„Lustra miasta” Elif Şafak

Elif Şafak lubiłam bardzo. Zaczęłam od „Pchlego pałacu” (przed erą bloga), był też „Bękart ze Stambułu” i „Czterdzieści zasad miłości”. Magiczna zabawa słowem i najbardziej klimatyczne opisy ever. Tym razem też miało być, innymi słowy, pięknie – nie było.

„Lustra miasta” to opowieść o mniej lub bardziej powiązanych ze sobą osobach, między Madrytem a Stambułem w połowie XVII wieku. W części hiszpańskiej jest więc inkwizytor Alonso Perez de Herdera, który postępuje zgodnie z nakazem Głosu. Głos nakazuje mu tępić grzeszników i ustami Alonsa wygłasza płomienne kazania (hm… Savonarola zza grobu?). Mamy także rodzinę Pereirów: szanowany lekarz Antonio, jego piękna i niedostępna – czy raczej: wyobcowana – żona Isabel, plus brat Miguel, rodzinna czarna owca. Elena Rodriguez, niepocieszona kobieta, która straciła dziecko i swoje macierzyńskie tęsknoty przelewa na synka Antonia i Isabel. Beatriz Blasquez, nieszczęśliwie zakochana w Miguelu. Pojawia się też – to już w Stambule – derwisz Şeyh Süleyman, rabbi Jakub i cała dzielnica żydowska. Wszyscy mają swoje sekrety i pragnienia, wzajemnie ze sobą kolidujące. Miasto, inkwizycja, zakazana miłość – niby przepis na sukces.

Co poszło nie tak? Wydaje się momentami, że fabuła jest tylko pretekstem, tłem dla egzaltowanych opisów. Metafory piętrzą się jedna za drugą, a każda kolejna jest jeszcze bardziej natchniona. Królują wśród nich personifikacje: odczuwające emocje drzewa, księżyc, rzeka i oczywiście tytułowe miasto luster usuwają w cień „ludzkich” bohaterów: Isabel, Miguela, Antonia…

Dwie małe próbki, proszę bardzo:

„Czasem, gdy wszystko wokół mieni się tysiącem barw, jak na obrazku namalowanym przez dziecko obdarzone nieograniczoną fantazją, jedna rzecz, czy to pośrodku, czy gdzieś z boku, razi oko upartą czernią. Takim właśnie jedynym czarnym punktem wśród ferii kolorów była postać kobiety, prowadzącej za rączkę chłopczyka. Może pędzel małego malarza, nanosząc farbę, pominął ich w chwili nieuwagi, albo gruby pancerz, w który byli zakuci, zatrzymał potoki barw, a może należeli do innego obrazka i znaleźli się tu przypadkiem?”*

„Tej nocy sierp księżyca kaprysił jak dziecko, któremu wyrzynają się ząbki. Obrzmiałe, zaczerwienione dziąsła pocierał wszystkim, co mu wpadło w ręce. Ogryzał noc, nieświadom, że wraz z jej ubywaniem ubywa także jego samego”**

Obolałe dziąsła księżyca?! Na litość. Przesada. Nie chodzi o to, że metaforyczne opisy są złe, tylko trzeba znać umiar. Za dużo tych duchów, zjaw, diabłów w kuchni, tajemniczych głosów, a za mało ludzi. Miałam wrażenie, jakbym czytała pierwsze wiersze młodocianego poety – zdradzającego talent, ale nadmiernie rozmiłowanego we własnych słowach. Co więcej, historie poszczególnych bohaterów „Luster…” są niedokończone, urwane, rozmyte. Takie niewiadomoco. Poziom rozczarowania: +10.

Jest jedna rzecz, która mnie pocieszyła, a którą odkryłam po przeczytaniu: to jedna z pierwszych powieści Autorki. Później było już tylko lepiej – tylko ja czytałam nie w tej kolejności, co trzeba. Uff, jest światło w tunelu.

