„Księżna Masako. Zakładniczka Chryzantemowego Tronu” Ben Hills

Chcecie bajki? Oto bajka. Była sobie kiedyś zwykła dziewczyna, piękna, inteligentna i utalentowana, ale „z ludu”. Gdy przystojny następca tronu spotkał ją po raz pierwszy, zakochał się bez pamięci i postanowił, że tylko ona będzie jego wybranką. Wytrwale zdobywał ją i zalecał się, aż zgodziła się wyjść za niego. I tak oto zwykła dziewczyna stała się księżną. Książę William i Kate Middleton? O nie. Książę Naruhito i Masako Owada. I to wcale nie jest bajka.

Masako Owada, córka japońskiego dyplomaty, większość dzieciństwa i młodości spędziła poza Krajem Kwitnącej Wiśni. Chodziła do szkoły w Moskwie, potem na kilka lat wróciła do Tokio i znów wyjechała – tym razem do Stanów Zjednoczonych. Tam ukończyła Wydział Ekonomii na Harvardzie, studiowała też na Uniwersytecie Tokijskim i na Oksfordzie. Pracowała w japońskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych i powoli wspinała się na kolejne szczeble kariery. Marzyła o stanowiska ambasadora, ale cóż, jako kobiecie mogło jej to przyjść bardzo trudno. Nie udało jej się spełnić tego marzenia – ale Naruhito, oświadczając się, obiecał ukochanej, że będzie mogła udzielać się dyplomatycznie. Obietnicy tej nigdy nie mógł dotrzymać. Siedem lat trwało, zanim Masako zgodziła się zostać jego żoną. Ponoć sama cesarzowa Michiko miała w tym swój spory udział. Prawdą jest, że wielu rodziców chętnie widziałoby swoją córkę w roli małżonki następcy tronu – ale nie w Japonii. Tam ojcowie (w tym Hisashi Owada) doskonale zdają sobie sprawę, że to jak zamknięcie dziecka w złotej klatce. Na zawsze i bez możliwości ucieczki. Masako to zamknięcie przypłaciła rozstrojeniem nerwowym, zwłaszcza ciężko odchorowała presję, by szybko urodzić syna – gdyż tylko męski potomek dziedziczy tron.

Co ciekawe, w książce odnajdziemy bardzo różne opinie na temat Masako – niektórzy dziwili się, jak taka ambitna i mądra kobieta dała się zamknąć w pałacu, inni lekceważąco odnosili się do jej studiów, prac dyplomowych i późniejszej pracy w MSZ. Do tego sporo interesujących rzeczy o samej rodzinie cesarskiej, a zwłaszcza księciu Naruhito.

Zaciekawiło mnie dość oryginalne podejście autora do opisywanej postaci – oryginalne o tyle, że bardzo ciężko zdobyć jakiekolwiek informacje o rodzinie cesarskiej (między innymi z uwagi na… autocenzurę dziennikarzy) i Ben Hills konsultował się z nieprawdopodobną ilością ludzi, którzy mogliby rzucić nieco światła na burzliwe losy Masako. Odwiedził nawet prominentną japońską klinikę leczenia niepłodności (nie nie, nie tam leczyła się księżna, miała – w tajemnicy rzecz jasna –prywatnego lekarza). Jego książka została oficjalnie potępiona na konferencji przez japońskie MSZ, były i stosy listów (w tym od cesarskich urzędników), określających biografię jako zbiór niepotwierdzonych plotek, niestosownych opisów, niepotwierdzonych faktów. Choć żaden krytyk nie podał przykładu żadnego błędu czy nieścisłości.

Najbardziej zatrważająca w tej książce była dla mnie instytucja Kunaichō, czyli Urzędu ds. Rodziny Cesarskiej. Nie zdawałam sobie sprawy, jak drobiazgowa, bezwzględna i wszechpotężna to organizacja. Kunaichō kontroluje każdy, słownie KAŻDY aspekt życia w pałacu. Masako – jak wszyscy pozostali członkowie rodziny cesarskiej – nie może wyjść na miasto, kupić książki, ba, nawet zmienić fryzury bez ich zgody. I najgorsze jest to, że nie ma żadnej możliwości zmiany tej sytuacji. Bo nie. Bo tak było zawsze i tradycja jest święta.

Czy więc Masako jest ofiarą swoich własnych decyzji? Pewnie trochę tak. Nie dowiemy się przecież, jakby jej życie potoczyło się, gdyby nie zgodziła się zostać żoną Naruhito. Pełnej prawdy o życiu za drzwiami cesarskiego pałacu nie poznamy nigdy (bo to Japonia), ale Ben Hills robi, co w jego mocy. I nie idzie mu źle.

PS. A na marginesie – dosłownie – uwielbiam pożyczać książki od Natalii. Natalia ze skrupulatnością zaznacza ołówkiem błędy edytorskie i poprawia tłumacza, zamieniając w stosownych miejscach rodzaj męski na żeński (typu: na stronie 119 Masako przyjmuje „rolę nieoficjalnego ambasadora Japonii”, dopisano „nieoficjalnej ambasadorki”), tudzież komentuje ironiczne lub erudycyjnie. Moja radość z lektury wzrasta przy każdym takim zaznaczeniu.