„Czerwona królowa” Philippa Gregory

Przydługiego wstępu nie będzie, bo wiecie, że lubię Philippę Gregory i tematykę, którą się zajmuje. Ostatnio była „Biała królowa”, wiec pora na kobietę z opozycyjnego rodu – Lancasterów, a dokładniej Beaufortów, Małgorzatę. Nie będę się zagłębiać zbytnio w rozwój fabuły, tylko skreślę kilka słów komentarza.

Druga część cyklu „Wojna kuzynów” przedstawia wydarzenia bratobójczej Wojny Dwóch Róż właśnie z perspektywy Małgorzaty Beaufort. Już sam pomysł, przyznam, jest oryginalny: to cały czas ta sama akcja, tylko z drugiego „narożnika”. I o ile w poprzednim tomie kibicowałam Yorkom – trudno było nie lubić Elżbiety – to w tym znajduję też nieco zrozumienia dla przeciwnej ekipy. Choć trzeba przyznać, że obydwie rodziny są opętane żądzą władzy – czy raczej ich poszczególni przedstawiciele. Sama Małgorzata, obsesyjnie pobożna i marząca o klasztorze, zostaje dość obcesowo sprowadzona do roli – przepraszam, ale naprawdę – klaczy rozpłodowej. Jej rolą jest urodzenie dziedzica, i to jak najszybciej, żeby Lancasterowie mieli jeszcze jedną kartę w dłoni i mieli kogo osadzić na tronie. Dlatego nasza bohaterka poślubia dwa razy starszego od siebie mężczyznę i wyjeżdża do odległej Walii, niczym na wygnanie. Jej mąż to Edmund Tudor, syn Katarzyny de Valois – głównej bohaterki „The Crown in the Candlelight”. Niespełna dwa lata po ślubie Małgorzata rodzi syna – ma wtedy niecałe czternaście lat. Szybko wdowieje, wychodzi ponownie za mąż, spiskuje i wychowuje syna na władcę, wdowieje, wychodzi za mąż, spiskuje… i tak nieustannie, przez całą Wojnę Dwóch Róż.

Czyli: raz jeszcze mamy wątek dziewczynki, która dla honoru i ambicji swojej szlachetnej rodziny (patrz na przykład Katarzyna Medycejska) musi wyjść za mąż i urodzić dziedzica. Czym się od pozostałych Małgorzata Beaufort, primo voto Tudor, secundo voto Stafford, tertio voto Stanley? Otóż Małgorzata jest wręcz opętana wizją osadzenia swego syna na angielskim tronie. Nie cofnie się przed niczym – małżeństwami z rozsądku, spiskami, potajemnymi morderstwami (to tylko prawdopodobnie), intrygami i ożenieniem syna z córką znienawidzonej rywalki, Elżbiety York, Białej Królowej. Co najważniejsze, Małgorzata jest święcie przekonana, że sam Bóg na niebiosach powierzył jej misję i to Jego wolą jest, by jej jedynak założył koronę. Ociera się to dla mnie o świętokradztwo, ale Małgorzata wie lepiej. Poświęca wszystko dla jednego celu.

I może przez to nie było łatwo ją polubić. Ta zimna konsekwencja w działaniu, pewne wyrachowanie i heretyckie przekonanie o własnej nieomylności. Koniec końców, to jednak  postać niezwykła i Philippa Gregory raz jeszcze pokazuje jej mniej znaną stronę. Więc dla wszystkich wielbicieli tego typu powieści – polecam jak najbardziej.

Aha, jeszcze jedno. Syn Małgorzaty to Henryk VII Tudor. Król Anglii.

„Czas pokaże” Jeffrey Archer

Jeffrey Archer to postać niezwykła. Abstrahując od jego barwnej przeszłości, od nadania tytułu szlacheckiego po słynną odsiadkę w więzieniu, to jest to niesamowity człowiek sam w sobie. Miałam okazję widzieć go na żywo tylko raz (Targi Książki w Krakowie, 2010’) i naprawdę, facet z charyzmą. I ta niesamowitość przekłada się na jego teksty.