PS.  Niemniej, dziękuję Natalii za pożyczenie. A dokładniej rzecz ujmując, Masaji via Natalia :)

* Elif Şafak, „Lustra miasta”, przeł. Anna Akbike Sulimowicz, Wydawnictwo Literackie, Kraków  2011, s. 102.
** Tamże, s. 325.

„Ogrody księżyca” Steven Erikson

Pracowicie nadrabiam klasykę fantastyki. Po troszku, po kawałeczku, brnę – ale do przodu. O „Malazańskiej księdze poległych” słyszałam nieraz, brzmiało obiecująco. Niestraszne mi kilkunastotomowe cykle, ani tym bardziej grube poszczególne części. Zupełnie nowy świat, nowe rasy, mapa, te sprawy – pewnie, bardzo lubię high fantasy. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności wpadła mi w łapki pierwsza część cyklu o Imperium Malazańskim – „Ogrody księżyca” (i z góry dziękuję Piotrkowi za pożyczenie). Jeee, będą smoki i inne fajne!

O czym toto? Ech, i tu zaczyna się problem. Bo można stwierdzić, że to powieść o podbojach Imperium Malazańskiego i w zasadzie wystarcza to za zarys fabuły. Gdyby jednak próbować rozpisać się na poszczególnych bohaterów, och, to już wyzwanie. Cała zgraja czarodziejów, żołnierzy, agentów, alchemików, spiskowców, zwierząt, bóstw daje się ogarnąć dopiero po długim czasie. Albo wcale. Przyboczna Lorn, kapitan Paran, czarodziejka Tattersail, władca Odprysku Księżyca (och och jakaż nazwa!) Anomander Rake, sierżant Sójeczka, rekrutka Żal, mag Loczek, mag Tayschrenn, wielka pięść Dujek, a jeszcze nie dotarliśmy do połowy książki – będzie jeszcze cała ekipa z Darudżystanu… Porównując choćby z „Grą o tron” (gdzie również występuje sytość i obfitość postaci), naprawdę trudno było poukładać sobie, kto, co i po co.

Mam jeszcze jeden zarzut: mianowicie, nie przepadam za tak jawną i nachalną ingerencją bóstw. To kwestia gustu – po prostu czuję, że „naturalny” (przy wszystkich magach i smokach) porządek rzeczy zostaje zakwestionowany. Dwukrotnie byłam przekonana, że dany bohater zginął, a jednak powrócił sprzed bramy Kaptura (tak, to bóg śmierci). Ilość ascendentów, ścieżek i grot (skomplikowana teoria magii Eriksona po głębszym zastanowieniu jest jednak dość logiczna) trochę mnie przerosła. Bez glosariusza niechybnie bym się pogubiła i wielokrotnie straciła wątek.

Mniej więcej w jednej trzeciej lektury ostrożnym, acz nieco zrezygnowanym tonem powiedziałam Piotrkowi , że nieco mi się dłuży. Na co Piotrek, że bez paniki – dwunasty tom już naprawdę wciąga :) Niepomna na tę entuzjastyczną zachętę, zaparłam się i skończyłam. Gryzłam kartki, metaforycznie rzecz ujmując, ale dotarłam byłam do ostatniej strony. Nie lubię nie kończyć książek. I wiecie co? Podejmuję wyzwanie drugiej części. Aż do dwunastej.

„Wład Palownik. Prawdziwa historia Drakuli” C. C. Humphreys

Powieść o mrocznym Władzie Palowniku dostałam już ho, ho, temu – ale czekała na specjalną okazję. Są książki, które nade mną wiszą i proszą „teraz ja! teraz ja!”, są też takie, które sama sobie odkładam zgodnie z zaleceniami Kubusia Puchatka – najmilsza jest ta chwila, zanim się zje miodek. „Wład Palownik. Prawdziwa historia Drakuli” zalicza się stanowczo do tej drugiej kategorii. Tłusta, historyczna, z mroczną legendą w tle – zapowiadało się wybornie.

