„Tropiciel” Orson Scott Card

Carda czytałam już sporo, dokładniej półtorej sagi – wszystkie części o Alvinie Stwórcy plus dwie pierwsze o Enderze. Autor przyznał niegdyś w wywiadzie dla „Nowej Fantastyki” (12/2010), że fascynuje go właśnie ten okres życia bohatera, kiedy jeszcze nikt nie wie, że w przyszłości stanie się sławny. „Lubię zajmować się tym etapem życia, w którym jego charakter i osobowość są jeszcze kształtowane. Kiedy człowiek staje się dorosły, wszystko, co robi, jest uwarunkowane przez jego dzieciństwo, dorastanie”, powiedział Card. Jak dotąd, właśnie takie jego powieści czytałam – poznajemy młodego bohatera, niekiedy zupełne dziecko, które jednak nosi znamiona Wyjątkowego Herosa. Będzie musiał się wiele nauczyć – panowanie nad swoimi nadludzkimi mocami, odróżnianie dobra od zła, bezcenna wiedza o tym, komu zaufać, a komu nie, jak również poznanie zasad rządzących wszechświatem. Dla mnie to naprawdę wszystko jest to samo – „Znacie?” „Znamy.” „To posłuchajcie!” – ale, co najzabawniejsze, to wcale nie jest wada książek Carda. Po prostu nie można czytać pięciu naraz, tylko robić sobie dłuższe przerwy, troszkę pozapominać, a potem oddawać się rozkoszy pogoni za fabułą. Mało które rozwiązanie akcji zaskoczyło mnie tak, jak w „Grze Endera”. A od „Tropiciela” również nie idzie się oderwać.

Tyle w ramach wstępu.  Tytułowy tropiciel to młodziutki Rigg, który wraz z ojcem przemierza ostępy Wodogrodu na planecie Arkadia. Od dzieciństwa posługuje się niezwykłych darem – widzi ścieżki, którymi chodzili w przeszłości ludzie i zwierzęta. Wie, kto gdzie jest i kto gdzie chodził. Gdy ojciec Rigga ginie, chłopiec, zgodnie z jego wolą, udaje się do stolicy dawnego imperium Sessamo. Tam ma odnaleźć swoją siostrę i matkę, o których istnieniu nie miał pojęcia. Tym samym będzie musiał na nowo odkryć swoją tożsamość i wplącze się w sam środek intryg Ludowej Rady Rewolucyjnej i stronnictw rojalistów. Świat jest zupełnie inny, niż sobie wyobrażał. Czym jest tajemnicza wieża w mieście O, a czym Mur, do którego nie można się zbliżyć? Czego – albo przed czym – chroni? To tylko kilka z pytań, na które Rigg będzie musiał znaleźć odpowiedź. Przy okazji, jak zawsze, trzeba będzie uratować świat, ale to raczej w następnym tomie – „Tropiciel” to pierwsza część cyklu.

Drugim torem toczy się dużo krótsza historia kapitana Rama Odyna, który wyrusza z Ziemi na statku pełnym kolonistów. Ma dokonać zakrzywienia czasoprzestrzeni i znaleźć nową siedzibę dla ludzkości. Nietrudno się domyślić, na jaką planetę trafią…

Jak to u Carda, oderwać się nie da. Tak, to już wszystko było, ale sposób, w jaki całość jest podana, nieustannie mnie zachwyca. Co prawda, Mur natychmiast skojarzył mi się z Westeros i „Pieśnią Lodu i Ognia” Martina, ale to niedokładnie to.  Zresztą, niejeden Mur w literaturze fantasy postawiono – patrz choćby „Gwiezdny pył” Gaimana. Poza tym, u Carda – choćby wszystko wydawało się nam znajome i ograna – zawsze znajdzie się jakiś świeży pomysł. Dziewiętnaście statków! Z drugiej strony, książki, w których bohaterowie cofają się w czasie, zawsze wywołują u mnie spory mętlik. Na szczęście Autor tłumaczy wszystko przystępnie (i serwuje czytelnikom dodatkowe wyjaśnienia w posłowiu, boski pomysł), więc nie pogubiłam się za bardzo. Uniwersum wciąga, powieść urywa się w bardzo niepokojącym momencie, nic, tylko czekać na dalszy ciąg. W Stanach ma się ukazać w marcu. Czekam!

A książkę przeczytałam w ramach wyzwania „Z półki”.

10 thoughts on “„Tropiciel” Orson Scott Card

      1. Polecam „Słowika”. Dziwne, krótkie, ale nie wiedzieć czemu wywarło na mnie niesamowite wrażenie. Może dlatego, że byłam za mała…

      2. Card i le Guin to moi ukochani pisarze sci-fi. Poleciłabym jeszcze „Szkatułkę” (choć to horrorowate trochu), bo Card potrafi budować one-time story, jednotomowe, krótkie historie.
        Plus, „Ksenocyd” trzasnął mnie między oczy swoją wielopoziomowością.

      3. Właśnie muszę wrócić do le Guin, bo ją z kolei czytałam stanowczo za wcześnie, by docenić całokształt… a Endera doczytałam tylko do „Mówcy Umarłych”, też mnie czeka nadrabianie ^^

      4. Niestety mam zgubny zwyczaj czytania wszystkiego ze stajni ukochanych autorów (to samo dotyczy oglądania każdego gniota moich ukochanych aktorów/reżyserów), więc oprócz” Tropiciela” mam całego Carda za sobą (Guin zresztą też).
        „Ksenocyd” w mojej opinii jest lepszy od „Mówcy…” choć sama koncepcja Mówcy, szczerze powiedziawszy, zmieniła mi optykę na kilka rzeczy.
        A poza tym… http://a2.img.mobypicture.com/861826419e0b9105ceb129a9dcba100d_new_medium.jpg

      5. A, no to jest dość zgubny zwyczaj, niestety, zwłaszcza, gdy autorowi na przykład u progu kariery zdarzyło coś słabszego…
        Co do Garfielda: nigdy w to nie wątpiłam :3

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s