„Kancelaria” John Grisham

John Grisham sytuuje się w czołówce najlepiej zarabiających pisarzy świata. Miliony sprzedanych powieści, ekranizacje („Raport Pelikana” pamiętacie? Albo „Ławę przysięgłych”?), wywiady, nagrody – po prostu sława pierwszej próby. I, co ważne a nie tak często spotykane, zna się na rzeczy: prócz pisania książek sensacyjno-prawniczych jest adowkatem, a specjalizuje się w prawie karnym. Choć nie zaliczam się do entuzjastycznych wielbicieli powieści kryminalnych, to na hasło „Grisham” wyraziłam uprzejme zainteresowane, uzewnętrznione hasłem „Dawać no mi tutaj tę strawę intelektualną”.

Zatem. Kancelaria „Finley i Figg” nie należy do najbardziej prominentnych w Chicago. Oscar Finley i Wally Figg zajmują się pomniejszymi i mało dochodowymi sprawami – głównie rozwody, spadki i testamenty oraz pozwy związane z wypadkami drogowymi (na marginesie: gdy w Chicago zderzą się dwa samochody, błyskawicznie na miejscu zdarzenia pojawią się adwokaci, wymachujący wizytówkami i oferujący swoje… usługi). Do tego reklamują się na odwrocie kart do gry w bingo. Wally co prawda od czasu do czasu występuje z propozycją rewolucyjnego pozwu, który ma przynieść obu wspólnikom (oraz ich sekretarce, a zarazem eks-klientce, nieustępliwej pani Rochelle Gibson) grube miliony, ale bezskutecznie. Do czasu, gdy na scenie pojawia się krayoxx, lek obniżający poziom cholesterolu. Wieść niesie, że krayoxx zamiast leczyć, może powodować zawały serca. Wally wpada na genialny pomysł – pozwijmy producenta leku, Varrick Laboratories ,farmaceutycznego giganta! Miliony czekają! A zanim miliony, przy okazji, równo z Varrick Laboratories na scenę wkracza trzeci prawnik, David Zinc, młody-zdolny, który w desperacji rzuca pracę w prominentnej firmie. Przypadkiem trafia do Finleya i Figga i o dziwo, dobrze się tam odnajduje.  Tylko że łatwy pozew w sprawie krayoxxu i pieniądze na wyciągnięcie ręki okazują się być dużo trudniejsze, niż się wydaje…

To nie jest powieść o spektakularnym procesie, przemyślanych sztuczkach na sali sądowej, asach wyciąganych w ostatniej chwili z rękawa i błyskotliwych przemowach przed radą przysięgłych. To powieść o tym, jak mała kancelaria rzuciła się na zbyt dużego rekina i jak widowiskowo nie daje sobie rady. Trzeba przyznać, że to oryginalne podejście w odróżnieniu od efektownych książek o procesach, które dotychczas czytałam. Tylko bez paniki, nie będzie takiej totalnej klapy – David pokaże, na co go stać. W sumie, dla samej postaci Davida właśnie warto sięgnąć po „Kancelarię”.

Jak to się ładnie mówi, polecam fanom gatunku – ale nie tylko, bo naprawdę warto poznać prawnicze realia w USA. W Stanach funkcjonuje to zupełnie inaczej niż w Europie, procesować się naprawdę można o wszystko (pozdrowienia dla wszystkich, którzy chodzili ze mną na kurs „Kultury prawne  Europy, islamu Dalekiego i Wschodu”). Ogółem, wygląda zatem na to, że Grisham trzyma fason – i oby tak dalej.

2 thoughts on “„Kancelaria” John Grisham

  1. Wolę zdecydowanie spektakularne procesy i przemyslane sztuczki na sali sądowej. Dla mnie to taki Grisham wagi lekkiej, ale miło zauważyć, że trzyma poziom, choć do „Zeznania” tej powieści daleko.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s