Koncept całości jest może troszkę naciągany, ale nic to. Otóż w zamku Poenari, dawnej twierdzy Drakuli, pięć lat po śmierci Włada zbiera się rodzaj sądu. Cel – ustalenie jedynej słusznej prawdy dzięki zeznaniom trójki świadków: najlepszego przyjaciela Palownika, jego ukochanej i spowiednika. Przedstawiają losy Draculi od niewoli na dworze sułtana Murada II po śmierć na polu bitwy. Sędziowie mają rozstrzygnąć, czy Drakula, przez wielu uznany za diabła, rzeczywiście był demonem w ludzkiej skórze czy to raczej okrutny los ukształtował go tak, a nie inaczej. Czy miał wybór stać się kimś innym? Humpreys nie narzuca swojego zdania, tylko pozwala czytelnikom na odnalezienie własnej odpowiedzi. Mojej opinii na ten temat do końca nie zdradzę – coby Wam nie psuć książki.

Niemniej fakty historyczne są, jakie są. Hospodar Wołoszczyzny wiedział, że jego poddani nie będą go miłować; postanowił więc rządzić za pomocą strachu. Makabryczna praktyka nabijania na pal, wyuczona w tureckiej twierdzy katowskiej, przyniosła mu przydomek „Kazykły Bej” albo „Ţepeş”, czyli właśnie Palownik. Czytaliście „Religię” Tima Willocksa (skądinąd rewelacyjną)? Krwawe było? No, to „Religia” to pikuś w porównaniu z „Władem”. Parę razy odkładałam książkę z obrzydzeniem. Nie o to chodzi, że wszystkie płyny ustrojowe leją się hektolitrami – nie od dziś wiadomo, że obrzydliwe książki mnie fascynują. Chodzi o to, że tym razem zdarzyło się to naprawdę.

Jedno mam jeszcze zastrzeżenie: zakończenie. Nijak mi tu nie przystaje, bo nie pozwala się taplać w gorzkiej legendzie aż do końca. Cóż, kwestia gustu. Prócz odrobinę naciąganej konstrukcji ze świadkami i końcówki to naprawdę świetna książka. Duże wrażenie zrobiła na mnie bibliografia (tak, czytam bibliografie, czasem nawet korzystam). Wielbiciele tłustych historycznych powieści będą usatysfakcjonowani. Ja jestem.

„Dobry syn” Michael Gruber

„Genialny klimat”, „świetnie napisana”, „błyskotliwa”, „zaskakująca” . Tyle się nasłuchałam peanów na dzień dobry, zanim jeszcze otworzyłam książkę. Zawsze trochę się obawiam takich rekomendacji – nastawiam się na, nie bójmy się tego słowa, epickie i mocarne przeżycia czytelnicze, a potem przychodzi tylko gorzkie rozczarowanie. A że dodatkowo mudżahedini, Pakistan, ABN i terroryzm to potencjalnie nie jest moja bajka, byłam nieufna.

Trudno na szybko streścić, o co chodzi, bo wątków jest dużo, a zbycie każdego z nich jednym zdaniem wydaje mi się niesprawiedliwe. Wszystko splata się ze sobą subtelnie i przemyślnie – od wąskich korytarzy siedziby Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, przez rozległe krajobrazy Pakistanu, po zatłoczone uliczki egzotycznego Lahaur. Łączy je jedno dramatyczne wydarzenie: międzynarodowa grupa naukowców zostaje porwana przez grupę mudżahedinów. Wśród nich jest Sonia Bailey, pisarka obłożona fatwą (ma na sumieniu między innymi wyprawę do Mekki w męskim przebraniu) i o bardzo skomplikowanej przeszłości. Mudżahedini wysuwają standardowe żądania i grożą, że będą mordować zakładników. Sonia ma jednak swojego obrońcę, nieustraszonego żołnierza sił specjalnych USA, który zrobi wszystko, by ją uratować. Theo Bailey, jedyny syn Soni, planuje wyrafinowaną intrygę, byle tylko móc pojechać do rodzinnego Lahaur i pomóc matce. Jest jeszcze – pozornie niezwiązana z Sonią i Theo – Cynthia Lam, ambitna i diablo inteligentna specjalistka ds. języków arabskich ABN. Panna Lam przechwytuje enigmatyczną rozmowę telefoniczną, z której wynika, że jedna z rozlicznych organizacji mudżahedinów planuje zamach terrorystyczny. W grę wchodzi 75 kilogramów skradzionego uranu – dzięki niemu można skonstruować potężną bombę. Co więcej, Cynthia przypadkiem dowiaduje się o jakiejś tajnej akcji CIA. Czasem zbyt duża wiedza to zgubna wiedza…