Z książek sir Archera wolę te obyczajowe niż sensacyjne – do moich ulubionych należy „Córka marnotrawna”, choć na przykład „Więzień urodzenia” zupełnie rzucił mnie na kolana. Tym razem jednak jest bardziej obyczajowo – „Czas pokaże” stanowi część pierwszą sagi o rodzinie Barringtonów i Cliftonów. Centralną postacią powieści jest Harry Clifton, syn dokera i kelnerki, obdarzony niezwykłym głosem i inteligencją. Dzięki życzliwości wielu osób – w tym mojego ulubieńca, kapitana Tarranta – udaje mu się zdobyć stypendium i dzięki temu rozpościera się przed nim zupełnie inna wizja życia, niż to znane jego rodzicom i wujkowi. W nowej szkole poznaje Gilesa Barringtona, dziedzica wielkiej fortuny, i błyskawicznie się z nim zaprzyjaźnia. Ta przyjaźń zmieni życie obydwu chłopców i nie tylko ich…

Dobrze, fabuła w takim skrócie nie wygląda olśniewająco. Szczerze mówiąc, po zerknięciu na drzewa genealogiczne i przeczytaniu pierwszego rozdziału byłam w stanie przewidzieć 80% akcji. Naprawdę! Zatem, książka w stylu „Znacie? Znamy. To posłuchajcie” – ale, na Boga, oderwać się nie idzie. To po prostu fenomenalne w pisarstwie Archera – wszystkie te zalawirowania rodzinne, problemy, intrygi już gdzieś były, ale i tak nie sposób przerwać lektury. Plus kończy się takim cliffhangerem, że aż wydobyłam z siebie okrzyk niedowiarstwa i gniewu pomieszanego z zachwytem dla maestrii Autora. Luudzie, to jest świetne!

Na plus zapisuję również to, że bardzo lubię czytać o rozwoju młodego bohatera (pewnie dlatego tak lubię Scott Carda…): o tym, jak idzie do szkoły, jak się uczy, zdobywa kolejne dyplomy i stypendia – zupełnie, jak w „Córce marnotrawnej”. Zachwyciła mnie również historia z kupnem zegarka. Ciekawym, choć na dłuższą metę nieco nużącym zabiegiem był podział rozdziałów na POV (Point Of View, nie wiem, jak to oddać po polsku – pomożecie?). Dzięki temu poznajemy rozwój akcji z punktu widzenia wszystkich ważnych bohaterów (Harry’ego, jego matki, kapitana Tarranta, Gilesa, jego ojca i siostry). Czyli to samo z różnych stron.

Podsumowując, Archer to marka sama w sobie – cokolwiek by się nie przeczytało charyzmatycznego Brytyjczyka, to będzie świetne. I naprawdę nieistotna jest ta powtarzalność. Kolejna część, „The Sins of the Father”, ukazała się już w języku angielskim. Poczekam jednak na przekład polski. Ale czekać będę niecierpliwie!

„The First Chronicles of Druss the Legend” David Gemmell

Jak wiecie, od czasu do czasu lubię coś poczytać w najpiękniejszym języku obcym świata – czyli po angielsku. Zazwyczaj są to powieści historyczne (jak tutaj czy tutaj), ale tym razem odkopałam (znów dzięki remontowi) zapomnianą książeczkę z gatunku heroic fantasy. Są wakacje, to lecimy herosami – czemu nie.

To zaledwie część tzw. „Sagi Drenajów” Gemmella, skądinąd popularnego angielskiego pisarza fantasy. Niech Was nie zmyli określenie „First”, bo to w zasadzie prequel, ale chronologicznie w sadze to część czwarta, wydana jako szósta – ogółem, lekkie zamieszanie. W lekturze owo zamieszanie nie przeszkadza to ani trochę; nietrudno połapać się w geografii i ogólnym zarysie świata, wykreowanym przez Gemmela. Główny bohater, nieco mrukliwy i nieskomplikowany mięśniak, mieszka z ojcem i macochą w odległej wioseczce w górach Drenai. Pozostali mieszkańcy nie lubią Drussa, wręcz się go obawiają – jedyną osobą, która potrafi zbliżyć się do naszego bohatera, jest jego ukochana żona Rowena. Ich w miarę spokojne życie kończy się, gdy na wioskę napadają handlarze niewolników, paląc domy i porywając wszystkie kobiety. Ocalał jedynie Druss i jedna z dziewcząt. Nasz bohater poprzysięga zemstę i rusza na ratunek ukochanej, dość lekkomyślnie, bo jego plan zakłada dogonienie porywaczy i stawienie im czoła w pojedynkę. Na szczęście na drodze Drussa staje Shadak, który również ściga krwiożerczą bandę – szuka pomsty za syna. Tym samym Druss zyskuje przyjaciela i mentora, który pomoże stać się mu Prawdziwym Wojownikiem. Ach, byłabym zapomniała – jest jeszcze przeklęty topór, Snaga, dziedzictwo Drussa po szalonym dziadku, Bardanie. Więc jest quest, jest mentor, jest ukochana (zresztą okazuje się obdarzona magicznymi zdolnościami) – lecimy. A po drodze będą upadki imperiów, wojny, lochy, demony, sam smak.

