„Śpiąc w płomieniu” Jonathan Carroll

Coś na kształt drugiego tomu „Kości księżyca”, ale tylko na kształt. Ogólnie przedstawia się te dwie książki plus „Dziecko na niebie” jako trylogię: powieści łączą się niektórymi bohaterami (tutaj ku mej uciesze pojawia się Weber Gregston, moja ulubiona postać z „Kości…”, a główna bohaterka poprzedniej cześć, Cullen James, jest kilkakrotnie wspomniana w rozmowie), no i klimat jest dość podobny.

Tak, to jest fantastyka. Co prawda nie łopatologiczne smoki i herosi, ale też. Fantastyczność w „Śpiąc w płomieniu” objawia się poprzez sny i niezwykłe zdolności głównego bohatera. Walker Easterling, były aktor, śni o różnych miejscach i ludziach, które wydają mu się niezwykle znajome. Na wiedeńskim cmentarzu znajduje (czy raczej czyni to jego ukochana, wielkiej urody i inteligencji Maris) grób człowieka, który choć nazywał się inaczej, wyglądał dokładnie tak samo, jak Walter. Nieznajomi ludzie pozdrawiają go jako pana „Rednaxela”. W dziwnym przebłysku świadomości potrafi dostrzec przyszłość. Walter będzie musiał – z pomocą cudownego wręcz nauczyciela, szamana imieniem Venasque – odkryć prawdę o samym sobie, o swoich wszystkich żywotach i będzie musiał uczynić to jak najszybciej. Stawką jest nie tylko jego życie, ale i życie jego najdroższej Maris. A co do tego mają bracia Grimm? Ha! Zobaczcie sami.

Naprawdę świetna rzecz, zwłaszcza w  porównaniu do „Kości…” (surrealistyczne sny o Rondui trochę mnie przytłaczały). Tym razem zagadka ukryta w snach jest naprawdę przednia, a koncepcja reinkarnacyjna nietypowa i przez to intrygująca. Mnie osobiście też bardzo cieszyły rozliczne opisy Wiednia, gdzie dzieje się większość akcji – mam do tego miasta ogromny sentyment, i gdy czytam, jak Walker spaceruje po Graben, od razu wiem, o co chodzi. Tak więc polecam, nawet i bez lektury pierwszej części. A ja już rychło zabieram się za trzecią, bo tam – zgodnie z opisem na okładce – już czeka Weber Gregston!

I dziękuję za pożyczenie powieści Asi-san.

„Kraken” China Miéville

„W mieście takim jak Londyn… Nie, zaraz – to byłyby zupełnie bezprzedmiotowe rozważania, ponieważ na świecie nie ma drugiego takiego miasta. W tym cała rzecz”*.

Zaiste, coś być musi w Londynie, bo niejeden już autor doszukiwał się w nim drugiego dna, pod-świata (Londyn-Pod u Gaimana<3), który zaludniają całe masy mniej lub bardziej sympatycznych drani i rzezimieszków. U Miéville’a to londyńskie podziemie obfituje w najróżniejsze kościoły, wyznawców, sekty i religie – jak choćby naziści chaosu i inne wredne kulty, czy krakenici. Ci ostatni czczą krakena, potężną kałamarnicę… zakonserwowaną w formalinie i spoczywającą w Muzeum Historii Naturalnej. Problem zaczyna się, gdy ów bezcenny eksponat zostaje skradziony. Dlaczego i przez kogo – oto jest pytanie. Najważniejsze jest to, że owa świętokradcza (nomen omen!) dla krakenitów kradzież zapoczątkuje całą lawinę zdarzeń, a ich finałem będzie koniec świata. Koniec w ogniu. Dodam, że bardzo rychły koniec. I klasycznie, owa zbrodnia wciągnie głównego bohatera, kustosza muzeum imieniem Billy, w samo centrum religijnych potyczek, intryg i walk o władzę. Z jednej strony Billy’ego ściga policja (czy raczej jej dość nietuzinkowy oddział), gdy on sam umyka przed krakenitami z jednym z apostatów, a z drugiej próbuje go wytropić szara eminencja Londynu, złowrogi Tatuaż. Billy będzie musiał poznać tajniki podziemi miasta, pomścić przyjaciela, rozgryźć zagadkę zniknięcia kałamarnicy w formalinie, a do tego powstrzymać koniec świata i jeszcze przeżyć na dokładkę. Prawie jak Bruce Willis, tylko Bruce Willis nie został nigdy uznany za proroka krakena…

