„Czas życia i czas śmierci” Erich Maria Remarque

I jeszcze raz Remarque, bo sobie obiecałam więcej Remarque’a. Piękne są to książki, tylko niebywale smutne. I tu paradoks, bo są przejmująco smutne, ale jednocześnie podnoszące na duchu.

Tym razem towarzyszymy Ernstowi Graeberowi, który walczy w armii niemieckiej na froncie rosyjskim. Niby wojska III Rzeszy wygrywają (a tak przynajmniej głosi propaganda), ale żołnierze są świadomi, że linia obrony się załamuje, a oddziały wykruszają się pod naporem partyzantów. I tak, w obliczu klęski armii niemieckiej, Graeber dostaje urlop. Po raz pierwszy od dwóch lat może wrócić do rodzinnego miasteczka. Zastaje je podupadłe i zniszczone podczas nalotów, ale wciąż zamieszkałe. Dom rodzinny Ernsta został zbombardowany, nikt nie wie, czy jego rodzice żyją. Graeber próbuje ich szukać i spotyka różne postaci ze swojej przeszłości, sprzed wyruszenia na wojnę – zdawałoby się,  że z innego świata. Jest świadkiem upadku ojczyzny, ale też, nieoczekiwanie, przeżywa wielką miłość. Interpretacja tytułu wydaje się prosta: czas śmierci na wojnie, czas życia podczas krótkiego powrotu do domu. W obydwu „czasach” Ernst będzie musiał się zmierzyć z pytaniami: czym jest człowieczeństwo w czasie wojny, jak się odnaleźć w czarno-białych podziałach na Aryjczyków i podludzi, jak rozstrzygnąć konflikt między winą a poświęceniem.

„Czas życia i czas śmierci” pozwala czytelnikom na spojrzenie z drugiej niejako strony. O ile dotychczas czytywałam książki o II wojnie światowej raczej z perspektywy polskiej (acz zdarzyła się też powieść o blokadzie Leningradu), to tutaj ponad połowa akcji dzieje się w bombardowanym niemieckim miasteczku. Od razu przywiodło mi to na myśl cudowną książkę Marka Zusacka, „Złodziejka książek”. Dobrze jest sobie uświadomić, że zwykli Niemcy również przeżywali piekło wojny.

A ja ponawiam obietnicę „więcej Remarque’a”.

PS. A przeczytałam w ramach wyzwania “Z półki”.

„Dziennik rumowy” Hunter S. Thompson

Tym razem kolejność była nieortodoksyjna, bo najpierw wybrałam się do kina na luźną dość ekranizację „Dziennika”, zamiast oddać się wpierw lekturze i konfrontować wyobrażenia reżysera z własnymi. W filmie, skądinąd całkiem przyzwoitym, Johnny Deep snuje się chybotliwym krokiem Jacka Sparrowa po San Juan. Gorąco, szalenie, alkoholicznie. No, niezła rzecz. Książka zresztą też ciekawa, jako i postać Autora. Thompson zasłynął jako dziennikarz i reporter, twórca stylu pisania zwanego „gonzo”, gdzie granice między powieścią a reportażem są mocno niewyraźne. Nowy typ dziennikarstwa, subiektywnego, osobistego, który święcił tryumfy w katach 60-tych i 70-tych (tutaj kilka słów więcej). Przywodzi mi to na myśl Johna Berendta i jego twórczość, zwaną „faction” (czyli „fact” i „fiction” w jednym, specyficzna forma powieścio-relacji z autentycznych wydarzeń). Ale Thompson.

„Dziennik rumowy” to historia Paula Kempa, dziennikarza-włóczęgi, który trafia do Puerto Rico i podejmuje pracę w chylącym się ku upadkowi dzienniku „Daily News” (tak tak, to też oparte na przeżyciach Autora). W redakcji spotyka całą gamę wariatów, nieudaczników, pijaków i dziwadeł. Wśród nich prym wiedze Moberg, menelowaty pijus, odpowiadający za kontakty z policją. Paul zaprzyjaźnia się z Robertem Salą, fotografem, i Fritzem Yeamonem, kolegą po piórze (choć najbardziej interesuje go dziewczyna Yeamona, śliczna Chenault – ale ta to dopiero ma problemy z alkoholem). Dziennikarze „Daily News” spędzają dnie na popijaniu piwa i rumu w barze u Ala, bywaniu w redakcji, pisania czegoś od czasu do czasu i znów rozkoszowania się rumem. Problem tylko w zdobyciu lodu – ten bywa droższy niż butelka drogocennego alkoholu. I tak się leniwie wszystko toczy, w oparach rumu. Wiem, ja ciągle z tym rumem, ale naprawdę, tam co stronę „jedna flaszka druga flaszka i też trzecia, kurde bele…”.