Wydawać by się mogło z początku, że Druss to kolejny osiłek pokroju Conana Barbarzyńcy: kupa mięcha odpowiednio opakowana w obcisłe skórzane wdzianko i wyposażona w śmiercionośną broń (w tym przypadku: topór). Druss – nieodmiennie kojarzy mi się to imię z onomatopeją „ŁUPS!” – z czasem nabiera czegoś w rodzaju ogłady, a nawet ewoluuje u niego poczucie humoru. Trudno go nie lubić, choć kryształowo honorny i taki… czarno-biały w postrzeganiu świata. Nie przeszkadzało mi to zbytnio i czuję się bogatsza w kolejną pozycję z gatunku heroic fantasy i mądrzejsza o kolejną powieść po angielsku.

„Korona śniegu i krwi” Elżbieta Cherezińska

Nie daj Boże zjazd piastowski, mawiają u Cherezińskiej książęta z piastowskich rodów. Zjazd piastowski równa się kłótniom, niesnaskom, a często i potajemnym morderstwom. Stawka jest wysoka: władza i zjednoczenie kraju – ale pod czyim berłem?

Ustalmy na wstępie jedno: od zawsze miewałam problemy z historią Polski. Im bliżej współczesności, tym większe – ale i tak Piastowie nie cieszyli się jakoś moją szczególną sympatią. A już rozbicie dzielnicowe… tych książątek, tych księstw, tych ziem, tych rodów… nie wchodziło mi to nigdy. Przemysł II? No, to ten, co się koronował, a i tak go zamordowali. Więc do powieści podchodziłam dość nieufnie.

Rzecz zaczyna się w połowie wieku XIII, kiedy to ziemie polskie od lat tkwią w impasie Wielkiego Rozbicia. Każdy chce ugrać coś dla siebie, nieliczni myślą o zjednoczeniu kraju pod rządami jednego króla – ale czy ma to być Przemysł II, czy Wacław II, a może Henryk wrocławski? Brandenburczycy z jednej strony, Habsburgowie z drugiej, Przemyślidzi z trzeciej, a sami Piastowie nie potrafią dość ze sobą do ładu. Do tego jeszcze nieliczni wyznawcy słowiańskich kultów pragną przywrócić swojej religii dawny blask (czytaj: pogańskie wtręty fantastyczne). Niejako głównym bohaterem „Korony…” jest Przemysł II, który z ambitnego i popędliwego podrostka wyrasta na rozważnego króla Polski, ale oprócz Przemysła poznajemy całą gamę innych postaci z historii: Piastów Starszej i Małej Polski, Gryfitów, Askańczyków, Zarembów…

W dobrych powieściach historycznych lubię to, że mimo, iż wiem, jak się skończy, to jednak fabuła potrafi mnie zaskoczyć, zachwycić, wciągnąć. „Korona…” momentami była na to zbyt przyciężka, choć kiedy po tych 400 stronach bez mała się wciągnęłam, to już było lepiej. Na plus zaznaczam to, że Cherezińska przedstawia Polskę okresu Wielkiego Rozbicia z budzącym podziw rozmachem. Postaci wydają mi się rzetelnie odmalowane – do moich ulubieńców należy arcybiskup Jakub Świnka, Władziu zwany Karłem (tak tak, to Łokietek) i małżeństwo Bolesław V plus święta Kinga (ach, ten leciwy dowcip: „dlaczego Kinga była święta?” „Bo Bolesław był Wstydliwy”) – ci ostatni naprawdę byli przednio i dowcipnie opisani. Co prawda dłuższą chwilę mi zajęło dokładne poukładanie sobie wszystkiego, kto jest kim z mniej czołowych postaci (dopiero w połowie książki odkryłam zestawienie rodów i drzewa genealogiczne, umieszczone na jej końcu…) i jaki ma interes. Obawiam się, że czytelnicy z mniejszym zamiłowaniem do historii – historii Polski zwłaszcza – po prostu przez tę powieść nie przebrną. I szkoda, że rzecz kończy się zaraz po śmierci Przemysła – bo początkowo sądziłam, że dobrniemy do roku 1320 i jednak Mały Książę Władziu ugra swoje. To najwyraźniej temat na kolejny tom. Koniec końców: powieść dla wytrwałych. Wytrwałam… i chyba zaczęłam nawet lubić Piastów. Co Autorka może sobie poczytać za niewątpliwy sukces.