Słuchajcie, to dopiero początek. Michael Gruber po kawałeczku, po jednym kęsku odkrywa przed czytelnikami losy swoich bohaterów, oszczędnie dawkując informacje. Świetnie zaostrza apetyt, rozbijając opowieść na dwa plany czasowe: historię Theo i Soni poznajemy dwutorowo, w teraźniejszości i w przeszłości. „Dobry syn” to też nie tylko sensacyjna książka o terrorystach, reklamowana na okładce jako thriller polityczny, ale też swego rodzaju refleksja nad kulturą islamu. Będzie o zacofaniu i o sufizmie, pojawi się fanatyczny konserwatyzm i religijne uniesienia (bardzo piękne – od razu skojarzyło mi się „Czterdzieści zasad miłości”). Co do innych nawiązań, momentami przypominało mi to „Chłopca z latawcem” Khaleda Hosseiniego, (tak tak, wiem, Afganistan i Pakistan to co innego, ale chodziło mi o wątek przyjaźni Theo i Wazira). Kłaniam się też w stronę tłumacza* – bardzo mi zaimponował przekład idiolektów konkretnych postaci (zwłaszcza żołnierskiej amerykańskiej ekipy, fajne chłopaki). Cieszyłam się każdą stroną – tym razem peany faktycznie były na miejscu. Dołączam zatem do chóru piejącego na cześć prozy Grubera. Genialny klimat, świetnie napisana, błyskotliwa, zaskakująca.

*Michael Gruber, „Dobry syn”, przeł. Andrzej Grabowski, Świat Książki, Warszawa 2011.

„Pięćdziesiąt twarzy Greya” E L James

Otwieram lodówkę, a tu… Christian Grey. Naprawdę, jeszcze zanim książka trafiła do polskich księgarń, było głośno. Najpierw natknęłam się na artykuł w tonie lamentacyjnym (w stylu „kobiety tyle się namęczyły, żeby się wyzwolić, a tu powrót do starego układu pan-poddana, ach ten patriarchat”), potem ktoś się pytał na forum Biblionetki, o co idzie z tym Greyem, a gdy wreszcie mój luby zapytał, czy ja to kojarzę, to doszłam do wniosku, że chyba jednak się pochylę nad tematem. Mimo wszystko lubię być na bieżąco.

Tylko dla porządku dwa słowa, o co się rozchodzi fabularnie. Anastasia „Ana” Steele właśnie kończy studia. W zastępstwie za chorą przyjaciółkę przeprowadza wywiad do uczelnianej gazetki z bosko przystojnym i obłędnie bogatym Christianem Greyem, multimilionerem i prezesem Grey Enterprises Holding Inc. Wiadomo, iskry lecą, niby nie są dla siebie, ale nawiązują skomplikowaną relację. Nie, „skomplikowane” to mało powiedziane… Będą szpicruty, kajdanki i klapsy – o ile Ana podpisze umowę między Panem a Uległą. W całości przytoczoną w książce, rzecz jasna.

