„LonNiedyn” China Miéville

Było już na tym blogu wiele zachwytów i nad China Miévillem, i nad Londynem, ale tym razem będzie coś innego – bo nie w klimatach obrzydliwych a dorosłych, tylko młodzieżowych. „LonNiedyn” to pierwsza powieść zakolczykowanego anarchisty, przeznaczona dla dzieci (fachowo mówi się: young adult fantasy, eksperci dodali jeszcze etykietkę new weird, na nasze „nowe a dziwne”).

Jak przystało na młodzieżową fantastykę, jest bohaterka w wieku odpowiednim i epicki quest. Właściwie, to bohaterki są dwie: przyjaciółki Zanna i Deeba, lat dwanaście. Ich życie kręci się wokół zwyczajnych spraw wszystkich nastolatek świata, dopóki Zanna nie okazuje się tajemniczą Szuassi, Wybraną, która ma ocalić LonNiedyn. Dziewczęta podążają za ożywionym parasolem (a dokładniej, rapasolem, żywym stworzonkiem i podopiecznym Złammasola, władcy zepsutych parasoli) i odkrywają przejście do niesamowitego miasta, zwanego LonNiedyn. To jedno z licznych niemiast na świecie – jak BezParyż, Nie Jork, Zgon Kong czy Bajdad. Ale i tak LonNiedyn jest najbardziej zakręcony: to tu świecą śniężyc i SłoNiece (z najprawdziwszą dziurą w środku), to tu lądują śmieci i popsute przedmioty, wyrzucone przez londyńczyków, to tu płynie rzeka Azimat o zdumiewająco prostym korycie. Zasadniczo, weźcie trochę „Alicji po drugiej stronie lustra” Carolla, „Nigdziebądź” Gaimana, dorzućcie szczyptę Mary Poppins, a całość podajcie z właściwym Miévillowi surrealizmem i dziwacznością – i wyjdzie Wam LonNiedyn. A już najbardziej osobliwi w tym wszystkim są mieszkańcy niemiasta: duchy, bełkotki (czyli fizyczne formy słów), Jasnodzieje, paskudnice, krwiożercze żyrafy, Kosmate Oknotule… wymieniać można i wymieniać. Moim osobistym ulubieńcem jest kartonik po mleku o imieniu Kwaśny. Cała rzecz polega na tym, że w LonNiedynie przebywa też żarłoczny i potężny Smog o maniakalnych skłonnościach spalenia całego świata. Agenci Smoga są wszędzie i wojna wisi w powietrzu. Jedyną osobą, która może ocalić LonNiedyn, jest wyczekiwana i przepowiedziana Szuassi. Ale u China Miéville’a nic nie jest takie proste. Bo co będzie, jeśli potencjalna superohaterka oberwie od Smoga i przepowiednia się sypnie?

Nie śmiem zdradzać, co dalej. Rzeknę tylko, że choć zapowiada się na podaną nowocześnie, ale wciąż klasyczną wyprawę (typu zbieramy magiczne artefakty i działamy w zgodzie z tajemną przepowiednią), to nic nie jest takie, jak się wydaje. A słówko „nic” jest bardzo kluczowe dla rozwiązania akcji…

Powiem też tak: China Miéville również w opowieściach dla nieco młodszych czytelników sprawdza się świetnie. Odkrywając razem z cudowną bandą bohaterów zakątki LonNiedynu, miałam naprawdę dziką frajdę. Ale trochę za bardzo przypomina mi to wspomniane „Nigdziebądź” Neila Gaimana. Miéville wymienia tę powieść w posłowiu, dziękując Gaimanowi za „słowa zachęty i niewątpliwy wkład w tworzenie londyńskich fantasmagorii”*. I choć w „LonNiedynie” akcja jest dużo bardziej rozbudowana, dzieje się więcej i całe zaplecze jest dużo ciekawiej zbudowane, to cały czas mam w pamięci Richarda Mayhew, jeżdżącego metrem. Pozostaje mi poczekać na kolejną powieść Autora (z tego, co wiem, dwie czekają na polskie tłumaczenie, w tym jedna dla młodszych czytelników). Co nie zmienia faktu, że „LonNiedyn” polecam – gdzie indziej znajdziecie latające autobusy piętrowe, krwiożercze żyrafy i jedną z najwspanialszych rzeczy świata, Otchłanną Książnicę, skąd można dotrzeć do KAŻDEJ biblioteki?

Wyznaniowo – „Z półki”.

* China Miéville, „LonNiedyn”, przeł. Grzegorz Komerski, Wydawnictwo Mag, Warszawa 2009, s. 534.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s