PS. „Koronę śniegu i krwi” obwołaną polską „Grą o tron”. Taka mnie refleksja naszła, że chronologicznie i zgodnie z historią, to raczej „Gra o tron” to prędzej Wielkie Rozbicie w Westeros ;) porównanie Władysława Łokietka z Tyrionem Lannisterem wydaje się ciut obrazoburcze, ale jednakowoż nasuwa się samo…

„Między blaskiem a cieniem” Stella Hamilton

Podczas remontu można wiele ciekawych rzeczy odnaleźć. Do moich najbardziej nietuzinkowych odkryć należą trzy zielone gumowe kaczuszki (skąd się one wzięły akurat w tamtej szufladzie, nie pomnę). Przy okazji odkryłam, że mamy w domu jeszcze mnóstwo książek, których nie czytałam, a które wydają się ciekawe. W łapki wpadł mi też sugestywny tytuł „Między blaskiem a cieniem”.

Rzecz dzieje się pod koniec XIX wieku. Młodziutka Kathy Hartnell mieszka w Leeds, dzieląc swój czas między lekcje tańca i oczekiwanie na listy od rodziców, którzy wyjechali na misję na Cejlon. Jej życie zmienia się w jednej chwili, gdy otrzymuje wiadomość o śmierci matki – tym samym musi wyruszyć w podróż na Cejlon, do ojca. Rejs statkiem „Księżniczka Orientu” potrwa wiele tygodni i będzie prawdziwą szkołą życia dla Kathy: będzie jej towarzyszyła czcigodna żona pastora, Edith Purvis, nieco mniej czcigodna Sophie Simpson, a także doktor Warrender, przyjaciel jej ojca. Romanse na pokładzie, zaraza, śluby, kłótnie i skandale – czyli spokojna podróż statkiem raz. A potem docieramy na egzotyczną wyspę, która drży od niepokojów obyczajowych i wojennych. Tam też będą skandale, romanse i zaraza. Ech, kolonializm.

Tematyka kolonialno-kobieca nie jest mi obca, czytałam choćby wyśmienitą „Ptaszynę” Lindy Holeman (plus inne powieści tejże Autorki, naprawdę, wspaniałe). Tym bardziej oczekiwania były wysokie, ale, niestety, „Między blaskiem a cieniem” nie do końca im nie sprostało. Wiadomo, raz na jakiś czas dobre romansidło nie jest złe – ale to mi jakoś nie spasowało. Ciężko było mi polubić Kathy, jak i jej obiekty uczuć (aczkolwiek ten jeden mnie tak zaskoczył, że hoho). Przeczytałam głównie z uwagi na to, że cienka i dobrze się ją woziło w torbie – była w sam raz na kilka podróży autobusem i poczekalnię u lekarza. Ale nie byłam szczególnie zachwycona.

„Najstarszy zawód świata” Marek Karpiński

Czyli, innymi słowy – historia prostytucji. Pożyczone, zareklamowane jako interesujące, dlaczego nie, pomyślałam sobie. Przy okazji włącza się to w ogólną półkę pod tytułem „historia kultury”, której to zawartość bardzo mnie ciekawi. Jakoś tak było, że podczas edukacji gimnazjalno-licealnej nauka historii ograniczała się głównie do zagadnień politycznych, garści dat i Bardzo Ważnych Postaci, plus po trochu gospodarki i kultury. Dopiero na studiach z zadziwieniem niejako odkryłam, jak mocno wpływają na siebie najróżniejsze, pozornie niepowiązanie zdarzenia. Tak jest i w przypadku prostytucji – ale o tym jeszcze za chwilę

Autor, dziennikarz i felietonista, pisze o najstarszym zawodzie świata nie naukowo, ale raczej eseistycznie. Zaczyna od starożytności i prostytucji sakralnej, przechodząc przez kolejne epoki, aż do współczesności. Bo gdzie nie spojrzeć, to w każdym okresie historycznym jakaś jej forma istniała. Pojawiały się nowe rodzaje, była zakazana i tolerowana, pożądana i karana, ale wciąż istniała i miała się całkiem dobrze.