Obraz Puerto Rico, wyłaniający się z powieści Thompsona, wcale nie jest więc sielankowy. Kłótnie, problemy finansowe, strajki robotników, ohydni turyści, żar lejący się z nieba i developerzy, którzy w cichym, rajskim niemal zakątku na ziemi chcą zbudować sieć hoteli i sklepów. Egzystencja Paula w tym chaosie przez dłuższy czas wydała mi się niezwykle miałka – tylko chleje ten rum i obija się, zamiast zrobić coś porządnego (to się odezwało we mnie kilka purytańskich włókienek mojej duszy). Ale trudno go nie lubić. Trudno też nie zauroczyć się prozą Thompsona. Naprawdę ma coś w sobie. I czytając o Autorze, nietrudno mi wyobrazić go sobie, siedzącego na plaży i sączącego sami0wiecie-co z lodem…

A za książkę pięknie dziękuję pani redaktor z wydawnictwa Niebieska Studnia!

PS. I ogromnie podoba mnie się okładka!

„Tokijskie ABC” Olgierd Budrewicz

Przeczytałam (no, przyznaję się, raczej przekartkowałam) tę nieco sfatygowaną książeczkę w ramach studiów komparatywno-chronologicznych. To znaczy, bardzo lubię czytać relacje gaijinów z wojaży z Kraju Kwitnącej Wiśni. A porównanie chronologiczne w tym wypadku opiera się na tym, że „Tokijskie ABC” wydano w 1970 roku. To relacja Olgierda Budrewicza, dziennikarza i pisarza, reportera wielu warszawskich – i nie tylko – gazet. Budrewicz odwiedził reportersko ponad 160 krajów, niektóre jako pierwszy polski dziennikarz.

Mamy więc wycieczkę po Tokio Tower, Teatrze Narodowym (zarówno spektakl kabuki, jak i okazały się wyzwaniem ponad możliwości Autora), Kasumigaseki (najwyższy na tamte czasy wieżowiec), rozliczne bary, fabrykę Sony, Canona i wiele innych miejsc. Będzie o hostessach, jedzeniu, górze Fuji, samurajach i supernowoczesnych pociągach (200 km/h, dacie wiarę?). Budrewicz zwiedził Tokio wzdłuż i wszerz, ale nie tylko – wybrał się też do Nary i Kioto (określa to ostatnie jako „Kraków Japonii”). Odwiedził Hiroshimę, zresztą niecałe ćwierć wieku po zrzuceniu bomby atomowej. Wstrząsająco opisuje miasto, które nigdy nie pozbędzie się piętna katastrofy. Od razu przyszła mi na myśl Kesennuma i inne miasta, zniszczone przez zeszłoroczne trzęsienie ziemi i tsunami…

Wrażenie z lektury mam dwa, jedno tyczy zmienności, drugie niezmienności. Primo, zmiany, jakim podlega nasz świat – i ich tempo! – bywają zatrważające. Jako ilustracja – rozczulająca scena w fabryce Sony, kiedy to Autor opisuje swoje poruszenie nowym wynalazkiem, zwanym videocorder. „Posiadacz może nagrywać kolorowy (sic! – JM) program telewizyjny, a następnie odtwarzać go dowolną ilość razy, zatrzymywać obraz, puszczać go w zwolnionym tempie etc., może także filmować i natychmiast odtwarzać scenę z życia, na przykład z sali operacyjnej, ze stadionu sportowego itd.”*, zachwyca się Budrewicz. Ani chybi czary.

Secundo, niezmienność. Niezmienna wydaje mi się japońska mentalność. Honoryfikatywność, uprzejmość. Specyficzne relacje damsko-męskie. Ciężko to uchwycić w słowa. Nie chodzi mi o to, że owa mentalność skostniała gdzieś na poziomie szogunatu Tokugawów, ale że wobec pędu cywilizacyjnego i zmian technologicznych te mentalne bywają… powolniejsze.

