„Kości księżyca” Jonathan Carroll

Carrolla czytałam jak dotąd „Krainę Chichów” (wyborna), jak również „Zakochanego ducha” i „Szklaną zupę” (niezłe). Tak, to fantastyka. I dziwna nieco proza, niekoniecznie w moim typie dziwności. Ale ja nie o tym.

„Kości księżyca” to historia Cullen, która żyje spokojnie na Manhattanie, wiodąc szczęśliwe życie z ukochanym mężem i dzieckiem. To za dnia, bo nocą przenosi się na fantastyczną wyspę Rondua, gdzie ocean jest różowy, a w jego wodach żyły niegdyś mułograbki, ziarnomlecze i jasmady. Cullen w towarzystwie swego syna imieniem Pepsi, wielbłąda Martwego, wilczycy Feliny i psa Pana Tracy’ego podejmuje (w końcu to fantasy) niezwykły quest. Cała ekipa – a dokładniej Pepsi – musi odnaleźć tytułowe Księżycowe Kości, magiczne artefakty, które dają władzę nad Ronduą. Nie jest to jednak sielankowa kraina: na Cullen i jej przyjaciół czyha wiele niebezpieczeństw, a i „realny” Nowy Jork nie jest oazą spokoju. Sprawa komplikuje się, gdy obydwa światy zaczynają się przenikać…

Wiecie, z czym mi się to kojarzy? Z „W krainie kota” Doroty Terakowskiej. Wypisz, wymaluj – powrót do krainy, o której się zapomniało, senne podróże do innego miejsca wraz z dzieckiem. Z tym, że powieść Carrolla została wydana dużo wcześniej i jest dużo bardziej… surrealistyczna. Kilka rozwiązań fabularnych było naprawdę udanych, niemniej całość mnie nie wbiła w fotel. Raczej nie mój klimat.

PS. Asia-san, dziękuję za pożyczenie!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s