„Rezydent wieży. Tom 1.” Andrzej Tuchorski

Podczas mojego dwutygodniowego wyjazdu wakacyjnego przeczytałam 9 powieści (chwilę zajęło mi nadrobienie zaległości w recenzjach, stąd dwie/trzy dziennie), a wśród nich ani grama fantastyki. Nic wiec dziwnego, że wróciłam wyposzczona i żądna smoków. Choć czeka na mnie kolejna część „Pieśni lodu i ognia”, to w międzyczasie postanowiłam zapchać się czymś krótszym. I tu szczęśliwy zbieg okoliczności – akurat do wrześniowego numeru „Nowej Fantastyki” dołączono ww. książkę. Tuchorskiego znałam uprzednio wyłącznie z opowiadań, konkretnie z tekstu „Nemezis” (NF 8/2011). Specjalnie rewelacyjny nie był, ale ubawiły mnie nawiązania do cyklu Harry’ego Pottera, który – przyznam bez bicia – lubię ogromnie.

Klavrus z Irrum, tytułowy rezydent wieży, to taki konsultant, handlarz, stacja kartograficzna i specjalista od PR-u w jednym. I nie przepada za swoją robotą, choć pozornie bycie magiem z własną wieżą to marzenie wszystkich adeptów akademii magii w Triwerii. I tak książka składa się z pięciu opowiadań. W czterech z nich do drzwi wieży pukają mniej lub bardziej ogarnięci petenci. Następuje opis wyglądu przybyszy (zawsze), któryś z nich nagminnie gładzi się po nieogolonym policzku (co najmniej trzy razy), któryś jest niechętny instytucji wieżowego maga, z reguły pojawia się dziewoja w skąpym odzieniu i nadobnej aparycji. Całość rozgrywa się w świecie podobnym do starożytnego Rzymu, stąd różne wstawki typu „Salve” na powitanie tudzież gladiatorzy, uzbrojenie, legiony i inne smaczki. Ale nie o fabułę tu idzie, bo nie wnosi powiewu świeżości w literaturę fantastyczną, ale o sposób, w jaki toto jest napisane. Klavres, bohater i narrator w jednym, ma wyborne poczucie humoru i cudowny idiolekt. Swoje opowieści okrasza różnymi metaforami typu „zasnąłem szybciej niż pijany krasnolud na polu maku” czy powiedzonkami „gość w dom, broń w rękę”. Polubiłam Klavresa od pierwszych stron, ubawiłam się setnie i głównie dla stylu Autora mam zamiar sięgnąć po kolejne tomy. Co i Wam polecam.

PS. W opowiadaniu „Inny rodzaj magii” jeden z bohaterów, elf Galdor opisuje magię opowieści, która „dba o swoich wybrańców. Nie pozwala im chorować na grypę, gdy mają do wypełnienia misję. Stawia na ich drodze kupca z mapą zamiast patrolu granicznego (…). Nie pozwala im się nudzić, błądzić bez celu lub czekać na wroga. A przede wszystkim nie pozwala im ginąć, bo jak inaczej wyjaśnić ucieczki z walących się zamków, pośród wielkich odłamków ścian, które zawsze trafiają obok?”. Otóż to. Świetny koncept. Pomyślcie tylko o Conanie…

2 thoughts on “„Rezydent wieży. Tom 1.” Andrzej Tuchorski

  1. Nowa Fantstyka stała się czytadełkiem dla dzieci ze słabą publicystyką i jeszcze słabszymi opowiadaniami, nawet zagraniczne opowiadania jej nie ratują. Wszystko jest jakieś takie miałkie, przeciętne. Kiedyś Fantastyka była oknem na świat, dawała dostęp do literatury, której było w Polsce w czasach PRL jak na lekarstwo, dlatego staranniej selekcojnowano opowiadania i powieści, które wchodziły w skład czasopisma. Dzisiaj, kiedy na półkach sklepowych roi się od różnych książek, kiedy prawie wszystko można zamówić przez internet, czasopismo to straciło rację bytu. Kupują je 2 grupy ludzi: albo dawni czytelnicy, którzy robią to z sentymentu (do takich ja się zaliczałem, ale już się nie zaliczam, bo szkoda pieniędzy) oraz ci, którym wydaje się, że poprzez udzielanie się na jakimś internetowym portalu otworzą sobie drogę do kariery pisarskiej. Niestety publikowane na portalu fantastyka.pl opowiadania są w wiekszości jałowe, wtórne i po prostu kiepskie, mniej więcej tak samo jak te, które za dawnych czasów przychodziły do redakcji w postaci maszynopisów i były odrzucane. Różnica jest tylko taka, że opowiadania te nigdy nie dostawały się na światło dzienne. Te publikowane na portalu owszem, ponieważ dzisiaj dosłownie KAŻDY może napisać opowiadanie i je opublikować w internecie. Problem tylko w tym, że nie wszyscy z domoroslych pisarzy zdają sobie sprawę, że ta zmiana sytuacji wcale nie czyni ich od razu utalentowanymi. Przykładem jest autor „Rezydenta wieży”, który napisał słaby zbiorek opowiadań (a zaznaczam, że wygrał on konkurs na POWIEŚĆ – widocznie na tą nie starczyło mu warsztatu, bo i w opowiadaniach widać wiele niespójności), a inne „dzieciaki” mu na portalu przyklaskują. Większość osób, które przeczytały RW ocenia tę książkę jako „dobrą na jeden wieczór”. Pytanie tylko czy warto w ogóle wydawać ksiązki, które są tak słabe, że zacierają się w pamięci już po tygodniu i nadają się jedynie na „przerwę na kawę”?

    1. Ciężko mi będzie odpowiedzieć – „Fantastykę” czytuję od około roku (a i to głównie artykuły i felietony), opowiadań na portalu nie czytam – bo po prostu nie przepadam za krótkimi formami. Nie zaliczam się zatem do żadnej z grup, które wymieniłeś, toteż nie porównuję, bo nie mam podstaw.
      A czy warto wydawać takie „Rezydenty wieży”? Jak dla mnie warto, tak samo, jak warto wydawać „Zmierzchy”, harlequiny i czytadła w ten deseń. Nawet nie tyle dlatego, że się sprzedają – bo przecież się sprzedają :) z innej, prostej przyczyny – jeśli komuś w przerwie na kawę się taka rzecz spodoba, jest szansa, że sięgnie po coś lepszego, ambitniejszego. A jak nie sięgnie, to przynajmniej będzie miał kontakt ze słowem pisanym dłuższym niż 160 znaków smsa.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s