Na zakończenie – jeszcze jeden cytat. O sushi. „Dwa kęski, ale jakże to trudne do przełknięcia! O-Sushi to rodzaj japońskiej kanapki. Składa się często z tych samych elementów: surowej ryby, ryżu i „opakowania” w postaci listka wodorostu. Wszystko razem jest zimne i mdłe, stanowi jednak przysmak Japończyków”**. Ach, gdyby Budrewicz wtedy wiedział, że czterdzieści lat później będziemy na te mdłe dwa kęski wydawać ciężkie pieniądze…

* Olgierd Budrewicz, „Tokijskie ABC”, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 1970, s. 152-153.
** Tamże, s. 215.

„Kacper Ryx i tyran nienawistny” Mariusz Wollny

Sama się sobie dziwię, co tak długo mnie zatrzymywało od rzucenia się na kolejną część przygód królewskiego inwestygatora. Z drugiej strony, staram się dawkować sobie czytelniczą przyjemność (stąd  „Taniec ze smokami” wciąż leży i czeka – jak z Kubusiem Puchatkiem, który mawiał, że przyjemne jest jedzenie miodku, ale najprzyjemniejsza jest chwila, zanim zacznie się jeść). Ale w związku z chwilowym stanem nie-zdrowia, pozwoliłam sobie na dwa dni leżenia w łóżeczku i rozkoszowania się lekturą wszelaką – w tym Kacpra Ryxa.

Tym razem turbacje imć Kacpra wykraczają poza Kraków. Zanim powiem coś więcej, ostrzegam, że będę spoilować. Dlatego tych, którzy nie czytali dwóch pierwszych części, upraszam o natychmiastową lekturę – bo rewelacyjna. A teraz do rzeczy: końcówka drugiej części naprawdę mogła przyprawić o palpitacje serca – zali żył będzie mości Kacper czy umrzy niechybnie?! Na szczęście, udaje mu się przeżyć, ale tylko na ciele – rany duszy nie leczą się tak łatwo. Bo jak tu zwykły chudopachołek, choć przecież inwestygator królewski, może się żenić ze szlachcianką, jaką okazała się śliczna Janka? Kacprowi się po prostu wszystkiego odechciewa. Janka wyjeżdża z powrotem na dwór królowej do Warszawy, a nasz bohater będzie machinalnie egzystował w Krakowie. Na szczęście trafi mu się nie lada fucha i możliwość – ma się udać na dwór króla Stefana Batorego (zwanego przez przeciwników „tyranem nienawistnym”), by wykryć zdrajcę. W perspektywie wojna z księstwem moskiewskim, a na wojnie zawsze potrzeba medyków. Zatem, jak się dobrze Kacper zakrzątnie, to nie tylko uda się mu uzyskać nobilitację (i możność poślubienia umiłowanej Janki), ale i zemścić na odwiecznych wrogach – zwłaszcza zdradzieckiej i podłej familii Zborowskich. Ale nie będzie łatwo… Autor zgotował swoim bohaterom prawdziwą gehennę – Kozacy, Tatarzy, Moskale, a do tego jeszcze swoi dybią na życie Kacpra i Janki. Aż dziw, że się toto wszystko może dobrze skończyć.

Niemniej – dalej jestem ogromną entuzjastką powieści o Kacprze. Mam do nich mocno osobisty stosunek, bo uwielbiam różne takie opowieści o Krakowie. I przyznam, że choć owszem, bardzo lubię samego Ryxa (zwłaszcza za to, że nie jest taki… niepokalany…), to też darzę sympatią kilka innych postaci, niekoniecznie z gruntu pozytywnych – wśród nich Garbus (no naprawdę) i Niziołek. Plus coraz bardziej podoba mi się (jeśli to dobre słowo) Kettler.

Na zakończenie, po prostu wyrażę niecierpliwe oczekiwanie na przeczytanie tomu czwartego i nieustannie zachęcam do czytania o Ryxie. Fajna chłopina, a choć turbacji w jego życiu wiele, i tak da sobie radę.