Ja nie wiem, skąd Miéville bierze pomysły, ale to musi być ciekawe miejsce. Londynmanci, broniownicy, ambasada morza i strajk chowańców – to tylko niektóre z rzeczy i postaci, których koncept mnie zachwycił. Całość może niekiedy splątana i trudna do ogarnięcia, ale tak to już bywa w prozie naszego łysego anarchisty. Wszystkie te macki, kałamarnice, bogowie w otchłani lekko zalatują Cthulhu i Lovecraftem, niemniej dla mnie to zaleta („Zew Cthulhu” zrobił na mnie piorunujące wrażenie), a sam Miéville niejednokrotnie przyznawał się do czerpania inspiracji z dzieł Samotnika z Providence. Poza tym, nieustannie zadziwia mnie sposób, w jaki Autor potrafi przekazać klimat opisywanego przez siebie miasta. Też tak chcę! Zatem: ponownie stwierdzam: nie ma takiego drugiego pisarza, jak Miéville. W tym cała rzecz.

Wyzwaniowo – „Z półki”.

*China Miéville, „Kraken”, przeł. Krystyna Chodorowska, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2011

„Kobieta na krańcu świata 2” Martyna Wojciechowska

Siłą rozpędu – bo podobała mi się pierwsza część – sięgnęłam po drugą. I obydwie mi się bardzo podobały. Wojciechowska trzyma poziom i choć w sumie jakoś nie szaleję za nią, to ciekawie pisze. Tak… autentycznie, bez upiększania.

Tym razem ruszamy na podbój Afryki i Azji. Znów spotykamy panie opiekujące się dzikimi zwierzętami (pamiętacie słonie z pierwszej części?). Jak choćby Shirley, która jest mamą – tak tak, mamą! – hipopotamicy Jessiki. Jessie, słodkie maleństwo, wcina 100 kg pokarmu dziennie. Są też opiekunki z ośrodka rehabilitacji orangutanów Nyaru Menteng na Borneo, które 24 godziny na dobę opiekują się skrzywdzonymi przez ludzi małpami – ich przywrócenie do normalnego funkcjonowania na wolności może trwać długie lata. Ekipa Martyny odwiedza też szpital Quiha i szkołę dla niewidomych dzieci w Etiopii, przemierza przestworza z tanzańską panią pilot i poznaje kanony piękna w Tajlandii (zwłaszcza plemienia Padaungów, gdzie kobiety noszą arcydługie obręcze na szyi). Osobiście – suprise, suprise – najbardziej ostrzyłam sobie zęby na rozdziały o japońskich bohaterkach: były dwie, Kimichie, czyli współczesna gejsza i Kanae, śliczna modelka z subkultury gyaru. Nie rzuciły mnie na kolana, niemniej czytało się przyjemnie.

Znów: pięknie wydany, dużo wspaniałych zdjęć. Można się sporo dowiedzieć, w taki miły, bezbolesny sposób. Ale nie tylko dowiedzieć, są fragmenty do refleksji (ten rozdział o Etiopii…). Ogrom ludzkiego nieszczęścia – kobiecego, dziecięcego, męskiego, ale i też zwierzęcego – jest zatrważający. Niemniej, nieustannie warto. I chyba muszę też obejrzeć jeden z odcinków telewizyjnych…

I Kasi dziękuję za pożyczenie!

