„Święte serca” Sarah Dunant

Według historyków, w XVI-wiecznych Włoszech prawie połowa szlachcianek szła do zakonu. Nie wszystkie czuły powołanie – koszty posagów tak wzrosły, że większość rodzin nie była w stanie wyposażyć wszystkich córek. Młodsze, lub mniej urodziwe, zdecydowanie niższym kosztem, trafiały do klasztoru.

„Święte serca” to powieść o takim właśnie miejscu – rzecz dzieje się w klasztorze św. Katarzyny w Ferrarze, w 1570 roku. Znajdziemy tam różne zakonnice: pochodząca z wpływowej rodziny, mądra i piękna opatka Chiara, surowa i nieustępliwa mistrzyni nowicjatu Umiliana czy Zuana, spokojna i rozważna mistrzyni infirmerii. Siostry ze św. Katarzyny słyną ze wspaniałych głosów, wystawiają przedstawienia, modlą się i pracują, zachowując względny spokój. W mniej lub bardziej uporządkowane życie klasztoru wkracza Serafina, szesnastoletnia nowicjuszka, dla której mury św. Katarzyny stają się więzieniem. Wysłana do klasztoru wbrew swej woli i z daleka od domu, kryje w sobie tajemnicę płomiennej miłość. Niepokorna dziewczyna obmyśla plan ucieczki, ale to nie będzie takie proste. Zwłaszcza, że nad wszystkimi żeńskimi klasztorami zbierają się ciemne chmury – w myśl kontrreformacji Sobór Trydencki wyda edykt, w myśl którego swoboda zakonnic zostanie mocno ograniczona.

Rozczarowałam się mocno „Kurtyzaną z Wenecji”, poprzednią powieścią Sary Dunant („Narodzinami Wenus” byłam z kolei zachwycona), toteż do „Świętych serc” podchodziłam nieco najeżona. Na szczęście, nie było źle. Autorka bardzo wnikliwie przestudiowała realia epoki i świetnie oddała klimat żeńskiego klasztoru. A polityka wewnątrz zgromadzenia może być równie skomplikowana, jak stosunki między skłóconymi państwami. Jedna frakcja zakonnic chce więcej umartwiania i nawołuje do pokuty, inne nie potrafią zrezygnować z wystawiania sztuk i koncertów, jeszcze inne chętnie podzielałyby ekstatyczne wizje jednej z klasztornych mistyczek. I młodziutka Serafina, mniej lub bardziej świadomie, staje się pionkiem w życiu politycznym klasztoru. Jej przemiana jest zaskakująca. Jednak dla mnie prawdziwą bohaterką tej powieści jest Zuana. Mistrzyni infirmerii wciąż rozmawia w myślach ze swym zmarłym ojcem, lekarzem, sama zaś zajmuje się apteką, zielnikiem i małym klasztornym szpitalem. Rozwija swoje medyczne zdolności i jest całkiem zadowolona ze stanu. Opatka przydziela jej do pomocy Serafinę i między dwoma kobietami rozwija się coś na kształt zażyłości – bo ciężko to nazwać przyjaźnią – która odmieni ich życie, a także życie całego zgromadzenia sióstr.

Dwie rzeczy mnie lekko irytowały – ogromna ilość przypisów (niektóre zasadne nawet, ale żeby tłumaczyć, co to jest brewiarz…) oraz używanie czasu teraźniejszego w narracji; ta druga rzecz to akurat subiektywny drobiazg i nie należy się sugerować, a ta pierwsza irytuje tylko na początku. Poza tym – bez zastrzeżeń. Gruba, historyczna, o kobietach – bardzo lubię takie książki. I jeszcze tak  ładnie się kończy!

„Popkultura – pop czy kultura?” Joanna Bogusławska

Pytanie zadanie śmiało w tytule zalicza się do rozważań typu: „czy kultura masowa to kultura”, „czy i dlaczego kultura wysoka jest lepsza” i innych dywagacji kulturoznawczych. Autorka już we wstępie zaznacza, że popkultura – definiowana jako „kultura przeznaczona dla masowego odbiorcy; kultura popularna”* – często jest postrzegana pejoratywnie w zestawieniu z kulturą wysoką. Bo ą, ę, opera, wyrafinowany teatr i Bardzo Mądre Książki stoją wyżej w łańcuchu pokarmowym niż Hollywood i seriale. Otóż co to, to nie. Bogusławska opisuje różne przykłady przenikania się kultury wysokiej i niskiej, popularnej: od arii operowej, podłożonej jako soundtrack do reklamy po obrazy Muncha w kreskówce „Loony Tunes”. Stawia tezę, że kultura popularna jest „dobrym narzędziem służącym propagowaniu kultury wysokiej”** i przez całą książkę rzeczoną tezę stara się udowodnić na przykładach.

