„Wichrowe Wzgórza” Emily Brönte

To jedna z tych książek, które się zna, nawet gdy się ich nie czytało. Podobnie jak choćby ze sztukami Szekspira: może nie czytaliśmy każdej linijki „Romea i Julii” czy „Hamleta”, ale wiemy z grubsza, o co szło z nieszczęśliwymi kochankami z Werony (jakiś tam balkon, te sprawy) i że Hamlet to ten, co gadał do czaszki i zastanawiał się, czy być. A w tytułowym przypadku obija się gdzieś w czeluściach świadomości kulturowej, że to były wrzosowiska, jakaś Cathy i Heathcliff o nieprzyjemnym charakterze.

Zaiste, są wrzosowiska, rozległe i ponure. Na nich – dwie posiadłości, Drozdowe Gniazdo i właśnie Wichrowe Wzgórza. To pierwsze należy do rodziny Lintonów, to drugie do familii Earnshawów. Pan Earnshaw pewnego dnia przywozi ze sobą z Londynu dziecko, znajdę imieniem Heathcliff, którym postanawia się zaopiekować. Katarzyna, córka pana Earnshawa, zaprzyjaźnia się z chłopcem, jej brat, Hindley, nie jest już tak zachwycony. I zaczyna się. Nie ma co opowiadać więcej – dodam tylko, że cała powieść opiera się na dramatach obydwu rodzin, spowodowanych przed wybuchowość uczuć i trudne charaktery postaci (kapryśna Katarzyna to raz, ale paskudny Heathcliff to dopiero drań). Kłębi się i kotłuje między dwoma posiadłościami – śluby, narodziny, choroby, pogrzeby. I żaden z tych dramatów nie wzbudził we mnie współczucia – raczej zżymałam się nad egzaltowanymi rozterkami Katarzyny (a potem jej córki, tegoż samego imienia). Może też dlatego, że losy Lintonów i Earnshawów poznajemy z ust Ellen, która relacjonuje całą historię dzierżawcy Drozdowego Gniazda. Ellen jest gospodynią (i przenosi się z jednego domu do drugiego), a w dzieciństwie niekiedy bawiła się z Katarzyną i Hindleyem. Wie dokładnie, co i kiedy się stało, ale opowieść z „pierwszej ręki” (czyli choćby oczami Katarzyny, a przede wszystkim – z uwagi na rozwój fabuły – Heathcliffa) byłaby moim zdaniem dużo bardziej interesująca.

W wydaniu, które mi wpadło w łapki – czyli klasyczne, z Biblioteki Narodowej – powieść poprzedzono bardzo obszernym wstępem, w którym nakreślono realia epoki oraz  życiorys sióstr Brönte, a także wyczerpująco opracowano wszelakie toposy „Wichrowych Wzgórz”. Raczej przekartkowałam ów wstęp, niż przestudiowałam go skrupulatnie, ale jest to rzecz z pewnością przydatna. Podsumowując całość – klasyka, tak, owszem. Ale nie każda klasyka zachwyca, bo zachwyca.

Wyzwaniowo – „Z półki”.

5 thoughts on “„Wichrowe Wzgórza” Emily Brönte

  1. Mnie ta książka też zaskoczyła, ale w trochę inny sposób. Tak jak piszesz, wydawało mi się, że wiem o czym jest, zwłaszcza, że oglądałam wcześniej filmy. Po lekturze byłam jednak zdziwiona, i w sumie do dziś jestem, że uważa się tę książkę za romans. Dla mnie jest to obraz niesamowicie toksycznych relacji międzyludzkich. Koniec końców nie porwała mnie.

  2. Podzielam odczucia. Zawiodła mnie ta książka okrutnie, gdy ją czytałam jakieś wieki temu już. Znacznie ciakawsza jest równie klasyczna książka jej siostry „Dziwne losy Jane Eyre”.
    Film był nieco lepszy, mroczny Heathcliff w wydaniu Ralpha Fiennesa jest dużo ciekawszy niż w książce. Ale ogólnie – czasy biedermeierowskiej egzaltacji dla mieszczańskich rozumków są już na szczęście za nami.

    1. Nie, to ja muszę obejrzeć tę adaptację z Ralphem Fiennesem. A „Dziwne losy Jane Eyre” podobały mi się bardzo – zresztą, ten najnowszy film z Mią Wasikowski jest również świetny!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s