„Książę Mgły” Carlos Ruiz Zafón

Na hasło „Zafón” pojawia się automatycznie odzew „Cień wiatru”. Słusznie, w końcu to najbardziej poczytna powieść pisarza, ale oprócz dziejów rodziny Sempere w dorobku Autora znajdziemy kilka książek młodzieżowych. Jak dotąd, czytałam „Marinę” – bardzo mi się podobała. Klimat grozy oddany jest tam niesamowicie, to jedna z niewielu powieści, która mnie autentycznie wystraszyła. Ta scena, w której Oscar i Marina wkradają się do opuszczonego teatru, oczywiście w środku nocy, i przeciskają się między starymi marionetkami – na samo wspomnienie mam dreszcze…

Ale „Książę Mgły”. Rodzina Carverów, chcąc uciec od koszmaru wojny, wyjeżdża do małej, miejscowości na wybrzeżu Atlantyku. Zamieszkują w dawnym domu doktora Fleischmanna, tuż obok niepokojącego, pełnego posągów ogrodu. Dziwne to i tajemnicze miejsce. Max Carver i jego starsza siostra Alicja zaprzyjaźniają się z Rolandem, który uczy ich nurkować, oprowadza po okolicy i opowiada dawne historie o zatopionym u wybrzeży wraku statku. Jednak demon z przeszłości, złowrogi Książę Mgły, który zniszczył życie rodziny Fleischmannów, wkrótce powróci. Max, Alicja i Roland będą musieli stawić mu czoło i rozwikłać wiele tajemnic z przeszłości.

Połknęłam błyskawicznie. Zafóna się świetnie czyta, niezależnie, czy pisze dla dużych, czy dla małych. Młodzież, jak się zdaje, preferuje książki niezbyt obszerne, toteż powieść liczy sobie niecałe 200 stron. Jak dla mnie to za mało, ale przecież (o zgrozo, lata lecą) nie jestem targetem książki. Tajemnice, duchy, trochę grozy (cmentarz, posągi cyrkowców, te sprawy – dla mnie cyrk jakoś zawsze był nieco… upiorny), w sam raz na jesienny wieczór. Jeden wieczór.