Przykłady zaczynają się od seriali – ale nie oper mydlanych, tylko tego nowego typu seriali. Autorka analizuje fenomen „Czystej krwi” i wampirów przy okazji, zahacza o seriale „Biuro” i „Californication”. Do tego garść filmów niezależnych (jak choćby „Mała Miss” czy„Ja cię kocham, a ty z nim”), kilka książek, w tym twórczość Stephena Kinga oraz krótka charakterystyka Innego, odrzuconej jednostki społecznej. Wisienka na torcie to analiza twórczość zespołu The Tea Party, czyli popkulturowo-przenikaniowo od strony muzycznej.

Generalnie idzie o to, że popkulturę należy szanować i cenić, bo a.) kształtuje ją i odbiera cała masa ludzi, b.) może stanowić dobre preludium do kultury wysokiej. Z czym niżej podpisana zgadza się na całej linii. Może dobrałabym inne przykłady – akurat zachwyty nad „Małą Miss” kompletnie do mnie nie trafiły, ale teza i argumentacja jak najbardziej. Popkultura? Kultura!

* Joanna Bogusławska, „Popkultura – pop czy kultura?”, wyd. Novae Res, Gdynia 2011, str. 9.
** Tamże, str. 11.

„Rezydent wieży. Tom 1.” Andrzej Tuchorski

Podczas mojego dwutygodniowego wyjazdu wakacyjnego przeczytałam 9 powieści (chwilę zajęło mi nadrobienie zaległości w recenzjach, stąd dwie/trzy dziennie), a wśród nich ani grama fantastyki. Nic wiec dziwnego, że wróciłam wyposzczona i żądna smoków. Choć czeka na mnie kolejna część „Pieśni lodu i ognia”, to w międzyczasie postanowiłam zapchać się czymś krótszym. I tu szczęśliwy zbieg okoliczności – akurat do wrześniowego numeru „Nowej Fantastyki” dołączono ww. książkę. Tuchorskiego znałam uprzednio wyłącznie z opowiadań, konkretnie z tekstu „Nemezis” (NF 8/2011). Specjalnie rewelacyjny nie był, ale ubawiły mnie nawiązania do cyklu Harry’ego Pottera, który – przyznam bez bicia – lubię ogromnie.

Klavrus z Irrum, tytułowy rezydent wieży, to taki konsultant, handlarz, stacja kartograficzna i specjalista od PR-u w jednym. I nie przepada za swoją robotą, choć pozornie bycie magiem z własną wieżą to marzenie wszystkich adeptów akademii magii w Triwerii. I tak książka składa się z pięciu opowiadań. W czterech z nich do drzwi wieży pukają mniej lub bardziej ogarnięci petenci. Następuje opis wyglądu przybyszy (zawsze), któryś z nich nagminnie gładzi się po nieogolonym policzku (co najmniej trzy razy), któryś jest niechętny instytucji wieżowego maga, z reguły pojawia się dziewoja w skąpym odzieniu i nadobnej aparycji. Całość rozgrywa się w świecie podobnym do starożytnego Rzymu, stąd różne wstawki typu „Salve” na powitanie tudzież gladiatorzy, uzbrojenie, legiony i inne smaczki. Ale nie o fabułę tu idzie, bo nie wnosi powiewu świeżości w literaturę fantastyczną, ale o sposób, w jaki toto jest napisane. Klavres, bohater i narrator w jednym, ma wyborne poczucie humoru i cudowny idiolekt. Swoje opowieści okrasza różnymi metaforami typu „zasnąłem szybciej niż pijany krasnolud na polu maku” czy powiedzonkami „gość w dom, broń w rękę”. Polubiłam Klavresa od pierwszych stron, ubawiłam się setnie i głównie dla stylu Autora mam zamiar sięgnąć po kolejne tomy. Co i Wam polecam.

