„Norwegian Wood” Haruki Murakami

To już moje drugie powieściowe podejście do Murakamiego (po uroczo brzmiącym „Afutā Dāku”, czyli „Po zmierzchu”). Poetyka autora nie przemawia do mnie jakoś zabójczo, ale wiedziona zachętami i polecankami innych blogerek, postanowiłam spróbować raz jeszcze. Ale chyba znów trafiłam na nieodpowiednią książkę…

Jest rok 1968. Tōru Watanabe, student uniwersytetu Waseda, egzystuje ze stoickim spokojem w akademickim realiach. Dzieli pokój z Komandosem, fanatykiem czystości, chodzi na popijawy i podryw z  aroganckim i przebojowym Nagasawą. Jednak całe jego życie determinuje skomplikowane uczucie do niepokojącej Naoko. Dziewczyna była niegdyś związana z Kizukim, najlepszym przyjacielem Tōru z dzieciństwa, który popełnił samobójstwo w wieku siedemnastu lat. Jego odejście na zawsze zmieniło relacje Naoko i Tōru – on sam twierdzi, że po samobójstwie przyjaciela odkrył, że „śmierć nie jest przeciwieństwem życia, a jego częścią”*!. Tymczasem Naoko okazuje się cierpieć na bliżej nieokreślone zaburzenia psychiczne i przenosi się do sanatorium Ami, położonego daleko w górach. To coś w rodzaju łagodnej wersji szpitala psychiatrycznego, gdzie pacjenci uczą się żyć ze swoimi problemami. Tōru odwiedza ją dwukrotnie i jego myśli cały czas krążą wokół Naoko, listów do niej i od niej. Jednak w Tokio poznaje Midori, nieco postrzeloną dziewczynę. Midori studiuje na tej samej uczelni, miewa różne dziwaczne zachcianki, ale w głębi duszy jest dużo bardziej złożoną osobą, niż się wydaje z pozoru. Tōru miota się między nimi – choć nie, „miotać” to złe określenie. Sugeruje jakąś akcję, jakieś rozedrganie, a Tōru jest wcieleniem spokoju. I tak sobie płynie ta opowieść od jednej szklanki whisky do drugiej…

Z moim czytaniem tej książki przez pierwsze kilkadziesiąt stron było słabo, z pojawieniem Midori trochę się poprawiło, a potem znów musiałam się zmuszać do lektury. Pozwólcie, że ujmę mój komentarz porównawczo (bom z wykształcenia kulturoznawca porównawczych studiów cywilizacji). Swego czasu dla Teatru Telewizji wystawiono „Hamleta” w kopalni soli, bodajże w Wieliczce. Nuda niemiłosierna, ja nie wiem, jak tak można zarżnąć Szekspira. W każdym razie, jeden z krytyków w recenzji tegoż spektaklu zawarł dość znamienne słowa: że najbardziej dramatycznym momentem przedstawienia był skok kota z kolan królowej Gertrudy – takie to było niespodziewane. Otóż w „Norwegian Wood” nawet takiego kota nie było. Na linii Malita-Murakami znów klęska. Światełkiem w tunelu może okazać się „Kafka nad morzem”, którą to książkę mi wszyscy polecają. Ale to nieprędko.

* Haruki Murakami, „Norwegian Wood”, przeł. Dorota Marczewska i Anna Zielinska-Elliot, Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2006, s. 43.

PS. Wyzwaniowo – „Z półki” – skończyłam wyzwanie!

10 thoughts on “„Norwegian Wood” Haruki Murakami

  1. Hmm… Cóż mogę powiedzieć.
    Jak to już zostało wyżej napisane, Murakami jest specyficzny i raczej taki już pozostanie. xD Albo będzie pociągał, albo wręcz przeciwnie odpychał. Sama nie mam z nim łatwego życia, pomimo całej sympatii, którą do niego żywię. Zresztą, żeby poczuć jego klimat i zrozumieć o co mu tak naprawdę w pewnych momentach chodzi, wskazane byłoby, przynajmniej w moim odczuciu, zapoznanie się z historią literatury japońskiej i jego biografią. Albo małe rendez-vous z kieliszkiem przed przystąpieniem do czytania. xD
    Ze swojej strony mogę polecić „Kafkę nad morzem”. To, jak do tej pory, najbardziej „poukładane” dzieło Murakamiego, które czytałam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s