Ogółem – książka w porządku, ale bez przesady. Dowiedziałam się paru intrygujących i szokujących rzeczy (same statystyki mogą porządnie zatrwożyć), ale i wyłapałam kilka nieścisłości. Dość zabawna była też liczba synonimów, które Autor stosuje w tekście, by nie powtarzać w kółko „prostytucja prostytucja prostytucja” – do moich ulubionych zalicza się określenie „służby amoryczne” (które zresztą Word poprawił na „amforyczne”). Jednak najważniejsze była dla mnie refleksja, którą Autor zawarł w posłowiu, pozwólcie, że ją przytoczę:

„Mało jest dziedzin, w których tak moralność splata się z ekonomią, religia z polityką, poziom wiedzy medycznej z obyczajowością, wiedza o społeczeństwie z prawem (…). Pochylenie się nad tematem prostytucji to nie tylko poznawanie panien, które świadczą usługi miłosne, ale tez osób, którym są one świadczone. Także i tych, którzy nie korzystają; tych, którzy zakazują prostytucji, którzy ją zwalczają. To pochylenie się nad człowiekiem”*

No właśnie.

PS. I dziękuję Natalii za pożyczenie!

* Marek Karpiński, „Najstarszy zawód świata”, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2012, s. 327-328.

„Norwegian Wood” Haruki Murakami

To już moje drugie powieściowe podejście do Murakamiego (po uroczo brzmiącym „Afutā Dāku”, czyli „Po zmierzchu”). Poetyka autora nie przemawia do mnie jakoś zabójczo, ale wiedziona zachętami i polecankami innych blogerek, postanowiłam spróbować raz jeszcze. Ale chyba znów trafiłam na nieodpowiednią książkę…

Jest rok 1968. Tōru Watanabe, student uniwersytetu Waseda, egzystuje ze stoickim spokojem w akademickim realiach. Dzieli pokój z Komandosem, fanatykiem czystości, chodzi na popijawy i podryw z  aroganckim i przebojowym Nagasawą. Jednak całe jego życie determinuje skomplikowane uczucie do niepokojącej Naoko. Dziewczyna była niegdyś związana z Kizukim, najlepszym przyjacielem Tōru z dzieciństwa, który popełnił samobójstwo w wieku siedemnastu lat. Jego odejście na zawsze zmieniło relacje Naoko i Tōru – on sam twierdzi, że po samobójstwie przyjaciela odkrył, że „śmierć nie jest przeciwieństwem życia, a jego częścią”*!. Tymczasem Naoko okazuje się cierpieć na bliżej nieokreślone zaburzenia psychiczne i przenosi się do sanatorium Ami, położonego daleko w górach. To coś w rodzaju łagodnej wersji szpitala psychiatrycznego, gdzie pacjenci uczą się żyć ze swoimi problemami. Tōru odwiedza ją dwukrotnie i jego myśli cały czas krążą wokół Naoko, listów do niej i od niej. Jednak w Tokio poznaje Midori, nieco postrzeloną dziewczynę. Midori studiuje na tej samej uczelni, miewa różne dziwaczne zachcianki, ale w głębi duszy jest dużo bardziej złożoną osobą, niż się wydaje z pozoru. Tōru miota się między nimi – choć nie, „miotać” to złe określenie. Sugeruje jakąś akcję, jakieś rozedrganie, a Tōru jest wcieleniem spokoju. I tak sobie płynie ta opowieść od jednej szklanki whisky do drugiej…

Z moim czytaniem tej książki przez pierwsze kilkadziesiąt stron było słabo, z pojawieniem Midori trochę się poprawiło, a potem znów musiałam się zmuszać do lektury. Pozwólcie, że ujmę mój komentarz porównawczo (bom z wykształcenia kulturoznawca porównawczych studiów cywilizacji). Swego czasu dla Teatru Telewizji wystawiono „Hamleta” w kopalni soli, bodajże w Wieliczce. Nuda niemiłosierna, ja nie wiem, jak tak można zarżnąć Szekspira. W każdym razie, jeden z krytyków w recenzji tegoż spektaklu zawarł dość znamienne słowa: że najbardziej dramatycznym momentem przedstawienia był skok kota z kolan królowej Gertrudy – takie to było niespodziewane. Otóż w „Norwegian Wood” nawet takiego kota nie było. Na linii Malita-Murakami znów klęska. Światełkiem w tunelu może okazać się „Kafka nad morzem”, którą to książkę mi wszyscy polecają. Ale to nieprędko.