PS. W opowiadaniu „Inny rodzaj magii” jeden z bohaterów, elf Galdor opisuje magię opowieści, która „dba o swoich wybrańców. Nie pozwala im chorować na grypę, gdy mają do wypełnienia misję. Stawia na ich drodze kupca z mapą zamiast patrolu granicznego (…). Nie pozwala im się nudzić, błądzić bez celu lub czekać na wroga. A przede wszystkim nie pozwala im ginąć, bo jak inaczej wyjaśnić ucieczki z walących się zamków, pośród wielkich odłamków ścian, które zawsze trafiają obok?”. Otóż to. Świetny koncept. Pomyślcie tylko o Conanie…

„Łabędź i złodzieje” Elizabeth Kostova

Najlepszą z wakacyjnych lektur zostawiłam na koniec, tak w czytaniu, jak w recenzowaniu – doczytywałam ją jeszcze na lotnisku, oczekując na bagaż. Bardzo podobał mi się „Historyk”, wampirza powieść Kostovej, który czytałam kilka lat temu, więc wymagania miałam spore. Tym razem na szczęście się nie zawiodłam byłam.

Rzecz idzie o zawiłe powiązania sztuki i rzeczywistości. Znany malarz, Robert Olivier, rzuca się z nożem na jeden z obrazów w Galerii Narodowej. Trafia do zakładu psychiatrycznego, gdzie przestaje się odzywać i całe dnie spędza na malowaniu jednej, jedynej kobiety – a nie jest to ani jego żona, ani jego kochanka. Psychiatra i malarz w jednym, doktor Marlow, usiłuje dociec, kim jest owa dama. Pozna historię Roberta, jego pięknej żony Kate, kochanki Mary i tej, która potrafiła zawładnąć umysłem artysty: Beatrice. Z tym, że Beatrice, utalentowana malarka, żyła w XIX wieku…

Doktor Marlow spędzi wiele czasu, usiłując odkryć wzajemne powiązania Roberta i trzech kobiet jego życia. Sam również spotka kobietę swojego życia, mimo, że dawno porzucił marzenia o szczęściu w miłości. Bardzo piękny jest również wątek samej Beatrice, zwłaszcza listy, które czytamy razem z doktorem Marlowem. Barwne czasy impresjonistów i paryskiego Salonu potrafią zauroczyć.

Koniec końców, naprawdę dobra powieść. „Historyk” podobał mi się bardziej, ale to przez to, że było w nim więcej magii. Tu jest raczej magia obrazu, magia sztuki i magia obsesji. I bardzo podobało mi się zakończenie. Czego chcieć więcej?

„Biała Nowa Anglia” Stephen L. Carter

Nowa Anglia z pewnością musi być miejscem niezwykłym, tyle o niej piszą. Wydaje się być czasem naznaczona magią: od procesu w Salem i sztuki Arthura Millera, przez pełną grozy prozę H. P. Lovecrafta, po alternatywną historię tych terenów w powieściach Orsona Scott Carda. Tym razem jednak nie magicznie, a bardziej obyczajowo-społecznie-spiskowo.

Lemaster Carlyle, rektor uniwersytetu, oraz jego żona, Julia, prodziekan wyższej szkoły teologicznej, żyją w samym sercu białej Nowej Anglii. Są Afroamerykanami, wykształconymi, świetnie zarabiającymi, wysoko postawionymi. Choć ich rodziną targają różne kłótnie i dramaty (jak choćby problemy wychowawczo-psychologiczne ich córki Vanessy), to trzymają się nieźle. Do czasu – pewnej nocy, na nieoświetlonej wiejskiej drodze, Lemaster i Julia wracają z przyjęcia i znajdują w przybocznym rowie ciało. Ze zgrozą odkrywają, że to ich znajomy – profesor Kellen Zant.

Rozpoczyna się śledztwo i powoli odkrywamy nie tylko uprzedzenia mieszkańców miasteczka, ale i skomplikowaną przeszłość poszczególnych bohaterów. Nieskazitelny Lemaster ma swoje tajemnice. Kellen Zant zaplątał się w intrygę, która go przerosła. Vanessa Carlyle zupełnie nieświadomie dołączyła do tej intrygi, pisząc pracę o zamordowanej przed laty dziewczynie. Wszystkie te zagadki próbuje rozwiązać Julia, którą kiedyś łączyła bardzo namiętna relacja z Zantem. Tajne stowarzyszenia rodem z Harlemu i gra o Biały – nomen omen! – Dom, no, będzie się działo.

