„Mitologia Korei” Halina Ogarek Czoj

Z przyjemnością ogłaszam, że to jubileuszowa recenzja w historii tegoż bloga, numer dokładnie 50. Jak głosi stara góralska pieśń, „choć 50 na liczniku, gaz do dechy, zatrzymamy się przy setce…”.

Do rzeczy. „Mitologia Korei” należy do serii „Mitologie świata”, czy małych, czarnych książeczek wydawanych w zamierzchłych czasach (30 lat temu) przez Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe. Zaliczyłam już „Mitologię Celtów” i „Mitologię Japonii”, teraz poluję na wersję chińską. Format książeczek jest wręcz idealny do niewielkiej damskiej torebki, tonaż również, więc woziłam ją ze sobą i podczytywałam w środkach komunikacji miejskiej.

Koreę postrzegamy przez pryzmat współczesnego podziału na północ i południe, a w dawniejszych czasach bywało jeszcze lepiej: na półwyspie istniały trzy królestwa – Silla, Koguryo i Paekche, które koegzystowały mniej lub bardziej pokojowo (do czasu, gdy Silla podbiła sąsiadów, ale to inna historia). Ale zanim nastały czasy Trzech Królestw, ha! Wtedy się działo. W książeczce znajdziemy między innymi kilka mitów założycielskich, a pełno w nich smoków, tygrysów, niebiańskich istot i innych przyjemniaczków. Są i mity buddyjskie (czyli jak stać się bodhisattwą) tudzież rozdział o kultach lokalnych. Całość poprzedza krótka analiza symboliki koreańskiej, geomancji i wierzeń szamańskich. Taka mitologia w pigułce – miły wstęp do pochylenia się nad kulturą Korei (czeka mnie to na drugim semestrze) albo krótka lekturka kulturoznawcza do poduszki.

„Mroczne szaleństwo” Karen Marie Moning

Były wampiry, były upiory, były czarownice, ale jeszcze nie było elfów, a konkretnie sidhe. „Mroczne szaleństwo”, pierwszy tom „Kronik Mac O’Connor”, wpisuje się w trend urban fantasy z kobiecą postacią w roli głównej. Konkretnie, główna bohaterka wiedzie żywot sielankowy, do czasu, gdy w jej życie wkracza Tajemnicza Metarzeczywistość. Znamy to z „Domu Nocy”, „Księgi Wszystkich Dusz”, „Pamiętników wampirów” i paru innych. Do tego dochodzi najczęściej poszukiwanie jakiegoś złowrogie artefaktu, przystojny mężczyzna bliżej niewiadomej proweniencji i odkrywanie niezwykłych mocy, które bohaterka posiada w ilości niespotykanej. To ten typ literatury, gdzie dzięki błogosławieństwu narracji pierwszoosobowej bohaterka sumiennie spowiada się czytelnikom, co danego dnia założyła na siebie – a MacKayla Lane, długonoga blondyna, chadza wyłącznie w różu i fiolecikach, starannie malując paznokcie na adekwatny kolor. Do czasu.

Rzeczona MacKayla Lane, zwana Mac, mieszka w zapyziałym miasteczku w stanie Georgia i dzieli swój czas między imprezy, pracę w barze i zakupy. Jednak gdy jej siostra Alina zostaje zamordowana, Mac postanawia wyjaśnić sprawę. Zwłaszcza, że siostra pozostawiła jej przed śmiercią niepokojącą wiadomość na poczcie głosowej: „Tak mało wiesz. Mój Boże, nawet nie wiesz, kim jesteś! (…) Musimy znaleźć szi-sadu, od tego zależy wszystko! Nie możemy pozwolić, by oni to dostali!”. Mac wyjeżdża więc do Dublina, by rozwikłać zagadkę. Tam dowiaduje się, że owo „szi-sadu” to „Sinsar Dubh”, Mroczna Relikwia należąca do Tuatha Dé Danann, księga, której zaszyfrowane strony mają zawierać morderczą magię. I tak Mac wplątuje się w aferę nie z tej ziemi: „Sinsar Dubh” poszukują też sidhe, czyli elfy, czyli Tuatha Dé Danann, w tej powieści określana jako wysoko rozwinięta rasa, przybyła z innego wymiaru. Mac będzie się musiała z nimi zmierzyć i dowiedzieć się, kim tak naprawdę jest. Pomaga jej w tym Jericho Barrons, czyli przystojny mężczyzna niewiadomej proweniencji. Pomaga? Nie, raczej wykorzystuje do własnych celów. Ach, Jericho.