* Haruki Murakami, „Norwegian Wood”, przeł. Dorota Marczewska i Anna Zielinska-Elliot, Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2006, s. 43.

PS. Wyzwaniowo – „Z półki” – skończyłam wyzwanie!

„Biała królowa” Philippa Gregory

Philippy Gregory czytałam mnóstwo – w sumie wszystkie powieści epoki Tudorów, acz w oryginale. Każda wzbudzała mój niekłamany zachwyt (zwłaszcza „The Constant Princess” i „The Other Boleyn Girl”), w końcu ubóstwiam epokę Tudorów. Tym razem jednak przenosimy się w czasy wojny Dwóch Róż, czyli co to było w Anglii, zanim Tudorowie zdobyli tron. Przyznam, że wojnę Dwóch Róż kojarzę słabo: acha, XV wiek, Yorkowie i Lancasterowie, a to tam był Ryszard III? Tym bardziej więc cieszyłam się, że coś więcej się dowiem.

Jak to zwykle u Gregory, śledzimy losy sławnej postaci historycznej – niezwykłej kobiety.  Tytułową Białą Królową jest Elżbieta Grey, piękna, młoda wdowa. Pewnego dnia niespodziewanie spotyka króla Anglii, Edwarda IV Yorka. Władca jest nią zupełnie zauroczony. Zakochani biorą potajemny ślub, co (gdy już sprawa wychodzi na jaw) nie podoba się ani doradcom, ani braciom Edwarda, Jerzemu i Ryszardowi. Koligacje rodzinne i intrygi na dworze są dość skomplikowane, ale tak to już drzewiej bywało: całe mnóstwo możnych rodów, każdy chce uszczknąć jak najwięcej władzy i bogactwa dla siebie, a do tego wszyscy nieustannie zmieniają stronnictwa. Bratobójcza wojna wyniszcza królestwo, a Edward IV usiłuje zachować tron i zaprowadzić pokój. Elżbieta próbuje mu w tym pomóc, ale sama ma wielu wrogów: także wśród najbliższej rodziny swego męża.

Elżbieta i Edward w powieści Gregory są zgodnym małżeństwem i dochowują się całej gromadki potomstwa – pośród niej słynnych „książąt z Tower”, czyli dwóch chłopców, którzy w tajemniczy sposób zniknęli z twierdzy. Ponoć zginęli z ręki swego wuja, Ryszarda III, najmłodszego brata Edwarda. Autorka proponuje nowe wytłumaczenie owego zniknięcia – ale jakoś mało spektakularne, przyznam. Dużo ciekawsze było choćby w „Portrecie nieznanej damy” Vanory Bennet. Niemniej, kilka motywów jest naprawdę ciekawych: jak choćby wątek Meluzyny, wodnej boginki, od której bierze początek ród Elżbiety. Zarówno Elżbieta, jak i jej matka, Jakobina Luksemburska, posiadają pewne magiczne zdolności, które nieraz przydają się Yorkom w czasie wojny, ale stają się też przyczynkiem do oskarżenia obu kobiet o czary (to już standard w tych czasach: niepożądane niewiasty oskarżano o pakt z diabłem, vide Anna Boleyn, na przykład). Mimo wszystko, jakoś nie porwała mnie ta powieść. Owszem, bardzo rozjaśniło mi się, kto jest kim w Wojnie Dwóch Róż, ale Elżbieta Woodville nie przekonała mnie do siebie. I zakończenie wydało mi się takie… urwane (rzecz kończy się jeszcze przed bitwą pod Bosworth). Ogółem, przyzwoite, ale nie zachwyca. Ale czeka na półce jeszcze „Czerwona królowa”, powieść o Małgorzacie Beaufort, matce Henryka VII Tudora. No, może będzie lepiej.

Wyzwaniowo – „Z półki”.