Na początku nie mogłam się wciągnąć, pierwsze kilkadziesiąt stron jest trochę przyciężkie. Jednak potem, od rozpoczęcia śledztwa, było już lepiej. Najbardziej zachwyciły mnie te stowarzyszenia. Jakoś tak to… prawdopodobnie wygląda. Oczywiście, poniewczasie okazało się, że zabrałam się za drugą część cyklu, ale nie przeszkadza w to lekturze. Ogółem, niezła rzecz, naprawdę daje do myślenia.

„Jeden dzień” David Nicholls

Emma i Dexter spędzają ze sobą ostatnią, studencką noc – a było to z 14 na 15 lipca 1988 roku. Niby coś ich łączy, niby nie, ale pozostają ze sobą w przyjacielskich relacjach przez najbliższe kilkanaście lat. Poznajemy ich historię przez jeden dzień każdego roku: 15 lipca 1988, 1989, 1990… co się z nich stało, co się działo przez miniony rok, domyślam się z kontekstu i rozmów. I tak Emma miota się, dorabiając na różnych stanowiskach, a bawidamek Dexter cieszy się życiem, uwodząc kolejne kobiety i próbując sił jako prezenter TV. Potem role się odwracają: Emma osiąga względną stabilizację uczuciową i zawodową, a Dexter zaczyna się miotać między imprezami i alkoholem. Niech was zatem nie zwiedzie cukierkowa okładka – to nie jest lekka historyjka o miłości, tylko gorzka opowieść o tym, jak można spaprać sobie życie – mimo, że tak świetnie się zapowiadało. Ale! Iskierka nadziei, coby się nie dobijać zbytnio – zawsze można to spaprane próbować poukładać. Pytanie tylko, czy skutecznie…

Trzeba przyznać: rzecz jest świetnie napisana. Wspominałam już kiedyś, że dobry autor to ten, który potrafi wzbudzić emocje. Och, były emocje. Och, jak mnie ten Dexter wnerwiał. Początkowo irytowała mnie Emma, panna Sama-Nie-Wiem-Czego-Chcę, ale potem swoją frustrację przerzuciłam na męskiego bohatera. Co nie zmienia faktu, że to dobra książka. Tylko, o matko, czemu taka smutna…

PS. 8 sierpnia miała premierę ekranizacja w reżyserii Lone Scherfig. W Dextera wcielił się Jim Sturgess, a rolę Emmy zagrała Anne Hathaway. Jakoś bardziej widziała mi się Emily Blunt, muszę przyznać. Polska premiera 2 grudnia.

„Lustrzane odbicie” Audrey Niffenegger

„Miłość ponad czasem”, pierwsza powieść Autorki, zajmuje z wielu względów szczególne miejsce na mojej półce, stąd miałam wysokie oczekiwania co do drugiej.

Tym razem jest nie o przenoszeniu się w czasie, ale bardziej o duchach – czyli niesamowity element, raz. Rzeczonym duchem jest Elspeth, która po śmierci z powrotem trafia do swojego mieszkania, zresztą niedaleko cmentarza Highgate w Londynie. Mieszkanie to zapisuje swoim siostrzenicom, bliźniaczkom, Valentinie i Julii. Dziewczęta, zgodnie z testamentem, przenoszą się do Londynu. Tam poznają Roberta, dawnego ukochanego Elspeth i Martina, jej sąsiada, cierpiącego na nerwicę natręctw. A i duch Elspeth też próbuje z nim nawiązać kontakt. A rodzinna tajemnica tylko czeka na ujawnienie.

To zarys fabuły  – zapowiadało się obiecująco. Pierwszą połowę czytało mi się wyśmienicie – bardzo ciekawiły mnie relacje między bliźniaczkami, które od dnia urodzin były nierozłączne. To zresztą interesujące zagadnienie psychologiczne i żałuję, że nie było na ten temat nieco więcej. Kwestia budowania własnej tożsamości okazała się dla jednej z bliźniaczek bardzo trudna – ciężko nauczyć się żyć samemu, gdy wszystko – łącznie z ubiorem – robiło się tak, jak siostra. Do tego skomplikowana intryga miłosna i świetnie oddany klimat zabytkowego cmentarza. Jednak potem pewne rozwiązania fabularne wzbudziły mój sprzeciw, byłam wręcz zniesmaczona. Jakoś taka wersja „życia po życiu” nie trafiła do mnie.

