„Lampart” Giuseppe Tomasi di Lampedusa

„Na pewno ci się spodoba”, obiecywała znajoma, przejrzawszy kilka notek na rzeczonym blogu. „Powinno być w Jagiellonce”. To pożyczyłam. Słusznie uczyniłam.

Rzecz zaczyna się w 1860 roku na Sycylii, a główną postacią jest don Fabrizio Salina, ostatni Lampart, ostatni z rodu Salinów, dumny i wspaniały szlachcic. Gdy nastają nowe czasy – na wyspie triumfują żołnierze Giuseppe Garibaldiego, arystokracja stopniowo traci wpływy – Salina będzie się musiał odnaleźć w nowej sytuacji, on i jego rodzina. Zresztą, fabuła to jedno, a sposób opisania – drugie. Matko jedyna, ależ to jest napisane. Po prostu poezja! Te metafory, te porównania, ten styl. Nawet tak zwyczajna rzecz jak opis pogody to małe arcydzieło: „słońce znów wstąpiło na tron niczym monarcha absolutny, wygnany na tydzień przez barykady poddanych, który powraca do władz gniewny, ale skrępowany kartą konstytucji”. Jestem zupełnie zauroczona. Jednocześnie nie za wiele tej poezji, nie czułam się przytłoczona, bo czasem to przerost formy nad treścią bywa.

To niezwykłe, czytać o burzliwych czasach zjednoczenia Włoch akurat w jubileuszowym roku 150-ciolecia. Zresztą, w dość przedziwny sposób „Lampart” przypominał mi „Pana Tadeusza”. Tak samo chwilami gorzki, a chwilami sentymentalny, choć bez egzaltacji. Smutny niekiedy, ale nie dołujący. Narrator, który czasem wtrąca coś o przemijaniu świata przedstawionego, nie lamentuje, tylko stwierdza fakty. Z reguły czytając o upadłych cywilizacjach, minionych epokach, czuję rozżalenie, że to już nie wróci. A w „Lamparcie”, jak raz, nie. I to zakończenie, choć również gorzkie, to jednak nie pozostawia niesmaku. Klasyka przez duże K.

4 thoughts on “„Lampart” Giuseppe Tomasi di Lampedusa

  1. Oj, jak mi się podobało. Wróciłam do tej książki po latach, pierwszy raz nie skończyłam (ileż mozna czytac opisy!), a teraz pochłonęłam bardzo szybko, zachwycając się… opisami. To poruszający obraz świata, który odchodzi w przeszłość na oczach żyjących w nim ludzi przyjmujących to wszystko ze stoickim spokojem. I nie śmiej się, ale przypomina mi nieco „Przeminęło z wiatrem” – tam też dobrze znany świat z jego uświęconymi prawami rozpadał się, budząc u niektórych tesknotę, u innych gorączkową chęć przetrwania.
    I bardzo się cieszę, że od tej pory nie będę patrzeć na Sycylię – wieczną kolonię, jak okreslił wyspę sam Lampart, książę Salina – jedynie przez pryzmat „Ojca chrzestnego”.

    1. „Przeminęło z wiatrem”! No pewnie, że tak! Jakżebym się mogła śmiać :)
      Ja w sumie nie lubię książek o świecie, który przemija, ale tu jednak zachwycił mnie sposób, w jaki to przemijanie zostało opisane. Żal ogromnie, tego, co odchodzi, ale pięknie żal…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s