„Gejsza z Gion” Mineko Iwasaki

Kojarzycie „Wyznania gejszy” Arthura Goldena? Na pewno tak. Wpierw książka, potem film w reżyserii Roba Marshalla (Zhang Ziyi w tytułowej roli, czyli Chinka grająca Japonkę…). Ale naprawdę było inaczej: Golden napisał swoją powieść na podstawie życia najsłynniejszej gejszy z Gion Kobu, Mineko Iwasaki. Pani Iwasaki była jedną z gejsz, które udzieliły wywiadu pisarzowi, ale okazało się, że to właśnie na jej losach głównie opiera się książka. Golden pozwolił sobie na sporo niedociągnięć i przekłamań. Iwasaki zwłaszcza protestowała przeciwko opisanemu w „Wyznaniach…” rytuałowi mizuage, który miał niby być aukcją, na której sprzedaje się dziewictwo gejszy. Taki zwyczaj, podtrzymuje Iwasaki, w Gion Kobu nie istnieje, a gejsza to nie prostytutka. Całość skończyła się pozwem do sądu za zniesławienie, sprawę załatwiono polubownie, a Iwasaki zdecydowała się napisać autobiografię, czyli jak to było naprawdę – i na półki księgarń trafił międzynarodowy bestseller, „Gejsza z Gion”.

Tyle słów przydługiego wstępu. Czytałam „Wyznania gejszy” i bardzo mi się podobały, podobnie zresztą jak choćby „Byłam gejszą” Lisy Dalby (czyli jak amerykańska antropolożka stała się gejszą Ichigiku). Wiadomo, japońskie tematy lubimy ogromnie. Tutaj rzecz jest o tyle ciekawa, że to autentyczna gejsza pisze o swoich doświadczeniach. Iwasaki przede wszystkim chciała być tancerką – i stała się jedną z najlepszych w historii. Jednak skostniałe reguły szkoły Inoue (szkoły tańca) nie pozwalały jej na zbyt wiele. Iwasaki na znak protestu przeciwko zasadom obowiązującym w Gion odeszła z zawodu. Miała wtedy 29 lat i była u szczytu kariery. W książce opisuje przede wszystkim to, jak doszła na ten szczyt: swoje lekcje tańca, rozterki związane z zawodem gejszy, małe tryumfy i niepowodzenia. Z własnej woli w wieku 5 lat opuściła rodzinę i została adoptowana przez właścicielkę okiya (coś w stylu domu gejsz) Iwasaki, ciocię Oimę. Wiele lat doskonaliła się w tańcu i innych sztukach artystycznych, bo gejsza to właśnie dosłownie „człowiek sztuki”. Ich świat jest niesamowity: ochaya (herbaciarnie), kimona, ozashiki („imprezy” w ochaya), tańce, muzyka. Spotykają się z niesamowitymi ludźmi: Mineko miała okazję poznać Eliego Kazana, Henry’ego Kissingera, Aldo Gucciego, a nawet stała się przyczyną małej kłótni angielskiej królowej z jej mężem. Iwasaki bezboleśnie przyznaje się do wszystkich gaf i wpadek – mnie najbardziej utkwiło w pamięci to, jak zupełnie nie była przystosowana do „świata zewnętrznego”: przez długi czas zupełnie nie wiedziała, do czego służą pieniądze, a gdy wynajęła samodzielnie mieszkanie, nie wpadła na to, że odkurzacz trzeba włączyć do prądu i chciała do reklamować – bo nie działał…

Nie wiem, na ile prawdziwe są jej opowieści. Faktem jest to, że Mineko Iwasaki zrobiła oszałamiającą karierę. I to, że świat gejsz – tradycyjnych artystek, ubranych w niesamowite kimona – powoli odchodzi w niepamięć. Tym bardziej warto czytać takie książki.

I że w ramach wyzwania „Z półki”.

„Kości księżyca” Jonathan Carroll

Carrolla czytałam jak dotąd „Krainę Chichów” (wyborna), jak również „Zakochanego ducha” i „Szklaną zupę” (niezłe). Tak, to fantastyka. I dziwna nieco proza, niekoniecznie w moim typie dziwności. Ale ja nie o tym.