„Mnisi-czarnoksiężnicy” Pu Songling

I kolejna pożyczona książka, tym razem znów od Natalii, od razu dziękuję, za świeżej pamięci. Podtytuł („Mnisi-czarownicy, czyli niesamowite historie o dziwnych ludziach”) i okładka (utrzymane w ciepłej tonacji wizerunki mędrca i dwóch dam) sugerują chińskie opowiastki fantastyczne i tak w rzeczywistości jest. Ale rozczaruje się ten, który by oczekiwał czegoś w stylu japońskiego„Kwaidan” Lafcadio Hearna – grozy nie ma ty zbyt wiele, ale niesamowitość, owszem. Tylko ci tytułowi mnisi nieco mylący, bo to raczej powiastki o urzędnikach.

Niewielka książeczka stanowi zbiór kilkunastu noweli o charakterze mocno dydaktycznym. Spisał je siedemnastowieczny chiński literat, Pu Songling, też zresztą urzędnik. W owych czasach krótkie nowele z morałem były niezwykle popularne, a pisywali je dla rozrywki najczęściej byli lub niedoszli urzędnicy. Owo moralizatorstwo było potwierdzenie użyteczności społecznej tekstów (że nie tylko bajamy o kobietach-lisach i duchach, ale że coś pożytecznego z tego również wynika).

Na kartkach „Mnichów…” spotykamy najróżniejsze postaci: wierną swatkę Qingmei, złą żonę Jiangzheng, mężnego Cui Menga, leniwego Wang Zhenga i wielu innych. Dużo będzie historii o miłości, pięknej i wiernej, ale też o trudzie pracy, nauki, wychowaniu dzieci i zarządzania domem. Co druga postać okazuje się lisem – czyli zwierzęciem o nadprzyrodzonych zdolnościach. W Chinach wierzono, że lisy potrafią przyjmować różne kształty, wodzić szlachetnych na pokuszenie albo im pomagać (u Songlinga mamy głównie lisy przyjazne, na szczęście). Ogółem, miła i przyjemna lektura, dzięki której można wiele się dowiedzieć na temat chińskiej kultury. Lubimy.

PS. Natalia – dziękuję za pożyczenie!

„Życie seksualne królów Polski i inne smakowitości” Ludwik Stomma

Ostatnio mam coś dobrą passę na pożyczane książki. Tym razem panna Adrianna wyciągnęła mi z swej szuflady niedużą, czerwoną książeczkę, polecając, że dobra. Tytuł mnie zaintrygował, a dopiero później spojrzałam, kto to napisał – i już od razu wiedziałam, że to je to.

Zaprawdę, gdyby takiej historii uczyli w szkołach, to dziatwa mogłaby być naprawdę zainteresowana. Ja, szczerze mówiąc, nie jestem entuzjastką polskiej historii, choć ostatnio – vide Kacper Ryx – trochę mi już z nią raźniej. A tu okazuje się, że w naszych dziejach zachodzi pewna prawidłowość – im lepszy, bardziej zasłużony polski władca, tym większym rozpasaniem seksualnym cechowała się jego działalność w alkowie. „Jest w tym dziwna prawidłowość – zauważa Stomma. Królowie wyuzdani seksualnie, jak Bolesław Chrobry, Kazimierz Wielki, Stefan Batory, Władysław IV, Jan III Sobieski dobrze przysłużyli się ojczyźnie. Cnotliwcy typu Zygmunta III Wazy czy Augusta III, jak też pseudoromantycy – Jan Kazimierz, Aleksander, Stanisław August Poniatowski – byli jej nieszczęściem”*. To, przyznam, jeden z łagodniejszych fragmentów, bo Stomma raczej w słowach nie przebiera. I tak dowiadujemy się, że Kazimierz Wielki miał cztery żon – w tym trzy naraz, legalnie, ślub kościelny i w ogóle – i całe rzesze kochanek. Nie na darmo nosił przydomek „Wielki”… I jeśli myślicie, że listy Jana III Sobieskiego do Marysieńki to li i jedynie czułe romantyzmy, och, jakże się mylicie. Przykładów można mnożyć i mnożyć, a to jeszcze nie wszystko.

