„Dobry człowiek” Andrew Niccol

Kropka, nadbałtyckie miasteczko w odległej-nieodległej przyszłości. W sąsiedztwie leżą takie miasta jak Umlaut, Ukośnik czy Myślnik. Stukocące tramwaje, rzeka Ligatura i cała galeria postaci o nietuzinkowych nazwiskach, a prym wśród nich wiodą dobry burmistrz Tibo Krovic i jego sekretarka Agathe Stopak. Do tego czasem ujawnia się narratorka, święta patronka miasta, Walpurnia – brodata i pokryta brodawkami (w dziwny sposób kojarzy mi się ze Śmiercią ze „Złodziejki książek” Marka Zusacka). W każdym razie, czujecie klimat?

Oczywiście, to historia o miłości. Pani Stopak jest zamężna, ale ona i jej mąż już od dawna nie są sobie bliscy. Natomiast dobry burmistrz Krovic żywi do Agatce uczucie czyste, nieskalane, wzniosłe, miłość wielką a prawdziwą. Ośmiela się jednak tylko czasem spojrzeć na jej paluszki u stóp, gdy sekretarka zmienia kalosze na sandały. Ale pewnego dnia to wszystko się zmieni.

Powieść w dziwny sposób przypominała mi taniec. Przez pierwsze 200 stron pani Stopak i dobry burmistrz Krovic tańczą z mniejszym lub większym wdziękiem kontredansa, nawiązując romans-nieromans. Gubią kroki, następuje zmiana rytmu, na parkiecie pojawia się nowy partner. Orkiestra gra coraz szybciej, aż do dramatycznego finału. Nic się nie martwcie – nikt nie przewróci się podczas tańca. No, prawie.

Irytowało mnie bezustanne podkreślanie walorów fizycznych pani Stopak – jej obłości, krągłe paluszki u stóp, biust, figura. Uch, ileż można? Taż samo kilka rozwiązań fabularnych (uwaga: spoiler – ta zamiana w psa, na litość boską, co to miało być?) mnie zniesmaczyło i lekturę zepsuło. Co nie zmienia faktu, że książka mi się podobała – miała w sobie jakiś taki niezwykły czar, który przykuwa czytelnika na dobre. Przynajmniej pierwsze 200 stron, wtedy co chwila wzdychałam z rozrzewnieniem. Potem raczej prychałam z irytacją, co też ci bohaterowie wyprawiają, bo miało być tak pięknie. Koniec końców i tak wszystko jest dobrze. Ale z „najdoskonalszym debiutem ostatnich lat” to bym nie przesadzała.

„Pamiętnik z przyszłości” Cecelia Ahern

Do powieści Cecelii Ahern mam pewien sentyment – ogromnie podobało mi się „Na krańcu tęczy” i „Kraina zwana Tutaj”, nieco mniej „Dziękuję za wspomnienia”. „PS. Kocham Cię” nie czytałam, obejrzałam film i doszłam do wniosku, że się nie chcę smucić po raz kolejny. Niemniej, lubię Ahernowe magiczne wtręty w powieści obyczajowo-miłościwe: jak choćby ta kraina, gdzie trafiają zagubione przedmioty.

Ale „Pamiętnik…”. Główna bohaterka, Tamara, lat 16, jest rozwydrzona, kapryśna, niedobra, samolubna – ogółem, wcielenie cnót wszelakich. Żyła dotychczas w luksusowym domu, jeździła na boskie wakacje, miała całą ekipę luzackich przyjaciół. Pozorna sielanka trwała, dopóki ojciec Tamary nie zbankrutował i nie popełnił samobójstwa. Dziewczyna i jej matka muszą sprzedać dom i przenieść się do rodziny na wieś. A tam rodzinne tajemnice tylko czekają, aby je ujawnić. Tamara będzie musiała dość do ładu sama ze sobą i pomóc swojej mamie, a wszystko to stanie się łatwiejsze dzięki tajemniczej księdze, znalezionej w objazdowej bibliotece.

Zabawnie się to czyta: niby nie powinnam lubić Tamary, ale od początku żywiłam do niej sympatię. Bohaterka opowiada o sobie z ogromną swadą, do tego od pierwszych stron przyznaje się, że była/jest zołzą i ma paskudny charakter i że pracuje nad sobą. Nie przeszkadzało mi nawet to, że dość łatwo rozwiązałam ową rodzinną zagadkę. Książka w sam raz na leżaczek i/lub hamaczek. Koniecznie!