„Kości księżyca” to historia Cullen, która żyje spokojnie na Manhattanie, wiodąc szczęśliwe życie z ukochanym mężem i dzieckiem. To za dnia, bo nocą przenosi się na fantastyczną wyspę Rondua, gdzie ocean jest różowy, a w jego wodach żyły niegdyś mułograbki, ziarnomlecze i jasmady. Cullen w towarzystwie swego syna imieniem Pepsi, wielbłąda Martwego, wilczycy Feliny i psa Pana Tracy’ego podejmuje (w końcu to fantasy) niezwykły quest. Cała ekipa – a dokładniej Pepsi – musi odnaleźć tytułowe Księżycowe Kości, magiczne artefakty, które dają władzę nad Ronduą. Nie jest to jednak sielankowa kraina: na Cullen i jej przyjaciół czyha wiele niebezpieczeństw, a i „realny” Nowy Jork nie jest oazą spokoju. Sprawa komplikuje się, gdy obydwa światy zaczynają się przenikać…

Wiecie, z czym mi się to kojarzy? Z „W krainie kota” Doroty Terakowskiej. Wypisz, wymaluj – powrót do krainy, o której się zapomniało, senne podróże do innego miejsca wraz z dzieckiem. Z tym, że powieść Carrolla została wydana dużo wcześniej i jest dużo bardziej… surrealistyczna. Kilka rozwiązań fabularnych było naprawdę udanych, niemniej całość mnie nie wbiła w fotel. Raczej nie mój klimat.

PS. Asia-san, dziękuję za pożyczenie!

„Kacper Ryx i król alchemików” Mariusz Wollny

I tak dochodzimy do czwartej i ostatniej część przygód Kacpra Ryxa (czy już raczej imć Turopońskiego), doktora medycyny i królewskiego inwestygatora. Trzeci tom zakończył się tak, że już nic tylko „…i żyli długo i szczęśliwie” (z lekką nutką niepokoju, patrz Kettler), ale w życiu Ryxa nic nie układa się prosto. Choć nasz Kacperek już dorósł, osiadł w pięknym domu pod Krakowem (na dzisiejsze, to prawie w centrum), porzucił profesję inwestygatora i tylko przyjmuje pacjentów. Ma cudowną żonę, Jankę, syna Kacpra Juniora – żyć nie umierać.

Zawsze mnie zastanawiało, co się dzieje po sformułowaniu „…i żyli długo i szczęśliwie”. W przypadku Kacpra jednak tak różowo nie jest. Jego relacje z Janką odległy pewnemu ochłodzeniu, zdrowie już nie to, umiłowane przygody – dawne dzieje, teraz tylko rutyna i flaszka dobrego trunku, niejedna zresztą. Do czasu. Nowa zawierucha szykuje się w związku z elekcją kolejnego władcy: o tron będą walczyć Zygmunt III Waza, wnuk Zygmunta I Starego, i arcyksiążę Maksymilian III Habsburg. Jak wiemy, zwyciężył Zygmunt – i to on jest tytułowy królem alchemików (tak, miał pracownię alchemiczną na Wawelu). Zresztą, alchemii będzie w powieści sporo: spotkamy też twórcę kamienia filozoficznego Setona i Michała Sędziwoja (ten ostatni wcale nie jest taki sympatyczny i honorowy, jak na przykład można sądzić po lekturze trylogii Andrzeja Pilipiuka…). Będą i różokrzyżowcy, i praski golem rabbiego Marahala (aka Jehuda Loew), i epidemia dżumy, i mnóstwo spisków. Kacper będzie musiał lawirować między różnymi wrogami, nowymi i starymi, a tym razem stawką jest najwyższa – bo nie idzie tylko o jego życie, ale o bezpieczeństwo jego żony i syna. To już nie jest ten beztroski Kacperek, bezczelny i szelmowaty, którego znamy z poprzednich tomów. Dorósł, spoważniał – choć nie do końca – ale ambicja, spryt i geniusz inwestygatora pozostały. Żal nieco, ale cóż, tak być musiało.