Druga część książeczki – „inne smakowitości” – to garść esejów na tematy różne. Będzie o kalendarzu, o prima aprilis, o wiośnie. Czytamy więc, że, jak wynika z analizy dat wielkich bitew, „statystycznie mężczyźni najbardziej lubią wyrzynać się wzajemnie w sezonie letnim”**. Załapały się też i czarownice, postaci – jak wiecie – miłe memu sercu. Dowiedziałam się między innymi, że czarownice palono na stosach wyłącznie na wiosnę i w lecie – by nie marnować drewna na opał, o które tak trudno w zimie. Jakież to praktyczne.

Ironiczno-złośliwo-sceptyczny styl Stommy jest zachwycający. Lekki, ale nie „zbyt”. Chodzi mi o to, że po przeczytaniu prawie całej książeczki na raz nie mam uczucia nadmiaru tych ironicznych, spiętrzonych w dowcipie zdaniowych konstrukcji. Jak czytaliście „Cuchnący Wersal” Elwiry Watały (skądinąd przedni, tylko trzeba czytać fragmentami, bo głowa boli od obfitego stylu), to wiecie, o czym mówię. A Stomma? Delicje! Żal, że tak krótko.

PS. I stokrotnie dziękuję Adzie :)

*Ludwik Stomma, „Życie seksualne królów Polski i inne smakowitości”, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa 2002, s. 53-54.
** Tamże, s. 181.

„Wieża Zielonego Anioła” Tad Williams

Będzie zbiorczo o czterech częściach jednego tomu trylogii Williamsa „Pamięć, Smutek i Cierń”(a te cztery części to „Cierpliwy kamień”, „Kręta droga”, „Toczące się koło” i „Płonąca wieża”). Nie będę się rozdrabniać nad nimi, traktuję je jako spójną całość. Lojalnie też uprzedzam, że będzie dużo spoilerów. Dla tych, którzy nie czytali całości, rzeknę, że pierwszy tom mi się podobał, drugi mnie nieco znużył, natomiast trzeci… nie szło się oderwać. Pewnie też dlatego, że to ostatni i nie posiadałam się z ciekawości, jak też wszystko się zakończy.

Wojna księcia Josuy i jego sprzymierzeńców z królem Eliasem i potężnym Inelukim, Królem Burz, nieuchronnie zbliża się ku końcowi. Po spotkaniu na legendarnym Kamieniu Rozstania i straszliwej bitwie u jego podnóża, wszyscy bohaterowie – Simon, Miriamele, Binabik, Tiamak, Josua i jego oddziały, Sithowie, Rimmersmeni i inni – zdają się zbliżać do zamku Hayholt, gdzie wszystko się zaczęło. Czy jednak ustrzegą się przed fałszywymi posłańcami, przed którymi ostrzegała ich Geloe? Przeciwnik jest niezwykle silny, i dzielni, choć nieliczni sprawiedliwi, zaczynają wątpić w swoje zwycięstwo…

I tu będą spoilery: nono, opcja z Camarisem wyborna. A rozwiązanie całości – tzn. jego romans z żoną Eliasa – w życiu bym na to nie wpadła. Co prawda królewskie pochodzenia Simona – choć przewidywalne – trochę mnie zniesmaczyło, no ale niech już będzie i niech panuje długo i szczęśliwie, hejże ha. Do irytujących mnie postaci dołączyła Miriamele (z kobiecych protagonistek wolałam Aditu) i ogromnie mi było żal Maegwin – straszliwy los ją spotkał. Last not least, jedna z ostatnich scen – spotkanie Simona i Rachel Smoka – naprawdę mnie dogłębnie wzruszyło. Wychodzi na to, że jestem w stanie pochlipać nawet na książce fantasy.

Koniec spoilerów. Kolejna pozycja z kanonu zaliczona, i tym razem naprawdę było w porządku – to tak podsumowując wszystkie trzy tomy. Naprawdę, warto.