„LonNiedyn” China Miéville

Było już na tym blogu wiele zachwytów i nad China Miévillem, i nad Londynem, ale tym razem będzie coś innego – bo nie w klimatach obrzydliwych a dorosłych, tylko młodzieżowych. „LonNiedyn” to pierwsza powieść zakolczykowanego anarchisty, przeznaczona dla dzieci (fachowo mówi się: young adult fantasy, eksperci dodali jeszcze etykietkę new weird, na nasze „nowe a dziwne”).

Jak przystało na młodzieżową fantastykę, jest bohaterka w wieku odpowiednim i epicki quest. Właściwie, to bohaterki są dwie: przyjaciółki Zanna i Deeba, lat dwanaście. Ich życie kręci się wokół zwyczajnych spraw wszystkich nastolatek świata, dopóki Zanna nie okazuje się tajemniczą Szuassi, Wybraną, która ma ocalić LonNiedyn. Dziewczęta podążają za ożywionym parasolem (a dokładniej, rapasolem, żywym stworzonkiem i podopiecznym Złammasola, władcy zepsutych parasoli) i odkrywają przejście do niesamowitego miasta, zwanego LonNiedyn. To jedno z licznych niemiast na świecie – jak BezParyż, Nie Jork, Zgon Kong czy Bajdad. Ale i tak LonNiedyn jest najbardziej zakręcony: to tu świecą śniężyc i SłoNiece (z najprawdziwszą dziurą w środku), to tu lądują śmieci i popsute przedmioty, wyrzucone przez londyńczyków, to tu płynie rzeka Azimat o zdumiewająco prostym korycie. Zasadniczo, weźcie trochę „Alicji po drugiej stronie lustra” Carolla, „Nigdziebądź” Gaimana, dorzućcie szczyptę Mary Poppins, a całość podajcie z właściwym Miévillowi surrealizmem i dziwacznością – i wyjdzie Wam LonNiedyn. A już najbardziej osobliwi w tym wszystkim są mieszkańcy niemiasta: duchy, bełkotki (czyli fizyczne formy słów), Jasnodzieje, paskudnice, krwiożercze żyrafy, Kosmate Oknotule… wymieniać można i wymieniać. Moim osobistym ulubieńcem jest kartonik po mleku o imieniu Kwaśny. Cała rzecz polega na tym, że w LonNiedynie przebywa też żarłoczny i potężny Smog o maniakalnych skłonnościach spalenia całego świata. Agenci Smoga są wszędzie i wojna wisi w powietrzu. Jedyną osobą, która może ocalić LonNiedyn, jest wyczekiwana i przepowiedziana Szuassi. Ale u China Miéville’a nic nie jest takie proste. Bo co będzie, jeśli potencjalna superohaterka oberwie od Smoga i przepowiednia się sypnie?

Nie śmiem zdradzać, co dalej. Rzeknę tylko, że choć zapowiada się na podaną nowocześnie, ale wciąż klasyczną wyprawę (typu zbieramy magiczne artefakty i działamy w zgodzie z tajemną przepowiednią), to nic nie jest takie, jak się wydaje. A słówko „nic” jest bardzo kluczowe dla rozwiązania akcji…

Powiem też tak: China Miéville również w opowieściach dla nieco młodszych czytelników sprawdza się świetnie. Odkrywając razem z cudowną bandą bohaterów zakątki LonNiedynu, miałam naprawdę dziką frajdę. Ale trochę za bardzo przypomina mi to wspomniane „Nigdziebądź” Neila Gaimana. Miéville wymienia tę powieść w posłowiu, dziękując Gaimanowi za „słowa zachęty i niewątpliwy wkład w tworzenie londyńskich fantasmagorii”*. I choć w „LonNiedynie” akcja jest dużo bardziej rozbudowana, dzieje się więcej i całe zaplecze jest dużo ciekawiej zbudowane, to cały czas mam w pamięci Richarda Mayhew, jeżdżącego metrem. Pozostaje mi poczekać na kolejną powieść Autora (z tego, co wiem, dwie czekają na polskie tłumaczenie, w tym jedna dla młodszych czytelników). Co nie zmienia faktu, że „LonNiedyn” polecam – gdzie indziej znajdziecie latające autobusy piętrowe, krwiożercze żyrafy i jedną z najwspanialszych rzeczy świata, Otchłanną Książnicę, skąd można dotrzeć do KAŻDEJ biblioteki?

Wyznaniowo – „Z półki”.

* China Miéville, „LonNiedyn”, przeł. Grzegorz Komerski, Wydawnictwo Mag, Warszawa 2009, s. 534.