„Kwiaty na poddaszu” Virginia C. Andrews

Przyznam, że zapowiadało się ciekawie. Okładka i opis stosowny – naprawdę sugestywne. Że uwięzieni na strychu, w strachu przed demonicznym dziadkiem, tajemnice rodzinne. Zaintrygowało mnie. Zwłaszcza, że to wznowienie – a przecież nie wznawiają byle czego… prawda? Zastrzegam: nie podobała mi się ta książka, znudziła mnie i zirytowała. Będzie dużo prychania w niniejszej recenzji, jak i szczegółów z fabuły, więc dla przyzwoitości ostrzegam przed spoilerami.

Życie rodziny Dollangangerów to istna sielanka. Dostatnio, pięknie, szczęśliwie. Kochający się rodzice Corrine i Malcolm, oraz czwórka cudownych dzieci: Chris, Cathy, Cory i Carrie. Bajka… do czasu, gdy Malcolm  ginie w wypadku. Okazuje się, że rodzina nie jest w stanie spłacić kredytów i musi się przenieść do domu dziadków, luksusowej rezydencji. Z tym, że ojciec Corrine wyrzekł się córki, gdy poślubiła…  swego przyrodniego stryja. Karą za kazirodztwo było zerwanie stosunków i skreślenie z testamentu. A szło o naprawdę duże pieniądze. Corrine chce przebłagać ojca, by znów przyjął ją pod swe skrzydła – z tym, że nigdy nie poinformowała go o swoich dzieciach. Tak więc cała czwórka musi ukryć się na strychu do czasu, aż Corrine odzyska łaskę ojca. A jeszcze lepiej, do czasu, aż staruszek wyzionie ducha. I tak Chris, Cathy, Cory i Carrie zostają zamknięci na strychu, obwarowani tysiącami zakazów. Ich uwięzienie trwa trzy lata. Matka odwiedza ich prawie codziennie, potem coraz rzadziej, ale zawsze przynosi mnóstwo prezentów i obietnic o rychłym uwolnieniu. Jedzenie dostarcza dzieciom babka, fanatyczka religijna, która mając w pamięci straszliwy grzech ich rodziców, nieustannie poucza dzieci o przyzwoitości. Co chwila przypomina o zakazie kąpania się razem, podglądania, zakazanych uciech etc. Momentami miałam wrażenie, że wręcz ich namawia do owych grzesznych przyjemności, żeby potem móc ich z lubością potępić. Łatwo przewidzieć, że w końcu Cathy i Chris gdzieś się tam pod mrocznym parapetem dopadają. Przepraszam, ale to było żałosne. Koniec końców, Chris odkrywa, że dziadek już od roku nie żyje, a matka ich opuściła, wcześniej regularnie… podtruwając arszenikiem (cukier-puder na pączkach, oczywiście). Dzieci decydują się uciec i właśnie tą ucieczką kończy się tom pierwszy cyklu. Nie, nie czytam dalej.

Egzaltowane. Irytujące. Nie lubię powieści z wątkami kazirodczymi (jedynie „Middlesex” Eugenidesa jakoś mnie nie odrzuciło). Postać chciwej matki, która nie chcąc oddać odziedziczonej fortuny (bo tak, koniec końców zostaje z powrotem  włączona do testamentu), podtruwa swoje dzieci – prooooszę, nie. A rozterki Cathy i Chrisa, po prostu dramat. I te rozmowy z matką: Cathy wyrzuca jej, że tyle już tam siedzą, Chris jej broni, Corrine przynosi kolejne prezenty i zapewnia o swojej miłości i tak w kółko. Nieeeee. Uch i uff. Wyrzuciłam z siebie te wszystkie  żale i urazy, bo mnie jakoś zmęczyła ta książka. Po raz pierwszy chyba w blogowej historii – NIE polecam.

Ale z drugiej strony… skoro tyle emocji we mnie wzbudziła, to jednak nie jest tak źle. Zawsze uważałam, że dzieło wzbudzające emocje – nawet negatywne – jest lepsze niż takie, obok którego przechodzę obojętnie.