Jak to zwykle u Wollnego – siła rzeczy z historii Polski i Krakowa można się dowiedzieć. Wciąż jestem zachwycona stylem, a „turbacje” pozostają moim ulubionym słowem. Z jednej rzeczy się w sumie cieszę – obawiałam się, że Kacper pozna swoje pochodzenie (to już byłaby dla mnie przesada), ale na szczęście on sam woli pozostać w niewiedzy, a czytelnicy razem z nim. Jedyne, co mi się nie podobało – uwaga, będzie spoiler! – to zakończenie. Ja wiem, tak musi być, niemniej znów: żal nieco.

I na koniec: Kacpra Ryxa można odnaleźć także w sieci! Na razie znajdziemy tak tylko mapę Krakowa z opisanymi miejscami z powieści, ale mam nadzieję, że na tym nie koniec. Do zobaczenia, mości Turopoński. Będę tęsknić.

„Kwiaty na poddaszu” Virginia C. Andrews

Przyznam, że zapowiadało się ciekawie. Okładka i opis stosowny – naprawdę sugestywne. Że uwięzieni na strychu, w strachu przed demonicznym dziadkiem, tajemnice rodzinne. Zaintrygowało mnie. Zwłaszcza, że to wznowienie – a przecież nie wznawiają byle czego… prawda? Zastrzegam: nie podobała mi się ta książka, znudziła mnie i zirytowała. Będzie dużo prychania w niniejszej recenzji, jak i szczegółów z fabuły, więc dla przyzwoitości ostrzegam przed spoilerami.

Życie rodziny Dollangangerów to istna sielanka. Dostatnio, pięknie, szczęśliwie. Kochający się rodzice Corrine i Malcolm, oraz czwórka cudownych dzieci: Chris, Cathy, Cory i Carrie. Bajka… do czasu, gdy Malcolm  ginie w wypadku. Okazuje się, że rodzina nie jest w stanie spłacić kredytów i musi się przenieść do domu dziadków, luksusowej rezydencji. Z tym, że ojciec Corrine wyrzekł się córki, gdy poślubiła…  swego przyrodniego stryja. Karą za kazirodztwo było zerwanie stosunków i skreślenie z testamentu. A szło o naprawdę duże pieniądze. Corrine chce przebłagać ojca, by znów przyjął ją pod swe skrzydła – z tym, że nigdy nie poinformowała go o swoich dzieciach. Tak więc cała czwórka musi ukryć się na strychu do czasu, aż Corrine odzyska łaskę ojca. A jeszcze lepiej, do czasu, aż staruszek wyzionie ducha. I tak Chris, Cathy, Cory i Carrie zostają zamknięci na strychu, obwarowani tysiącami zakazów. Ich uwięzienie trwa trzy lata. Matka odwiedza ich prawie codziennie, potem coraz rzadziej, ale zawsze przynosi mnóstwo prezentów i obietnic o rychłym uwolnieniu. Jedzenie dostarcza dzieciom babka, fanatyczka religijna, która mając w pamięci straszliwy grzech ich rodziców, nieustannie poucza dzieci o przyzwoitości. Co chwila przypomina o zakazie kąpania się razem, podglądania, zakazanych uciech etc. Momentami miałam wrażenie, że wręcz ich namawia do owych grzesznych przyjemności, żeby potem móc ich z lubością potępić. Łatwo przewidzieć, że w końcu Cathy i Chris gdzieś się tam pod mrocznym parapetem dopadają. Przepraszam, ale to było żałosne. Koniec końców, Chris odkrywa, że dziadek już od roku nie żyje, a matka ich opuściła, wcześniej regularnie… podtruwając arszenikiem (cukier-puder na pączkach, oczywiście). Dzieci decydują się uciec i właśnie tą ucieczką kończy się tom pierwszy cyklu. Nie, nie czytam dalej.

