„Jeden dzień” David Nicholls

Emma i Dexter spędzają ze sobą ostatnią, studencką noc – a było to z 14 na 15 lipca 1988 roku. Niby coś ich łączy, niby nie, ale pozostają ze sobą w przyjacielskich relacjach przez najbliższe kilkanaście lat. Poznajemy ich historię przez jeden dzień każdego roku: 15 lipca 1988, 1989, 1990… co się z nich stało, co się działo przez miniony rok, domyślam się z kontekstu i rozmów. I tak Emma miota się, dorabiając na różnych stanowiskach, a bawidamek Dexter cieszy się życiem, uwodząc kolejne kobiety i próbując sił jako prezenter TV. Potem role się odwracają: Emma osiąga względną stabilizację uczuciową i zawodową, a Dexter zaczyna się miotać między imprezami i alkoholem. Niech was zatem nie zwiedzie cukierkowa okładka – to nie jest lekka historyjka o miłości, tylko gorzka opowieść o tym, jak można spaprać sobie życie – mimo, że tak świetnie się zapowiadało. Ale! Iskierka nadziei, coby się nie dobijać zbytnio – zawsze można to spaprane próbować poukładać. Pytanie tylko, czy skutecznie…

Trzeba przyznać: rzecz jest świetnie napisana. Wspominałam już kiedyś, że dobry autor to ten, który potrafi wzbudzić emocje. Och, były emocje. Och, jak mnie ten Dexter wnerwiał. Początkowo irytowała mnie Emma, panna Sama-Nie-Wiem-Czego-Chcę, ale potem swoją frustrację przerzuciłam na męskiego bohatera. Co nie zmienia faktu, że to dobra książka. Tylko, o matko, czemu taka smutna…

PS. 8 sierpnia miała premierę ekranizacja w reżyserii Lone Scherfig. W Dextera wcielił się Jim Sturgess, a rolę Emmy zagrała Anne Hathaway. Jakoś bardziej widziała mi się Emily Blunt, muszę przyznać. Polska premiera 2 grudnia.