„The First Chronicles of Druss the Legend” David Gemmell

Jak wiecie, od czasu do czasu lubię coś poczytać w najpiękniejszym języku obcym świata – czyli po angielsku. Zazwyczaj są to powieści historyczne (jak tutaj czy tutaj), ale tym razem odkopałam (znów dzięki remontowi) zapomnianą książeczkę z gatunku heroic fantasy. Są wakacje, to lecimy herosami – czemu nie.

To zaledwie część tzw. „Sagi Drenajów” Gemmella, skądinąd popularnego angielskiego pisarza fantasy. Niech Was nie zmyli określenie „First”, bo to w zasadzie prequel, ale chronologicznie w sadze to część czwarta, wydana jako szósta – ogółem, lekkie zamieszanie. W lekturze owo zamieszanie nie przeszkadza to ani trochę; nietrudno połapać się w geografii i ogólnym zarysie świata, wykreowanym przez Gemmela. Główny bohater, nieco mrukliwy i nieskomplikowany mięśniak, mieszka z ojcem i macochą w odległej wioseczce w górach Drenai. Pozostali mieszkańcy nie lubią Drussa, wręcz się go obawiają – jedyną osobą, która potrafi zbliżyć się do naszego bohatera, jest jego ukochana żona Rowena. Ich w miarę spokojne życie kończy się, gdy na wioskę napadają handlarze niewolników, paląc domy i porywając wszystkie kobiety. Ocalał jedynie Druss i jedna z dziewcząt. Nasz bohater poprzysięga zemstę i rusza na ratunek ukochanej, dość lekkomyślnie, bo jego plan zakłada dogonienie porywaczy i stawienie im czoła w pojedynkę. Na szczęście na drodze Drussa staje Shadak, który również ściga krwiożerczą bandę – szuka pomsty za syna. Tym samym Druss zyskuje przyjaciela i mentora, który pomoże stać się mu Prawdziwym Wojownikiem. Ach, byłabym zapomniała – jest jeszcze przeklęty topór, Snaga, dziedzictwo Drussa po szalonym dziadku, Bardanie. Więc jest quest, jest mentor, jest ukochana (zresztą okazuje się obdarzona magicznymi zdolnościami) – lecimy. A po drodze będą upadki imperiów, wojny, lochy, demony, sam smak.

Wydawać by się mogło z początku, że Druss to kolejny osiłek pokroju Conana Barbarzyńcy: kupa mięcha odpowiednio opakowana w obcisłe skórzane wdzianko i wyposażona w śmiercionośną broń (w tym przypadku: topór). Druss – nieodmiennie kojarzy mi się to imię z onomatopeją „ŁUPS!” – z czasem nabiera czegoś w rodzaju ogłady, a nawet ewoluuje u niego poczucie humoru. Trudno go nie lubić, choć kryształowo honorny i taki… czarno-biały w postrzeganiu świata. Nie przeszkadzało mi to zbytnio i czuję się bogatsza w kolejną pozycję z gatunku heroic fantasy i mądrzejsza o kolejną powieść po angielsku.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s