Można odnieść wrażenie, że cała fabuła to tylko błahy przerywnik między scenami mniej lub bardziej wyrafinowanego seksu, a jest ich zaprawdę dużo (podziwiam wytrzymałość mister Greya. Viagra jak nic). Bohaterka średnio co cztery strony „rozsypuje się na milion kawałków”, „traci wszelkie poczucie siebie”, jęczy i miauczy. No błaaagam, litości. Jedyne, co mi się nawet podobało, to nieustanne odniesienia Any do jej „wewnętrznej bogini” (w stylu „moja wewnętrzna bogini wykonuje mistrzowski skok o tyczce”, ofkors w odpowiedzi na aprobujące słowa i gesty Christiana). A poza tym – smutna grafomania. Określenia w stylu „adonis, który z gracją zajmuje jeden z białych skórzanych foteli” i „moje imię na jego ustach wysyła mnie w przepaść” zapełniają strony (między jękami i miaukami) jedna za drugą, a gdy sobie uświadomimy, że tych stron jest grubo ponad tysiąc w całej trylogii (strzeżcie się, dwie kolejne części w natarciu), chciałoby się zakrzyknąć „Zgroza, zgroza!”.

Od totalnego potępienia odwodzi mnie jedna rzecz: ludzie to czytają. A jak już kiedyś pisałam, każda, nawet najbardziej miałka i tępa lektura daje szansę, że czytelnik sięgnie po coś lepszego, ambitniejszego. Albo chociaż będzie miał do czynienia z dłuższą wypowiedzią pisemną, a to zawsze ubogaca…

…prawda?

„Anioł stróż” Nicholas Sparks

O Nicholasie Sparksie słyszałam już laaata temu, bodajże w odmętach podstawówki koleżanka z entuzjazmem streściła mi „Jesienną miłość”. Łatwo się domyślić, że skoro już poznałam fabułę, to nie przeczytałam później tej książki. O uszy mi się obił też „Pamiętnik” (a zwłaszcza ekranizacja i ścieżka dźwiękowa) i „List w butelce”, niemniej mnie i Sparksowi jakoś nie było po drodze. Ale na tegorocznych wakacjach dostała się w moje łapki jedna z nowszych powieści, czyli właśnie „Anioł stróż”.

Julie zostaje wdową w wieku 25 lat. Bardzo ciężko jest jej pozbierać się po stracie ukochanego Jima, ale może liczyć na pomoc przyjaciół, zwłaszcza najlepszego kumpla męża, Mike’a. Nieodłącznym towarzyszem Julie staje się też jej tytułowy anioł stróż – wielki dog niemiecki imieniem Śpiewak, którego podarował jej Jim. Po pewnym czasie dziewczyna jest już gotowa spotkać nową miłość – i wtedy na horyzoncie pojawia się przystojny romantyk, Richard. Obsypuje Julie prezentami, zaleca się elegancko i w zasadzie wydaje się ideałem, ale dziewczyna intuicyjnie wyczuwa, że coś z nim jest nie tak. Zwłaszcza, że Śpiewak podchodzi do Richarda bardzo niechętnie. W przeciwieństwie do Mike’a, który z kolei chciałby być więcej niż tylko przyjacielem Julie…

Nicholas Sparks zamierzył tę powieść jako połączenie thrillera i romansu, ale jak dla mnie, to wyszło mu za bardzo ani jedno, ani drugie. Rozwój intrygi wydawał się dość oczywisty i przewidywalny, więc z oczekiwanego suspensu nici. Może tylko w drugiej połowie książki, kiedy akcja nieco przyspiesza, poczułam się kilkakrotnie zaskoczona. A poza tym, cóż, mało wymagająca lektura na odmóżdżenie. Tylko Śpiewak uroczy.

PS. I dziękuję za pożyczenie Kindze i Zosi.

„Biblioteka Cieni” Mikkel Birkegaard

Książki o książkach (tajemniczych rękopisach/manuskryptach etc.) to szczególnie bliski mojemu sercu typ literatury . Ostatnio nie miałam szczęścia, bo inspirowane Makbetem „Wciąż mnie prześladują” trochę mnie rozczarowało. „Biblioteka Cieni” to powieść duńska, a że te rejony są dla mnie książkowo obce, to byłam nastawiona bardzo pro.

A tu, ujmując rzecz dosadnie a dokładnie, lipa.