Zatem, druga powieść dla mnie dużo gorsza niż pierwsza. Aczkolwiek polecam przeczytać, bo intrygująca i skłania do myślenia. Zwłaszcza na temat konfliktów tożsamościowych.

„Gra w kotka i myszkę” James Patterson

Na leżaczku wybornie czyta się kryminały i różne powieści sensacyjne, wiemy to nie od dziś. James Patterson tego typu książek popełnił kilkadziesiąt, sprzedały się w milionach egzemplarzy, miało być dobre. Nie było, uprzedzę fakty.

„Gra w kotka i myszkę” to czwarta powieść z cyklu o Alexie Crossie, czarnoskórym detektywie waszyngtońskiego wydziału zabójstw i doktorze psychologii w jednym. Cross jest wcieleniem wzoru dżentelmena, a do tego przystojny, mądry i jeszcze świetny w swym fachu. Idealne są też jego dzieci, Damon i Jannie, które, choć wychowują się bez matki, nie sprawiają ojcu problemów i są uosobieniem perfekcyjnej rodzinki. Uzupełnia ją Nana Mama, babcia Crossa, która prowadzi mu dom – złośliwa, ale poczciwa staruszka. Przez pół książki Alex wodzi się z urodziwą, namiętną, inteligentną Christine, a ich romans owocuje związkiem idealnym. Przepraszam, ale momentami niedobrze mi się już robiło od tej perfekcji.

Sielankę może zakłócić jedynie psychopata, który za cel stawia sobie spektakularne zamordowanie jak największej ilości osób, w tym Crossa i jego rodziny. Gary Soneji, rzeczony morderca, już kiedyś miał (nie)przyjemność spotkać się z detektywem – zapewne w poprzednich częściach serii. Przez pierwsze kilkadziesiąt stron czytamy o uczuciach Sonejiego i jego pragnieniu, by zabić Crossa. Kiedy po raz piąty natknęłam się na obietnicę typu „Zabiję Crossa i całą jego rodzinę! Drżyjcie!”, moją pierwszą myślą było „Matko jedyna, nie obiecuj i zróbże to wreszcie”. Jednak Cross będzie się musiał zmierzyć także z innym seryjnym mordercą – działającym głownie w Europie tajemniczym panem Smithem.

Dwie rzeczy mi się podobały – to, kim okazał się pan Smith i ostatnie trzy zdania powieści. Poza tym książka jest raczej słaba. Nawet mnie jakoś specjalnie nie wciągnęła – a takie teksty powinny przecież przykuwać uwagę i nie pozwalać na odłożenie książki nawet na minutę. Irytowały mnie też krótkie – nawet i półstronicowe – rozdziały, nie lubię takich rozwiązań w podziale tekstu. Może źle zrobiłam, ze zaczęłam od środka, ale tylko tę część miałam na podorędziu. Nie zamierzam czytać ani poprzednich, ani następnych. Rozczarowanie na całej linii.

„Kiedy ulegnę” Chang-Rae Lee

Tyle już o tej powieści słyszałam – że wstrząsająca, że wybitna, że wielkie dzieło, że koniecznie. Chang-Rae Lee, Amerykanin koreańskiego pochodzenia, profesor i pisarz, wielokrotnie był już nagradzany za swoje dzieła. „Kiedy ulegnę” to pierwsza jego książka przetłumaczona na język polski.

Narracja podzielona jest na dwa plany czasowe – lata 50-te i czasy współczesne. Dzięki temu, na dobrą sprawę od początku wiadomo, co i jak się wydarzyło, bo na tym drugim planie bohaterowie często odwołują się do przeszłości. I tak na planie pierwszym poznajemy 11-letnią Koreankę June, która podczas wojny straciła całą rodzinę oraz Hektora, młodego amerykańskiego żołnierza, który zaciągnął się do armii, by uciec przed traumatyczną historią rodzinną. Spotykają się po wojnie, w sierocińcu – June trafia tam jako podopieczna, a Hektor jako przynieś-wynieś-pozamiataj-złota rączka. W sierocińcu pracuje też pastor Tanner wraz z żoną Sylvie, piękną, nieszczęśliwą, targaną koszmarami z przeszłości. Hektor i June przejawiają skomplikowane uczucia do Sylvie – pożądanie pomieszane z miłością, troską i obsesją. Ich relacje zmierzają do niechybnej katastrofy.

