„Dziennik rumowy” Hunter S. Thompson

Tym razem kolejność była nieortodoksyjna, bo najpierw wybrałam się do kina na luźną dość ekranizację „Dziennika”, zamiast oddać się wpierw lekturze i konfrontować wyobrażenia reżysera z własnymi. W filmie, skądinąd całkiem przyzwoitym, Johnny Deep snuje się chybotliwym krokiem Jacka Sparrowa po San Juan. Gorąco, szalenie, alkoholicznie. No, niezła rzecz. Książka zresztą też ciekawa, jako i postać Autora. Thompson zasłynął jako dziennikarz i reporter, twórca stylu pisania zwanego „gonzo”, gdzie granice między powieścią a reportażem są mocno niewyraźne. Nowy typ dziennikarstwa, subiektywnego, osobistego, który święcił tryumfy w katach 60-tych i 70-tych (tutaj kilka słów więcej). Przywodzi mi to na myśl Johna Berendta i jego twórczość, zwaną „faction” (czyli „fact” i „fiction” w jednym, specyficzna forma powieścio-relacji z autentycznych wydarzeń). Ale Thompson.

„Dziennik rumowy” to historia Paula Kempa, dziennikarza-włóczęgi, który trafia do Puerto Rico i podejmuje pracę w chylącym się ku upadkowi dzienniku „Daily News” (tak tak, to też oparte na przeżyciach Autora). W redakcji spotyka całą gamę wariatów, nieudaczników, pijaków i dziwadeł. Wśród nich prym wiedze Moberg, menelowaty pijus, odpowiadający za kontakty z policją. Paul zaprzyjaźnia się z Robertem Salą, fotografem, i Fritzem Yeamonem, kolegą po piórze (choć najbardziej interesuje go dziewczyna Yeamona, śliczna Chenault – ale ta to dopiero ma problemy z alkoholem). Dziennikarze „Daily News” spędzają dnie na popijaniu piwa i rumu w barze u Ala, bywaniu w redakcji, pisania czegoś od czasu do czasu i znów rozkoszowania się rumem. Problem tylko w zdobyciu lodu – ten bywa droższy niż butelka drogocennego alkoholu. I tak się leniwie wszystko toczy, w oparach rumu. Wiem, ja ciągle z tym rumem, ale naprawdę, tam co stronę „jedna flaszka druga flaszka i też trzecia, kurde bele…”.

Obraz Puerto Rico, wyłaniający się z powieści Thompsona, wcale nie jest więc sielankowy. Kłótnie, problemy finansowe, strajki robotników, ohydni turyści, żar lejący się z nieba i developerzy, którzy w cichym, rajskim niemal zakątku na ziemi chcą zbudować sieć hoteli i sklepów. Egzystencja Paula w tym chaosie przez dłuższy czas wydała mi się niezwykle miałka – tylko chleje ten rum i obija się, zamiast zrobić coś porządnego (to się odezwało we mnie kilka purytańskich włókienek mojej duszy). Ale trudno go nie lubić. Trudno też nie zauroczyć się prozą Thompsona. Naprawdę ma coś w sobie. I czytając o Autorze, nietrudno mi wyobrazić go sobie, siedzącego na plaży i sączącego sami0wiecie-co z lodem…

A za książkę pięknie dziękuję pani redaktor z wydawnictwa Niebieska Studnia!

PS. I ogromnie podoba mnie się okładka!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s