Egzaltowane. Irytujące. Nie lubię powieści z wątkami kazirodczymi (jedynie „Middlesex” Eugenidesa jakoś mnie nie odrzuciło). Postać chciwej matki, która nie chcąc oddać odziedziczonej fortuny (bo tak, koniec końców zostaje z powrotem  włączona do testamentu), podtruwa swoje dzieci – prooooszę, nie. A rozterki Cathy i Chrisa, po prostu dramat. I te rozmowy z matką: Cathy wyrzuca jej, że tyle już tam siedzą, Chris jej broni, Corrine przynosi kolejne prezenty i zapewnia o swojej miłości i tak w kółko. Nieeeee. Uch i uff. Wyrzuciłam z siebie te wszystkie  żale i urazy, bo mnie jakoś zmęczyła ta książka. Po raz pierwszy chyba w blogowej historii – NIE polecam.

Ale z drugiej strony… skoro tyle emocji we mnie wzbudziła, to jednak nie jest tak źle. Zawsze uważałam, że dzieło wzbudzające emocje – nawet negatywne – jest lepsze niż takie, obok którego przechodzę obojętnie.

„Taniec ze smokami. Część II” George R. R. Martin

Jak to się ładnie składa – rok temu, w czas Wielkiejnocy, skończyłam czytać „Grę o Tron”. W tym roku przeczytałam „Taniec ze smokami” (dodam, że Boże Narodzenie spędziłam w towarzystwie dwóch poprzednich książek). Plus rok temu akurat wchodził serial – tak, przyznaję bez bicia, to stąd moje zainteresowanie „Pieśnią Lodu i Ognia” – a tu już drugi odcinek drugiego sezonu. Ładnie się składa, zaiste.

Tyle tych sentymentów historycznych. Konkretów będzie mało. Nie będę się wdawać w fabułę, bo nieznającym sagi Martina mogłoby to nieco zepsuć zabawę, a fani i tak wiedzą, o co się rozchodzi. Próbować stłoczyć takie bogactwo wątków w jedną, mała recenzję to rzecz nie tyle niewykonalna, co bezsensowna. Grunt, że nieustannie nie idzie się od draństwa oderwać. Wydawałoby się, że ledwie kilka rozdziałów minęło, a tu koniec powieści (bagatela, 700 stron!). I, jak zawsze, urywa się w takim momencie, że po prostu zionę pragnieniem przeczytania kolejnej części. Tylko, że tym razem, niestety, muszę poczekać, aż Autor ją napisze… i tak przyjdzie mi czekać pewnie ze trzy lata na dalsze koleje losów Jona, Daenerys, Tyriona – moja trójka ulubieńców – i reszcie ekipy. Czy warto? O Boże, każda strona warta czekania.

„Sycylijska rozmowa” Elio Vittorini

I znów, Sycylia. Mam do niej sentyment podróżniczy (bajeczne dwie wyprawy) i literacki (Marlena de Blasi, a przede wszystkim Giuseppe Tomasi di Lampedusa i „Lampart”). Sycylia ma coś w sobie niezwykłego – górująca nad wyspą Etna, mafia, Garibaldi, spalone słońcem góry, malownicze miasteczka o wąskich uliczkach. I ludzie, którzy są jednocześnie gościnni i niegościnni. Trudno to wytłumaczyć mnie, nie-Sycylijce. Ale w takich przypadkach z pomocą przychodzi literatura.

„Sycylijska rozmowa” to niewielka, nieco ponad stustronicowa książeczka. Elio Vittorini, powieściopisarz rodem z Syrakuz, popełnił ją w 1941 roku, co znamienne. To swego rodzaju podróż do korzeni – główny bohater, Silvestro, spontanicznie postanawia po 15 latach powrócić na rodzinną wyspę, odwiedzić matkę, zamiast tylko wysyłać jej kartkę. Jest zniechęcony swoim dotychczasowym życiem – choć ma przyzwoitą pracę i rodzinę, to wszystko jest mu jednakie, obojętne. Wraca więc do małej wioseczki w górach, do domu matki, odkrywając swoją przeszłość na nowo. To nawet nie tyle podróż sentymentalna, co podróż – jak mówi Silvestro – czwartego wymiaru. Będzie Szekspir, śledzie pieczone na węgielkach i idea Wielkiego Lombardczyka. Powieściowe maleństwo, ale magiczne.

