„Amandine” Marlena de Blasi

Jeśli idzie o dzieła Marleny de Blasi, to czytałam wcześniej „Tysiąc dni w Wenecji” i nie byłam jakoś szczególnie zachwycona. Ale „Amandine” to inna rzecz.

Międzywojenny Kraków. Młodziutka hrabianka Andżelika zachodzi w ciążę z najbardziej nieodpowiednim ku temu mężczyzną. Rodzi córeczkę, ale dziewczynka ma poważną wadę serca. Matka Andżeliki, zachwycająca hrabina Walewska Czartoryska, wywozi swoją maleńką wnuczkę wpierw na operację do Szwajcarii, a potem ukrywa ją we francuskim klasztorze. Zostawia hojną zapłatę i nakazuje dobrze opiekować się dziewczynką, ale sama zamierza o nim zapomnieć. Andżelice mówi, że dziecko umarło.

Słoneczna Francja, lata trzydzieste ubiegłego wieku. W klasztorze Montpellier wychowuje się śliczna Amandine, pociecha wszystkich sióstr. Jedyna osoba, która jej nie cierpi, to matka przełożona, Paul, doświadczona przez los i rozgoryczona stara kobieta. Amandine jest dobrą, posłuszną i słodką dziewczynką (dla mnie momentami aż o łyżeczkę zbyt słodką). Ogromnie kocha swoją opiekunkę, Solange i perè Phillipe’a, ale tęskni za swoją prawdziwą matką. Nie wie, kim ona jest, ale wyobraża sobie najpiękniejszą z kobiet. Pisze do niej list i zostawia pod posągiem Najświętszej Panienki. Niestety, w klasztorze zaczyna się źle dziać, a nad Francją wisi widmo wojny. Solange i Amandine decydują się opuścić Montpellier, ale czy uda im się przejść przez ogarnięty wojną kraj? I czy Amandine odnajdzie swoją matkę?

Dobrze, przyznajmy to – mała dziewczynka poszukująca swojej matki w trakcie wojny: wiadomo było, że spłaczę się jak dziecko. To powieść z gatunku pięknych a smutnych. Początkowo była dla mnie „zbyt”: Amandine zbyt słodka, matka przełożona Paul zbyt niedobra – jaskrawość podziału nieco drażniła. Niemniej w miarę lektury podział się zatarł (czy też może przestał mi przeszkadzać) – grunt, że nie potrafiłam odłożyć książki na dłuższą chwilę. Poza tym, ogromnie podobała mi się hrabina Walewska Czartoryska; dumna, piękna, a jednak wrażliwa. Ogółem: paczka chusteczek nieodzowna, ale pozytywnie się można wzruszyć.

PS. W ramach bonusu – fragment króciutkiego wywiadu, jakiego Marlena de Blasi udzieliła dla eLO RMF, gdy odwiedziła Kraków w październiku zeszłego roku. Opowiada akurat o powieści „Tysiąc dni w Wenecji” (bo to ją podpisywała na Targach Książki), mówiąc, że cieszy się, że napisała tę książkę także dla Polaków, gdyż oni rozumieją duszę Wenecji. And she wishes you love.

O tu: http://www.sendspace.pl/file/5fa24da844de2445fd36add

2 thoughts on “„Amandine” Marlena de Blasi

  1. To książka niezwykła, podobnie jak sama Marlena de Blasi. Kobieta, która zostawiła całe życie w Stanach Zjednoczonych, żeby przyjechać do Wenecji i wyjść za Fernanda, którego poznała na Placu św. Marka… „Amandine” jest podobno książką autobiograficzną i bardzo chciałabym się dowiedzieć, ile w niej prawdziwej Marleny. Przeraził mnie w niej obraz francuskiego klasztoru – co się tam dzieje za tymi murami! I już zawsze kiedy myślę o tej powieści, słyszę „Lili Marlene”…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s