Na drugim planie, tym współczesnym, umierająca na raka June przymusza Hektora, by ten pojechał z nią do Europy. Chce odnaleźć swojego syna (to zresztą też syn Hektora, ale nigdy go nie widział). Nicolas, tenże syn, wyjechał do Włoch i tam zajął się handlem dziełami sztuki, choć czasem dopuszcza się drobnych kradzieży. Matce wysyła pocztówki, czasem prosząc o czek. June od dawna nie miała od niego wieści i teraz pragnie się z nim spotkać. Czy chce się pożegnać z nim przed śmiercią? Być może. Trudno powiedzieć – relacje, które ich łączą, są skomplikowane.

Bardzo ciężko było mi dobrnąć do końca. Nie tylko dlatego, że w sumie wszystko było wiadome – czego nie cierpię – ale dlatego, że ci bohaterowie byli tak nieszczęśliwi. Choć nie, nieszczęśliwy to złe określenie. Oboje zdawali się akceptować swoją sytuację życiową, chyba nawet z pewną rezygnacją. I martwiło mnie to – że June nie ma kontaktu z synem, że Hektor zadowala się jałową egzystencją (a gdy już się nieco polepszyło, to i tak koleje losu nie pozwoliły mu na odrobinę szczęścia). Może to przez to, że ich charaktery były takie, a nie inne. Niemniej chciałam, żeby tragediach, których doświadczyli, mogli wieść spokojne życie. Żal mi ich było ogromnie. Choć koniec końców – June dużo mniej niż Hektora. Nie zrozumcie mnie źle – to świetnie napisana powieść. Niezwykle mnie tylko przygnębiła.

„Dobry człowiek” Andrew Niccol

Kropka, nadbałtyckie miasteczko w odległej-nieodległej przyszłości. W sąsiedztwie leżą takie miasta jak Umlaut, Ukośnik czy Myślnik. Stukocące tramwaje, rzeka Ligatura i cała galeria postaci o nietuzinkowych nazwiskach, a prym wśród nich wiodą dobry burmistrz Tibo Krovic i jego sekretarka Agathe Stopak. Do tego czasem ujawnia się narratorka, święta patronka miasta, Walpurnia – brodata i pokryta brodawkami (w dziwny sposób kojarzy mi się ze Śmiercią ze „Złodziejki książek” Marka Zusacka). W każdym razie, czujecie klimat?

Oczywiście, to historia o miłości. Pani Stopak jest zamężna, ale ona i jej mąż już od dawna nie są sobie bliscy. Natomiast dobry burmistrz Krovic żywi do Agatce uczucie czyste, nieskalane, wzniosłe, miłość wielką a prawdziwą. Ośmiela się jednak tylko czasem spojrzeć na jej paluszki u stóp, gdy sekretarka zmienia kalosze na sandały. Ale pewnego dnia to wszystko się zmieni.

Powieść w dziwny sposób przypominała mi taniec. Przez pierwsze 200 stron pani Stopak i dobry burmistrz Krovic tańczą z mniejszym lub większym wdziękiem kontredansa, nawiązując romans-nieromans. Gubią kroki, następuje zmiana rytmu, na parkiecie pojawia się nowy partner. Orkiestra gra coraz szybciej, aż do dramatycznego finału. Nic się nie martwcie – nikt nie przewróci się podczas tańca. No, prawie.

Irytowało mnie bezustanne podkreślanie walorów fizycznych pani Stopak – jej obłości, krągłe paluszki u stóp, biust, figura. Uch, ileż można? Taż samo kilka rozwiązań fabularnych (uwaga: spoiler – ta zamiana w psa, na litość boską, co to miało być?) mnie zniesmaczyło i lekturę zepsuło. Co nie zmienia faktu, że książka mi się podobała – miała w sobie jakiś taki niezwykły czar, który przykuwa czytelnika na dobre. Przynajmniej pierwsze 200 stron, wtedy co chwila wzdychałam z rozrzewnieniem. Potem raczej prychałam z irytacją, co też ci bohaterowie wyprawiają, bo miało być tak pięknie. Koniec końców i tak wszystko jest dobrze. Ale z „najdoskonalszym debiutem ostatnich lat” to bym nie przesadzała.