Do rzeczy. Cała intryga zasadza się na niezwykłych umiejętnościach członków tzw. Towarzystwa Bibliofilskiego. Potraktujcie je jako zrzeszenie bibliotekarzy-X-menów, i to dwojakiego sortu X-menów: są nadawcy, którzy potrafią poprzez głośne czytanie wpłynąć na słuchających, oraz odbiorcy, słyszący w swojej głowie każdy czytany w pobliżu tekst. Część bibliofilskich X-menów wykorzystuje swoje talenty na rzecz propagowania czytelnictwa, ale mroczy odłam (zwany oryginalnie, bo Organizacja Cieni) woli skupiać się na przejmowaniu władzy nad światem. W konflikt między nadawcami i odbiorcami oraz między dobrymi X-menami a złymi X-menami wplątuje się Jon Campelii, młody prawnik o traumatycznej przeszłości. Powieść zaczyna się, gdy ojciec Jona, właściciel antykwariatu „Libri di Luca”, zostaje znaleziony martwy pośród swoich ukochanych książek. W grę wchodzi tylko morderstwo – tylko kto go dokonał? Tak, zgadliście, Organizacja Cieni.  I w ten sposób Jon, który od lat nie miał kontaktu z rodzicielem, poznaje zupełnie nowy świat. Odkrywa swoje dziedzictwo i potężną moc nadawcy. Do tego będzie musiał się rozliczyć z duchami przeszłości, ocalić nowo poznaną miłość i uratować świat. Pestka.

Brzmi epicko, ale całokształt wypada blado i naciąganie. Sama koncepcja wpływania na ludzi poprzez książki (w inny niż tradycyjny sposób) wydaje się kuszącym punktem wyjścia, ale realizacja nie powala. Konstrukcja postaci płytka, czarne charaktery nijakie, ani demoniczne, ani złożone. Rozwiązanie akcji bardzo mocno kojarzyło mi się z „Klubem Dumasa”, ale tu porównanie wypada na niekorzyść „Biblioteki Cieni” („Klub Dumasa” to klasa sama w sobie). Spokojnie można odpuścić.

PS. No i nie ma Wolverine’a.

„Katarzyna Wielka. Gra o władzę” Ewa Stachniak

Powieści historycznych o kobietach nigdy dość, ale ta jest wyjątkowa. Nie chodzi tylko o to, że polecała ją Oprah Winfrey, nie o to, że napisała ją Polka (po angielsku, ale autoryzowała tłumaczenie), nie o niezwykłą bohaterkę. Chodzi o to – uprzedzę i zeznam od razu – że to jest po prostu świetna książka.

Do Katarzyny Wielkiej zawsze żywiłam mieszane uczucia – owszem, wielka i potężna, rządziła żelazną ręką i podparła „armią marmurowe Piotra stropy”, ale z drugiej strony naród polski ma jej trochę za złe, mówiąc oględnie. I nie mam tu na myśli romansu z przyszłym królem, Stanisławem Augustem Poniatowskim.

Niemniej, w książce Ewy Stachniak można poznać Katarzynę z nieco innej strony. Całość zaczyna się w 1744 roku, a główną narratorką jest nie przyszła imperatorowa, a Barbara (Warwara) Nikołajewa. To młodziutka Polka, córka introligatora, która po śmierci rodziców otrzymuje pracę jako jedna z nadwornych szwaczek. Ówczesna caryca, Elżbieta Piotrowa (córka Piotra I), nie nosi żadnej sukni dwa razy, więc Barbara ma pełne ręce roboty… posiada też inne talenty: jest cierpliwa, potrafi słuchać, ma dobrą pamięć. Potrafi te cechy dostrzec kanclerz Bestużew, który szkoli Warwarę na szpiega. Dziewczyna staje się jedną z wielu agentek na carskim dworze i doskonale sobie radzi. Jej prawdziwe i wielkie zadanie rozpocznie się jednak wtedy, gdy na dwór zawita nowa kandydatka na żonę następcy tronu. Zofia Anhalt-Zerbst, czternastoletnia i trochę nieśmiała, potrafi zjednać sobie Warwarę. Udaje się jej też przekonać carycę Elżbietę – zwłaszcza, gdy na chrzcie prawosławnym przyjmuje imiona Katarzyna Aleksiejewna. Choć małżeństwo z wielkim księciem Piotrem (później: car Piotr III, ale krótko panował, zgadnijcie, dlaczego) jest nieszczęśliwe i trudne, Zofia-Katarzyna potrafi przetrwać. A gdy sięgnie po władzę, Europa zatrzęsie się w posadach.