PS. I Basi dziękuję za ofiarne przytachanie mi drugiego i czteroczęściowego trzeciego tomu :)

„Kacper Ryx i król przeklęty” Mariusz Wollny

Imć Ryx, inwestygator królewski, znów w obieży – niejedna zagadka czeka na jego genialne rozwiązania. A turbacji w owym czasie w Krakowie wiele. Umiera Zygmunt August, nie pozostawiając syna. Szlachta zbiera się, by wybrać nowego władcę. Decydują się na Walezjusza, Henryka, brata francuskiego króla. Czy to dobry wybór? Historia pokaże. Tymczasem w mieście grasuje upiorny jeździec bez głowy, ginie doktor Akademii Krakowskiej, ktoś planuje zamach na protestantów… tajemne bractwa, zakazane księgi, morderstwa. Kacperek będzie musiał srogo wytężyć mózgownicę. A w całe to zamieszanie przybywa banda Francuzów, wyfiokowanych, nawykłych do rozpusty, same ohydztwo. A z nimi płatni zabójcy i różne inne niecnoty. Konflikt Walezjusze kontra Gwizjusze przenosi się także na polskie ziemie. Do tego ktoś będzie chciał mocno ośmieszyć nowego władcę… Co więcej, Kacpra będą też targać osobiste rozterki – śliczna Janka, która z pacholęcia wyrosła na cudowną kobietę, przestaje się nim interesować. Co więcej, jako dwórka królewny Anny Jagiellonki wyjeżdża do Warszawy. A Kacper będzie musiał odzyskać jej afekt.

Jak przy poprzednim tomie, nie szło się oderwać. Cudowna staropolszyczyna znów zachwyca. A intertekstualność Wollnego naprawdę mnie zadziwia (zwłaszcza ten fragment, który odwołuje się do mądrego sędziego z Bagdadu – wypisz wymaluj „Szatan z siódmej klasy”). Sam Kacper jest inteligentny, bystry, uroczy i dowcipny. Nieustannie można dowiedzieć się mnóstwo ciekawych rzeczy o dawnym Krakowie. Notabene, ekipa francuska w książce jest mało pozytywnie odmalowana – banda drani, oddających się lasciwii (czyli rozpuście) na prawo i lewo. A demoniczna Katarzyna de Medici, mamusia Henryka, to potwora z piekła rodem (czyli ten wizerunek, który usilnie chciał odczarować Gortner, patrz tu). Koniec końców, chyba jeszcze lepsze, niż pierwszy tom. A kończy się takim cliffhangerem, że normalnie… dawać trzeci!

A książkę przeczytałam w ramach wyzwania „Z półki”.

„Kobieta na krańcu świata” Martyna Wojciechowska

Wojciechowską kojarzę z wyglądu – „a, to ta podróżniczka”. Że coś tam w telewizji prowadziła, że jakąś książkę napisała. „Kobietę…” pożyczyła mi Kasia (dzię-ku-ję!) i przykazała czytać. I trafiła w sam raz, bo to trochę podróżniczo, owszem, ale i kobieco, i kulturoznawczo – a to lubimy bardzo.

„Kobieta…” to książkowa wersja programu telewizyjnego pod tym samym tytułem. Oglądać można trzy „sezony”, przeczytać dwie. I tak z Martyną i jej ekipą podróżujemy do najbardziej egzotycznych zakątków świata, by spotkać się z niezwykłymi kobietami i poznać ich życie. Carmen, zapaśniczka z Boliwii, walczy na ringu z mężczyznami. So Tonh, pracuje na polu minowym w Kambodży i nigdy nie wie, czy wieczorem wróci do domu. Bien, Wietnamka, mieszka na łodzi w zatoce, hoduje ryby. Raisiua z namibijskiego plemienia Himba właśnie wyszła za mąż. Edith jest jedną z niewielu kobiet-kowboi w Argentynie. Jacqueline, Wenezuelka i Miss Świata, bez skrępowania opowiada o swoich zastrzykach z botoksu. Daphne prowadzi w Kenii sierociniec dla słoni. Maryam i Wache, pierwsza i druga żona pewnego muzułmanina z Zanzibaru, mieszkają o 19 kroków od siebie. Dziewięć wspaniałych kobiet. Martyna pyta je o zmagania z codziennością i marzenia, razem z ekipą dokumentuje ich zwykły dzień.

Pięknie wydana książka, pełna wspaniałych zdjęć. Dużo się można dowiedzieć, parę razy skłonić do refleksji. Niektóre rzeczy mnie zupełnie zaskoczyły – jak choćby cały rozdział o kambodżańskich polach minowych. A z kolei rozdział o sierocińcu dla słoni jest wzruszający. Zatem, polecam. I oczekuję na kolejną książkową część wypraw Martyny Wojciechowskiej.

PS. A za pożyczenie podziękowania należą się Kasi :)