestem zawiedziona i zdenerwowana – nie wiem co tak pochłania miliony czytelników.
    Niestety Książka nie zasługuje na zachwyt, który nad nią roztaczano,

  6. To, ekhm, ‚dzieło’ rozpoczęło modę na, co tu dużo mówić, porno w wersji pisanej. I tak w literaturze polecanej sympatykom ’50 twarzy’ przez Empik jest np. ‚Modlitwa Waginy’ [sic!]

  7. Człowiek nie jest robotem i nawet ludziom, którzy przeszli kurs literatury powszechnej (jeden z najtrudniejszych na filologii polskiej) zdarza się (za)czytać w książce pokroju „Greya”. Powieść oparta jest na najprostszych schematach, nie wymaga zbyt wielkiego wysiłku intelektualnego, ale.. chyba o to w tym wszystkim chodzi. Są różne „style odbioru” (pojęcie naukowe, warto się w to zagłębić), a czytanie dla przyjemności lub odprężenia po trudnym dniu w pracy (sceny erotyczne, wątek miłosny, wyidealizowani i nieskomplikowani bohaterowie – relaks w sam raz) nie jest niczym złym.

    Pozdrawiam i gratuluję całkiem sympatycznego bloga:)

    1. Oj, zgadzam się. Jak czasem wracam wieczorem do domu, zwłaszcza po maglu w pracy czy ciężkim wykładzie, to jedyne, czego mi trzeba, to nieskomplikowana lektura…

      Również pozdrawiam i dziękuję! :)

  8. Moja wewnętrzna bogini tak promienieje, że zdołałaby
    oświetlić całe Portland.

    Moja wewnętrzna bogini także. Pokazuje
    mu środkowy palec.
    A potem Paul mnie

    Wewnętrzna bogini podskakuje i klaszcze
    w dłonie jak pięciolatka.

    Moja
    wewnętrzna bogini robi przewroty w tył godne rosyjskiej
    gimnastyczki olimpijskiej.

    Rumienię się, a moja wewnętrzna bogini cmoka
    z zadowoleniem, dumna jak paw.

    Czytam
    listę, a moja wewnętrzna bogini skacze jak małe dziecko czekające
    na lody.

    Ściska mnie w środku, a moja wewnętrzna bogini zaczyna
    dyszeć.

    Moja wewnętrzna bogini warczy, a ja,
    kierowana frustracją, pożądaniem i czystą brawurą Steeleów
    popycham go na łóżko.

    Moja wewnętrzna bogini wygląda, jakby
    ktoś wyrwał jej z ręki loda.

    Moja wewnętrzna bogini
    stoi z rozdziawioną buzią. Nawet ona mu nie wierzy

    Cóż, a przynajmniej została
    zamieciona pod dywan, na którym leży moja wewnętrzna bogini,
    jedząc winogrona i strzelając palcami w niecierpliwym
    wyczekiwaniu niedzieli.

    Moja wewnętrzna bogini nie posiada
    się z radości i skacze z nogi na nogę.

    Moja wewnętrzna bogini wymachuje
    pomponami cheerleaderki.

    Wewnętrzna bogini wywiesiła
    na swoich drzwiach tabliczkę „nie przeszkadzać”.

    Moja wewnętrzna bogini się wychyla.
    – O nie. Wystarczy mi egzotyki na jeden dzień. – Bogini
    wydyma usta i nie bardzo jej wychodzi ukrywanie rozczarowania.

    Moja wewnętrzna bogini wykonuje
    taniec siedmiu welonów.

    Też nie ma pojęcia, a moja wewnętrzna bogini nadal się
    pławi w pozostałościach orgazmicznego blasku.

    Moja wewnętrzna bogini zrywa się z szezlonga
    i wydaje radosne okrzyki.

    Moja wewnętrzna bogini wykonuje mistrzowski skok
    o tyczce.

    Moja wewnętrzna bogini stoi na podium, czekając na złoty medal

    bogini zeskakuje
    z podium i robi gwiazdy.

  9. Nie zdzierżyłam. Poddałam się po stu stronach. Tyle jest pięknych książek do przeczytania – doszłam do wniosku, że szkoda mi czasu na roztrząsanie związku Pana i Uległej i seksualnych fantazji autorki.

  10. Dla mnie ta „wewnętrzna bogini” to był jakiś irytująco-żałosny przecinek, np. „Teraz moja wewnętrzna bogini tańczy sambę” – o mamo! Staczam się z krzesła i brakuje mi tchu ze śmiechu :D

  11. Joanno, myślisz, że gdybyś – będąc czysto hipotetyczną chroniczną analfabetką – w końcu postanowiła sięgnąć po jakąś współczesną prozę i natknęła się na „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, chciałabyś kontynuować przygodę? ;) To tylko taki mały kamyczek do ogródka teorii.

    1. Wiesz, zawsze jest „Ciemniejsza strona Greya” i „Nowe oblicze Greya”… :)
      A serio – to zawsze jest szansa, że hipotetycznej chronicznej analfabetce spodoba się taki Grey i sięgnie po podobne powieści (a mniej lub bardziej ambitnych romansideł jest legion). Kroczek po kroczku, kamyczek po kamyczku :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s