Co ciekawe, Warwara nie przedstawia nam Katarzyny takiej, jaką znamy z historii – a przynajmniej pozornie. Obie bohaterki zaprzyjaźniają się, o ile można tu mówić u przyjaźni. Czy jednak przepaść między nimi nie jest zbyt wielka, tego nie śmiem zdradzić. Nie widać w powieści jakiejś szczególnej transformacji — mam tu na myśli, że Autorka nie pokazuje kroczek po kroczku przemiany Katarzyny z zalęknionego kaczątka w imperatorową. To dzieje się tak nagle i niespodziewanie – a może po prostu tak odbiera to Warwara, a my z nią.

Uwielbiam książki, które dzieją się na dworach królewskich. Te wszystkie gierki, intrygi… będąc władcą, trzeba wiedzieć, kto z kim sypia, co potajemnie kupuje, z kim spiskuje, co jada. Tu mamy dworskie machinacje pierwszej klasy. Fenomenalna powieść, świetnie napisana, niepokojąca, bardzo „oświecająca” (w sensie, dużo szczegółów historycznych, ale wykwitnie podanych). Dalszy ciąg w planach, a ja w międzyczasie sięgnę po pozostałe książki Ewy Stachniak – mam bodajże na półce „Ogród Afrodyty”.

PS. A tu muzyczne nawiązanie. Można słuchać i czytać jednocześnie.

„Kancelaria” John Grisham

John Grisham sytuuje się w czołówce najlepiej zarabiających pisarzy świata. Miliony sprzedanych powieści, ekranizacje („Raport Pelikana” pamiętacie? Albo „Ławę przysięgłych”?), wywiady, nagrody – po prostu sława pierwszej próby. I, co ważne a nie tak często spotykane, zna się na rzeczy: prócz pisania książek sensacyjno-prawniczych jest adowkatem, a specjalizuje się w prawie karnym. Choć nie zaliczam się do entuzjastycznych wielbicieli powieści kryminalnych, to na hasło „Grisham” wyraziłam uprzejme zainteresowane, uzewnętrznione hasłem „Dawać no mi tutaj tę strawę intelektualną”.

Zatem. Kancelaria „Finley i Figg” nie należy do najbardziej prominentnych w Chicago. Oscar Finley i Wally Figg zajmują się pomniejszymi i mało dochodowymi sprawami – głównie rozwody, spadki i testamenty oraz pozwy związane z wypadkami drogowymi (na marginesie: gdy w Chicago zderzą się dwa samochody, błyskawicznie na miejscu zdarzenia pojawią się adwokaci, wymachujący wizytówkami i oferujący swoje… usługi). Do tego reklamują się na odwrocie kart do gry w bingo. Wally co prawda od czasu do czasu występuje z propozycją rewolucyjnego pozwu, który ma przynieść obu wspólnikom (oraz ich sekretarce, a zarazem eks-klientce, nieustępliwej pani Rochelle Gibson) grube miliony, ale bezskutecznie. Do czasu, gdy na scenie pojawia się krayoxx, lek obniżający poziom cholesterolu. Wieść niesie, że krayoxx zamiast leczyć, może powodować zawały serca. Wally wpada na genialny pomysł – pozwijmy producenta leku, Varrick Laboratories ,farmaceutycznego giganta! Miliony czekają! A zanim miliony, przy okazji, równo z Varrick Laboratories na scenę wkracza trzeci prawnik, David Zinc, młody-zdolny, który w desperacji rzuca pracę w prominentnej firmie. Przypadkiem trafia do Finleya i Figga i o dziwo, dobrze się tam odnajduje.  Tylko że łatwy pozew w sprawie krayoxxu i pieniądze na wyciągnięcie ręki okazują się być dużo trudniejsze, niż się wydaje…