Przyznam, że zapowiadało się ciekawie – morderstwa, tajemnice, sidhe. Potem zorientowałam się, że to pierwszy tom cyklu (znowu…), zirytowałam, ale w miarę lektury poczułam się w miarę udobruchana. To znów casus „Pamiętników wampirów” – nie jest to literatura specjalnie wysublimowana, jako odmóżdżenie w sam raz. Będę narzekać, marudzić, ale i tak przeczytam dalej (kontynuacja trafiła do księgarń 5 października). Elfy też lubimy.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa MAG – dziękuję pięknie!

*Karen Marie Moning, „Mroczne szaleństwo”, przeł. Anna Studniarek, wyd. MAG, Warszawa 2011, str. 22.

„Dziewczyna z muszlą” Tracy Chevalier

To już szósta powieść Chevalier, którą przeczytałam. Cztery były przeciętne, tylko „Dziewczyna z perłą” mnie zauroczyła. A „Dziewczyna z muszlą” to oczywiste nawiązanie do „Dziewczyny z perłą”, choć tylko w wersji polskiej. W oryginale tytuł bowiem brzmi „Remarkable creatures”. To oczywiste nawiązanie do „dziwów”, które znajdywały na plaży główne bohaterki. Polski przekład tytułu trafia na listę najbardziej nieadekwatnych. Ja rozumiem, trzeba wypłynąć na fali zainteresowania poprzednią powieścią, ale tu nie pasuje ani dziewczyna (bo są dwie), ani muszla (bo, na Boga, to są amonity! Ichtiozaury! Plezjozaury! A nie muszle…).

Ale o cóż idzie. Jak to u Chevalier, mamy powieść historyczną i kobiecą. Tym razem przenosimy się na angielskie wybrzeże – dokładniej do Lyme Regis – z pierwszej połowy XIX wieku. Mieszkają się tam trzy siostry Philpot, stare panny, które wyprowadziły się z Londynu z powodów finansowych. Elizabeth Philpot, inteligentna, ale niezbyt ładna kobieta, interesuje się przyrodoznawstwem i poszukuje skamielin na rozległych plażach w okolicy. Tam poznaje Mary Anning, która mając lat 12, odnalazła szkielet ichtiozaura. Mary, dziewczyna z biednej rodziny, ma niezwykły talent do odnajdywania fosyliów, które nazywa „dziwami” i sprzedaje potem przyjezdnym. Między nią a Elizabeth rodzi się pewna zażyłość – razem godzinami chodzą po plaży, wypatrując amonitów i skamieniałych ryb. Różni je wiele rzeczy, ale wspólna pasja pozwala na przezwyciężenie barier związanych ze statusem społecznym. Jednak Mary będzie musiała stawić czoło licznym wyzwaniom – ubóstwo, oskarżenia o fałszerstwo, niemożliwa do spełnienia miłość, a nade wszystko – ta przykra świadomość, że nigdy niczego nie osiągnie, bo jest kobietą. Czy Elizabeth jej pomoże? Ha! Niezbadane są niebezpieczne wody przyjaźni między dwoma kobietami.

Przyjemnie się toto czyta. Ja osobiście bardzo lubię powieści historyczne z kobietami w roli głównej, więc byłam zadowolona. Nie jest to może jakaś rewelacyjna książka, ale warto sięgnąć – choćby z uwagi na postać Mary, jej determinację i trudne początki paleontologii. Bardzo mnie zaciekawił też ten „teologiczny” wątek. W tamtych czasach dla wielu ludzi herezją było myślenie, że niektóre stworzenia mogą już nie istnieć. Dosłowne przyjmowanie opisu stworzenia z Biblii było najbezpieczniejsze. Jakże daleko zaszliśmy od prób ustalenia, o której godzinie po południu został stworzony Adam…

„Okruchy codzienności” Elizabeth Strout

Pulitzer 2009 i recenzje pełne zachwytu. W pełni zasłużone, jak raz.

