„Starcie królów” George R. R. Martin

Dwa miesiące mniej lub bardziej cierpliwego oczekiwania na przeczytanie drugiej części „Pieśni Lodu i Ognia”. Powieść zdobyłam, ale najpierw obowiązki, potem przyjemność. Gdy tylko wróciłam z ostatniego egzaminu, to pierwszą rzeczą, jaką uczyniłam, było umoszczenie się w fotelu z grubaśną księgą. Cóż. Krótka będzie to recenzja – drugi tom połknęłam jeszcze szybciej niż pierwszy, zanurzona po uszy w Westeros i losach jego mieszkańców. Teraz to się dopiero dzieje – wojna wszystkich ze wszystkimi (omnium contra omnes, Tomaszu Hobbes, pozdrowienia). Król Północy, Król Siedmiu Królestw (i dwóch innych domniemanych), Król Żelaznych Wysp – zaiste, starcie królów. I jeszcze Matka Smoków na dalekim wschodzie. Kotłuje się też za Murem – trzystu braci z Nocnej Straży wyrusza, by zmierzyć się z wolnymi ludźmi, Innymi i wszystkimi niebezpieczeństwami, przed którymi chroni rzeczony Mur.

Ciężko streszczać fabułę – tyle się dzieje. Rozpiska poszczególnych rodów i bohaterów na końcu książki okazała się bardzo przydatna, co rusz ją sprawdzałam, by zorientować się kto jest kim i z kim trzyma. Choć to ostatnie zmienia się jak obrazki w kalejdoskopie. Martin prowadzi czytelnika w taki sposób, że chce się niemal biec przez kolejne strony powieści. I chwała mu za to.

 

PS. Dygresja mniej czytelnicza – proza Martina potrafi zawładnąć wyobraźnię. Śniło mi się, że w środku zimy lord Eddard Stark bronił Ziemi przed Transformersami i miniaturowymi Gwiazdami Śmierci. Dziiii.

PPS. Wniosek ogólny z lektury – ulubioną z metafor Autora jest najwyraźniej porównanie do dziewicy. „Nerwowy jak dziewica”, „przestraszony jak dziewica” i tym podobne.