To jedna z tych książek, gdzie zatarcie granic między metafizyką a rzeczywistością jest wprost niebywałe. Tytułowa rozmowa to dla mnie dialog po trochu z czytelnikiem, po trochu rozmowa Silvestro z matką i po trochu z samym sobą. Uchwycenie prawdziwej Sycylii – wyborne. Jakbym tam była, jakbym czuła zapach pomarańczy, chodziła po brukowanych ulicach. Warto.

PS. Wyzwanie, wciąż – „Z półki”.

„Czterej królowie Katarzyny” Małgorzata Duczmal

Lamentowałam swego czasu, że w kategorii „kobiece powieści historyczne” (patrz na przykład tu, tu i tu) brak polskich akcentów. Że ogólnie można by tyle wspaniałych książek napisać o historii Polski, a nie tylko ku pokrzepieniu serc. Może jednak nie jest tak źle, jak się wydaje – z głębi domowych półek wygrzebałam dwie pozycje, jedną o Bonie, drugą o jej córce. I od tej drugiej właśnie zaczęłam.

Katarzyna, jako się rzekło, to najmłodsza córka Zygmunta Starego i Bony Sforzy (a mieli ich w sumie cztery, nawet nie wiedziałam). Dorasta w Krakowie, wpatrzona w dzielną i potężną matkę, wzoruje się na najstarszej siostrze, Izabeli. Wie, że pewnego dnia będzie musiała wyjść za mąż za odpowiedniego kandydata i zapewnić odpowiednią pozycję rodowi Jagiellonów. W międzyczasie czytuje wiersze, uczy się łaciny, haftuje i żyje podług ścisłych reguł dworskiego zachowania – jedynym urozmaiceniem życia królewien (bo Katarzyna dzieli komnaty z siostrami, Izabelą, Zofią i Anną) bywa wyjazd do Niepołomic. Rodziców widują rzadko, matka trzyma je krótko, ojciec owszem czuły, ale córkami mniej się interesuje niż jedynym synem, młodym królem, Zygmuntem Augustem. I tak Katarzyna trwa. Umiera jej ojciec, brat żeni się z Barbarą Radziwiłłówną, Bona Sforza nie uznaje tego małżeństwa i wyjeżdża na Mazowsze, a królewny z nią. Ich jałowa niemalże egzystencja od czasu do czasu jest przerywana próbami pojednania z Augustem czy niespełnionymi wciąż swatami z różnych strony świata. Brzmi nudno? Cóż, bo jest trochę nudno. Skrócę i dodam tylko, że książka kończy się ślubem (nareszcie!) Katarzyny z młodszym o 11 lat księciem Finlandii – Janem Wazą. Królewna miała wtedy 36 lat. Ze związku tego narodzi się późniejszy król Polski, Zygmunt III Waza.

Tytułowi czterej królowie to ojciec (Zygmunt I Stary), brat (Zygmunt II August), mąż (Jan III Waza) i zapewne syn (Zygmunt III Waza). Zapewne, bo książka, która wpadła w moje łapki, to pierwsza część – domyślam się, że druga traktuje o pobycie Katarzyny w Finlandii i rządach jej syna. Uprzedzę, że nie zamierzam jej czytać. Znużyła mnie ta powieść – Katarzyna okazała się trochę bezbarwna, i choć dała się lubić, to jednak niespecjalnie mnie do siebie przekonała. Zresztą, więcej na kartach książki znajdziemy Bony Sforzy niż Katarzyny. Niestety, nie jestem zachwycona. Może ta druga powieść, o samej Bonie, będzie bardziej udana…

PS. Okładka powyżej pochodzi ze wspomnianej drugiej części – wybaczcie, ale co do tej pierwszej, to żadnej przyzwoitej grafiki nie mogłam znaleźć.
PPS. I przeczytałam w ramach wyzwania „Z półki”.