„Okruchy codzienności” to zbiór opowieści o miasteczku Crosby w stanie Maine (ach, znów ta Nowa Anglia). Nie opowiadań, a właśnie pojedynczych, ludzkich historii, w różny sposób ze sobą powiązanych. Centralną postacią książki jest Olive Kitteridge (zresztą oryginalny tytuł powieści to właśnie „Olive Kitteridge”), żona aptekarza Henry’ego, nauczycielka matematyki, osoba o trudnym charakterze. Oschła, surowa, apodyktyczna, a jednak polubiłam ją. I nie tylko ją – prawie wszyscy bohaterowie wzbudzili moją sympatię, powiązaną ze współczuciem. No, może niektórzy byli zbyt nieznośni. Co prawda, historie zebrane w „Okruchach…” są wszystkie bez wyjątku smutne (a już zwłaszcza Angie O’Meary, pianistki w barze). Smutne, ale nie przygnębiające. Melancholijne, ale nie gorzkie. Sentymentalne też niekiedy, ale nie ckliwe. Ludzkie dramaty, nadzieje, żale, tęsknoty – takie to prawdziwe, autentyczne. Strout stworzyła tak niesamowity klimat małego miasteczka, że po prostu nie mogłam się oderwać od lektury. Książka ma w sobie jakąś magię, zauroczyła mnie od pierwszej strony. Musicie to przeczytać.

„Nazista i fryzjer” Edgar Hilsenrath

Ta książka jest wstrętna. Pamiętacie, kiedyś pisałam o tej dziwnej fascynacji obrzydliwością? Otóż tu fascynacji nie będzie. Tutaj rzecz mogła się zdarzyć naprawdę.

Max Schulz, rocznik 1907, syn dziwki i pięciu ojców, pasierb gwałciciela dzieci, czystej krwi Aryjczyk, wygląda jak Żyd. Przeszedł długą drogę – od szczurołapa, przez terminatora w zakładzie fryzjerskim, po esesmana. Po wojnie przybiera nową tożsamość – podaje się za swojego przyjaciela, Icka Finkelsteina, rówieśnika, towarzysza zabaw, Żyda. Ludobójca Schulz aka Finkelstein udaje się do Palestyny, by tam budować nowe państwo. Będzie bojownikiem o wolność, bohaterem, uznanym fryzjerem, przykładnym Żydem. Podwójna tożsamość nie złamie go tak łatwo. Czy czuje wyrzuty sumienia, pragnie, by go zdemaskowano? Myślę, że tak – ale nie dlatego, że chce, by zatriumfowała moralna sprawiedliwość. Wydaje mi się, że jemu chodzi o docenienie jego geniuszu, sprytu, jak doskonale wcielił się w nową rolę.

„Bulwersująca perspektywa oprawcy”, pisali na okładce. Ohydne to jest. Wulgarne, obsceniczne. Schulz jakby był dumny z tego, co zrobił. Nie pojmuję tej książki. Sama nie wiem, co o tym myśleć, ciężko zebrać myśli w logiczną całość. Co nie zmienia faktu, że nie potrafiłam się od niej oderwać.

„Smoczy tron” Tad Williams

Nadrabiania klasyki fantastyki ciąg dalszy. „Smoczy tron” Williamsa to pierwsza część trylogii „Pamięć, Smutek i Cierń”. Tytułowe Pamięć, Smutek i Cierń to trzy legendarne miecze, dzięki którym uda się uratować pogrążone w chaosie wojny Osten Ard. Ale – nie uprzedzajmy faktów.