To nie jest powieść o spektakularnym procesie, przemyślanych sztuczkach na sali sądowej, asach wyciąganych w ostatniej chwili z rękawa i błyskotliwych przemowach przed radą przysięgłych. To powieść o tym, jak mała kancelaria rzuciła się na zbyt dużego rekina i jak widowiskowo nie daje sobie rady. Trzeba przyznać, że to oryginalne podejście w odróżnieniu od efektownych książek o procesach, które dotychczas czytałam. Tylko bez paniki, nie będzie takiej totalnej klapy – David pokaże, na co go stać. W sumie, dla samej postaci Davida właśnie warto sięgnąć po „Kancelarię”.

Jak to się ładnie mówi, polecam fanom gatunku – ale nie tylko, bo naprawdę warto poznać prawnicze realia w USA. W Stanach funkcjonuje to zupełnie inaczej niż w Europie, procesować się naprawdę można o wszystko (pozdrowienia dla wszystkich, którzy chodzili ze mną na kurs „Kultury prawne  Europy, islamu Dalekiego i Wschodu”). Ogółem, wygląda zatem na to, że Grisham trzyma fason – i oby tak dalej.

„Zanim zasnę” S. J. Watson

Wyobraźcie sobie, że budzicie się rano i nie wiecie, gdzie jesteście. Nie pamiętacie nic z poprzedniego dnia, z poprzedniego tygodnia… „najbliższe” wspomnienie kołacze gdzieś w okolicach dzieciństwa. Nie wiecie nawet, kim tak do końca jesteście. W łóżku, obok, leży obca osoba. W lustrze zupełnie nieznajoma, stara twarz. Witajcie w świecie Christine Lucas.

Jej koszmar trwa dwadzieścia lat, od tragicznego wypadku. Utraciła część swoich wspomnień, a co gorsza, jej mózg (upraszczając) nie jest w stanie zapisywać nowych wspomnień. Od tamtej pory Christine codziennie musi na nowo dowiadywać się, kim jest. Patrzy na fotografie swoje i męża i zupełnie nie pamięta, jak go poznała. Czy miała jakiś przyjaciół. Jakąś rodzinę. Kim była przed wypadkiem.

Straszne? Owszem. A teraz uświadomcie sobie jeszcze jedną rzecz – Christine można wszystko wmówić. Nie pamięta nic z wczoraj, a dzień dzisiejszy również pójdzie w zapomnienie. Jest całkowicie zależna od męża. Czy ukochany Ben mówi jej wszystko? Czy jest szansa na jakąkolwiek poprawę jej stanu? I jak jej może pomóc doktor Nash, neuropsycholog, z którym Christine spotyka się w tajemnicy przed mężem?

Pytania mnożą się jedno za drugim – bo „Zanim zasnę” to taki trochę neuro-triller, z zaskakującym odkrywaniem własnej przeszłości. Dzięki pamiętnikowi, który prowadzi Christine, razem z bohaterką odkrywamy coraz to nowe fakty i wspomnienia, które czasem ją „nachodzą”. Ale czy są prawdziwe, czy to tylko mętne wizje?

Wstrząsające. Zwłaszcza, jak sobie uświadomić, jakie konsekwencje niesie ze sobą nietworzenie nowych wspomnień. Christine ma problemy z poruszaniem się po współczesnym świecie (prawie codziennie trzeba jej tłumaczyć, czym jest telefon komórkowy) – zupełnie jak ktoś, kto zawitał do rzeczywistości po trzydziestu latach izolacji na Antypodach. A najgorsze jest to, że na pierwszej stronie swojego pamiętnika zapisuje „Nie ufać Benowi” – ale nie pamięta, dlaczego… Naprawdę, niesamowity koncept. Koniecznie.

PS. Planują ponoć ekranizację – może być z tego niezły film… sensacyjny!