„Święto Kozła” Mario Vargas Llosa

To moje drugie podejście do Llosy – trzy lata temu czytałam „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki”, które mnie nie zachwyciły (głównie z uwagi na irytację, jaką wzbudzała we mnie główna bohaterka). Ale nie można się uprzedzać, wszyscy Llosę, zachwalają, noblista przecież, bilety na spotkanie z nim skończyły się po 10 minutach, coś w nim musi być.

Więc Dominikana i dyktatura Trujillo, zwanego „Kozłem” (jak również Generalissimusem, Dobroczyńcą i Szefem). Trzy wątki prowadzą nas przez rządy Trujillo. W pierwszym mała grupka spiskowców siedzi i czeka w samochodzie. Jest 30 maja 1961 roku, data znamienna, choć oni jeszcze tego nie wiedzą. Skrupulatnie zaplanowali zamach i jego następstwa. Niecierpliwie, z ekscytacją ale i pełni wątpliwości oczekują przyjazdu niebieskiego chevroleta, w którym ma jechać… Trujillo.

Wątek drugi rozpoczyna się rankiem tego samego dnia i tu głównym bohaterem jest sam Szef. Obserwujemy jego stały rozkład dnia – od pobudki o czwartej rano aż do upojnego, zdałoby się, wieczoru, w jednej z rezydencji. Spotkania ze współpracownikami – okrutnym szefem bezpieki, marionetkowym prezydentem, generałami – i setki innych ważnych spraw wypełniają czas Trujillo. Sam sobie stara się udowodnić, że jeszcze potrafi rządzić, że nie jest już zniedołężniałym starcem. Że nigdy nie opuści posterunku i nie ucieknie, ale zginie w walce.

Powieść otwiera i zamyka trzeci wątek, który przenosi nas trzydzieści lat później, w rok 1991. Wtedy do dawnego Ciudad Trujillo – czyli obecnie Santo Domingo – powraca Urania Cabral, córka zaufanego (fikcyjnego) współpracownika dyktatora, Agustina, zwanego „Mądralą”. Agustin Cabral popadł pod koniec rządów Trujillo w niełaskę – a jak to się stało i jak próbował to odwrócić, oto mroczna tajemnica z dziejów rodziny. Konfrontacja z bliskimi, w tym sparaliżowanym ojcem, duchy przeszłości i ogromna trauma – oto, z czym przyjdzie się zmierzyć Uranii.

Przyznam, że zmęczyła mnie ta powieść. Przeskakiwanie z rozdziału na rozdział, z wątku na wątek – wciągnęłam się, a tu zmiana postaci i historii – nie przepadam za takimi rozwiązaniami kompozycyjnymi. Poza tym, „Święto Kozła” opisuje straszne czasy – terroru mentalnego i fizycznego. Prania mózgu, propagandy, bezlitosnego reżimu. Z jednej strony Trujillo budzi uwielbienie, z drugiej przerażenie. Wszyscy drżą na samą myśl o niełasce. Niełatwo czyta się takie historie, mając świadomość, że to wszystko zdarzyło się naprawdę. Fikcyjna jest tylko sama rodzina Cabral, ale Autor starannie umieścił ją w realiach epoki. Koniec końców, z pewnością jestem bogatsza o nowe doświadczenie literackie – zawsze uważałam, że powieści historyczne stanowią wspaniałe preludium do pogłębienia swojej wiedzy. Zaraz po zamknięciu książki sprawdzałam, „jak to było naprawdę”. Ale jak na razie robię sobie od Llosy przerwę.