Naszym przewodnikiem po krainie Osten Ard jest Seoman, znany jako Simon. To podkuchenny na zamku Hayholt, chłopiec zainteresowany głównie bajaniami o rycerzach, zasadniczo, wszystkim, byle nie zamiataniem i sprzątaniem. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności zostaje uczniem doktora Morgenesa, nadwornego uczonego i jego życie zmienia się na lepsze. Ale gdy umiera dobry król John Prezbiter i na tron wstępuje jego starszy syn Elias, kończą się dobre czasy. Doradca Eliasa, złowrogi alchemik Pryrates, sprowadza złowrogie siły na spokojną krainę. Simon będzie zmuszony uciekać z zamku i stanie się ważnym pionkiem w rozgrywce o przyszłość Osten Ard. Niebezpieczny quest – ach, kocham ten gatunek – zawiedzie go na północ. Tam spotka Sithów (serio!), trolle i wiele innych niezwykłych postaci.

Osten Ard to świat fantastyczny z wpływami wielu kultur naszego świata, zwłaszcza jeśli idzie o religię: trochę mitologii nordyckiej (Odin, wiszący na drzewie Yggdrasil), trochę japońskiej, trochę chrześcijaństwa (religia aedonicka z powieści, z synem Boga-zbawcą wiszącym na drzewie budzi automatyczne skojarzenia). Jest wszystko, co w epickiej fantasy jest konieczne: młody bohater, dojrzewający w trakcie questu, mentor, straszny las i straszna góra, piękna dama, stary mentor, złowrogie siły ciemności, Wielki Zły, magiczne artefakty, wojna, przepowiednia. Sam smak.

Ale przyznam szczerze, pierwsze 200 stron było dość nużące. Simon bardziej mnie irytował niż wzbudzał sympatię, nie mogłam się skupić na mnogości lordów i królów. Dopiero, jak uciekł z zamku, to się zaczęła ciekawa książka. Troll Binabik pozostanie moją ulubioną postacią. Koniec końców, tak się zaczytałam, że już przebieram nóżkami na myśl o kontynuacji. Zatem, nie jest to może najwyższych lotów rzecz, ale się rozkręciło. I będę czytać dalej.

PS. Za każdym razem, jak czytam takie klasyki, przypomina mi się poradnik „Jak napisać fantastyczną książkę fantasy”. Znajdziecie go tu. Genialny a zjadliwy.

„Harry Potter – filozoficzny czarodziej” Jørgen Gaare, Øystein Sjaastad

Ostatnio w modzie są książki „coś i filozofia” czy „coś i religia” (pierwsze, co mi się kojarzy, to „Zmierzch i filozofia”). Dość ciekawe może być zagłębianie się w filozoficzno-kulturowe podłoże powieści, choć czy to aby nie lekko naciągane? Pewnie zależy od tego „cosia”. W każdym razie, raczej się nie rzucam na takie dzieła. Z drugiej strony, analizowanie filmu „Matrix” pod kątem rytuałów przejścia było świetne (niech żyją zajęcia z religioznawstwa!). Niemniej duet Gaare&Sjaastad znam z ich poprzedniej książki „Pippi i Sokrates”, która była w porządku, a Harry Potter, jak wiecie, jest bliski memu sercu. Dodatkowo książkę otrzymałam byłam w prezencie, no grzech nie przeczytać.

Tym razem więc Harry na tapecie. Autorzy analizują Potterową sagę z różnych stron, od dylematów etycznych, przez symbolikę węża, budowanie bohatera, równość społeczna i niewolnictwa skrzatów domowych, załapał się nawet święty Graal. Poza tym, znajdziemy tu starego dobrego Sokratesa, Kanta, Tomasza z Akwinu, a także Marksa, Engelsa i Freuda. I nagle okazuje się, że za niby bajką dla dzieci mogą się kryć całe pokłady głębszych przemyśleń. Czy J.K. Rowling to planowała? Kto wie…

Nie jest to najambitniejsze dzieło i poważna naukowa rozprawa, ale nie na to ta książka została obliczona. Autorzy chcieli pokazać, że można przez także powieści młodzieżowe dotrzeć do ponadczasowych wniosków i znaleźć w ich fabule nawiązania do rozumowania wielu mędrców tego świata. Młodsi czytelnicy będą mogli się zainteresować filozofią – a to ze wszech miar chwalebne – a starsi dokształcić, dowiedzieć czegoś interesującego. Harry Potter i filozofia? Tym razem jestem na tak.