„Strasznie głośno, niesamowicie blisko” Jonathan Safran Foer

O filmie słyszałam już ho, ho, temu – głównie entuzjastyczne komentarze, ale jakoś umknął mi fakt, że to ekranizacja powieści. A tu proszę, jeszcze mi w łapki wpadła, grzech nie przeczytać.

Niech nie zwiodą Was komentarze, że to książka o World Trade Center. Raczej o tym, jak uporać się ze stratą najbliższej osoby – bo ojciec Oskara Schella zginął właśnie podczas ataku na WTC. Nawet nie pracował w żadnej z wież, tylko po prostu miał tam spotkanie. Sam Oskar, lat dziewięć, to postać niezwykła – na wizytówce skrupulatnie wyliczył wszystkie swoje profesje:

„Wynalazca, projektant biżuterii, wytwórca biżuterii, entomolog amator, frankofil, weganin, wytwórca origami, pacyfista, perkusista, astronom amator, konsultant komputerowy, archeolog amator, kolekcjoner rzadkich monet, motyli, które zmarły śmiercią naturalną, miniaturowych kaktusów, pamiątek po Beatlesach, półszlachetnych kamieni i innych rzeczy.”

Ergo, geniusz, i jak każdy geniusz, jest nieco odmienny od reszty ludzi. W każdym razie, gdy znajduje w gabinecie ojca małą kopertę z napisem „Black”, a w niej klucz, czuje się w obowiązku odkodować ostatnią zagadkę Thomasa Schella. Tym samym postanawia odwiedzić wszystkich Blacków w Nowym Jorku, w porządku alfabetycznym, jeśli idzie o imiona. Może to robić tylko w soboty, pod pozorem chadzania na lekcje francuskiego, więc zajmuje mu to kilka miesięcy. Poznaje przy tym plejadę osobowości, nawiązuje nowe przyjaźnie, ale wciąż nie zbliża się do rozwiązania tajemnicy, a śmierć ojca coraz bardziej ciąży mu na duszy.

Historia Oskara przeplatana jest rozdziałami, w których narratorami są jego babcia i dziadek. Obydwoje pochodzą z Drezna i przeżyli koszmar drugiej wojny światowej. I nie wiem, co gorsze: to, że ich opowieści tcną tak bezdennym smutkiem, czy to, że zupełnie mnie nie poruszyły. To zresztą problem przy całej powieści – proszę Was, opowieść o lekko autystycznym chłopcu, który poszukuje wiadomości od zmarłego ojca, a ja nie uroniłam ani jednej łzy? Po prostu przeszłam prawie obojętnie? Dziwne. Cóż, najwyraźniej nie mój klimat. Trochę przypominało mi to „Dziwny przypadek psa nocną porą” Marka Haddona, który mi się nie bardzo podobał. Jest i nutka w stylu „Forresta Gumpa”, ale nutka zaledwie – bardziej szesnastka niż półnuta. Na plus zaliczam bardzo ciekawą oprawę graficzną – nadaje książce charakteru.

A, jednak wróć. Korespondencja ze Stephenem Hawkingiem trochę chwyta za serducho. Ale nawet to nie ratuje całokształtu.

PS. Dziękuję Moni za pożyczenie.